Przybysze zza żelaznej kurtyny na salonach. Finał Pucharu Zdobywców Pucharów 1981 – Dinamo Tibilisi – FC Carl Zeiss Jena

Puchar Zdobywców Pucharów wniósł do życia wszystkich fanów futbolu dużo kolorytu. Mimo iż PZP w żadnym stopniu nie równał się prestiżem Pucharowi Europy, wśród kibiców z wielu krajów rozgrywki nadal budzą nostalgię. W Polsce zapewne większość wspomina przygodę Górnika Zabrze z 1970 roku, zakończoną dopiero przez Manchester City w finale tych rozgrywek. Kibice z Gdańska zapewne pamiętają pojedynek Lechii z wielkim Juventusem, Bońka i Platinniego. A fani Warszawskiej Legii półfinał tych rozgrywek i gol Wojciecha Kowalczyka na Old Trafford. Jednak Puchar Zdobywców Pucharów zapadł w pamięć dlatego, że przynosił nieoczywiste rozstrzygnięcia, zakrawające wręcz o sensację. Jedną z takich sensacji był finał rozegrany w 1981 roku pomiędzy Dinamem Tibilisi a drużyną FC Carl Zeiss Jena. Finał ten jest chyba najdziwniejszym, by nie powiedzieć najmniej prestiżowym, do jakiego doszło w historii wszystkich rozgrywek UEFA.

Na dwóch różnych biegunach

Oba kluby mimo pozornych podobieństw w postaci np. ustroju panującego w kraju czy niedużej rozpoznawalności na arenie międzynarodowej, znajdowały się na zupełnie różnych piłkarskich biegunach. Dinamo było klubem z dużego miasta cieszącym się ogromnym uznaniem kibiców oraz rywali. Na Stadion im. Lenina w Tibilisi regularnie przychodziło 80 tysięcy ludzi, aby z trybun tego kolosa dopingować lokalnych bohaterów. Stwierdzenie bohaterów nie jest w tym wypadku nadużyciem. W drużynie z Kaukazu grali bowiem głównie Gruzini, stanowili oni dla lokalnej społeczności swoistą reprezentację całej Gruzińskiej Republiki Socjalistycznej. A trzeba przyznać, że kibice nie musieli się wstydzić za wyniki swoich reprezentantów. Dinamo było dwukrotnym mistrzem ZSRR, osiemnaście razy zdobywało medal za rozgrywki ligowe oraz dwukrotnie krajowy puchar.

Na drugim biegunie była drużyna z liczącej sto tysięcy mieszkańców Jeny. Grająca na kameralnym stadionie mogącym pomieścić ok. 12 tys. Klub był własnością zakładów Carl Zeiss produkujących wszelkiego rodzaju produkty optyczne. Oczywiście piłkarze zatrudnieni byli w zakładzie tak samo, jak inni normalni pracownicy. Klub z Turyngii był również nieco mniej utytułowany od swojego przeciwnika ze wschodu, w swojej historii zdobył trzy mistrzostwa NRD oraz cztery puchary.

Sensacja goni sensację

W drodze do finału oba kluby zmierzyły się z czterema rywalami. Na początku swojej przygody Dinamo dość łatwo pokonało w dwumeczu grecką Kastorię 2:0, by następnie wyeliminować irlandzki Waterford bilansem 5:0. Pierwsza poważna przeszkoda stanęła na ich drodze dopiero w ćwierćfinale. Gruzinom przyszło się w nim zmierzyć z drużyną West Hamu. Przybysze z dalekiego ZSRR postanowili postawić się „Młotom” tak samo, jak kilka sezonów wcześniej uczynili to w meczu z Liverpoolem. Po 90 minutach stan na tablicy wyników w Londynie pokazywał wynik 1:4 dla gości. Nic nie dał rewanż, w którym Anglicy odrobili zaledwie jednego gola. Po dwumeczu prasa na wyspach była zdumiona oraz jednocześnie zachwycona grą Dinama. Jeden z redaktorów Guardiana po latach, tak wspominał piłkarzy gruzińskich:

„Miałem w umyśle niewyraźne pytania: kim są ci piłkarze i w jakim złowrogim sowieckim laboratorium sportowym zostali wyprodukowani? Dlaczego nie uśmiechają się bardziej, kiedy są naprawdę, wybitni w grze w piłkę nożną? I czy komunizm może być zły, jeśli produkuje takich sportowców?”

Po popisach w Londynie drużyna z Tibilisi na ostatniej prostej nie bez problemów pokonała Feyenoord Rotterdam 3:2 i zameldowała się w finale.

Zdjęcie pochodzi z półfinałowego starcia Dinamo z Feyenoordem

Piłkarze FC Carl Zeiss zaczęli swoją przygodę z pucharem od wielkiej sensacji. Po pierwszym meczu, w którym przyszło im mierzyć się z AS Romą, przegrywali zero do trzech. Gdy wynik zdawał się dawać pewny awans zespołowi z Italii, panowie z NRD wywinęli niesłychany numer i wygrali rewanżowe spotkanie aż 4:0. Na domiar złego dla Włochów bramka dająca awans została zdobyta w 87. minucie spotkania. W drugiej fazie rozgrywek zespół z Niemiec wygrał w dwumeczu 4:1 z Valencią. Mecze z „Nietoperzami” zawierają mały polski akcent. W pierwszym spotkaniu na Mestalla na listę strzelców wpisał się urodzony w Bytomiu Martin Trocha. Wychowanek Szombierek Bytom, Ślązak o polsko-niemieckim pochodzeniu. Trocha miał wówczas 24 lata i jako reprezentant NRD zmierzył się nawet w jednym meczu z reprezentacją Polski. W finale z drużyną z Jeny jednak nie zagrał z powodu kontuzji. Powracając do drużyny z Jeny. W ćwierćfinale pokonali oni walijski Newport 3:2, a w półfinale odprawili z kwitkiem wielką Benficę i do zdobycia pucharu pozostało pokonać jedną przeszkodę.

Wielki” Finał w cieniu tragicznych wydarzeń

W dobie piłkarskich hipsterów i modzie na wszystko, co w futbolu dziwne lub egzotyczne, finał z 13 maja 1981 roku w obecnych czasach zyskałby rangę kultowego. Oto do Dusseldorfu w Republice Federalnej Niemiec przyjechały dwie drużyny, które przebojem wdarły się na salony. Jednak w latach osiemdziesiątych nikogo nie obchodził pojedynek jakiś dwóch średnich europejskich klubów z odległych i zacofanych krajów socjalistycznych. Piłkarscy zapaleńcy nie wiedzieli wiele o zdobywcy pucharu ZSRR czy ich odpowiedniuku z NRD. Kibice nie mieli do dyspozycji narzędzi za pomocą, których mogliby poznać ówczesne gwiazdy zza żelaznej kurtyny. W efekcie na mogącym pomieścić prawie 60 tysięcy osób Reihenstadionie zjawiło się zaledwie około 4.5 tysiąca kibiców. Większość z nich stanowili oficjele i członkowie partii komunistycznych z obu krajów. Zwykli kibice oczywiście nie mogli uzyskać zgody na wyjazd do zachodniej strefy wpływów.

Prestiżowi finału nie pomogły też doniesienia płynące wówczas z Rzymu. Bowiem w dzień rozgrywania spotkania świat obiegła informacja o zamachu na Jana Pawła II. Tym samym mecz nie miał szans zaistnieć w żadnych serwisach informacyjnych nawet w postaci wzmianki i stał się zaledwie cieniem dla tragicznych wydarzeń. Po jakimś czasie okazało się również, że zamach to nie jedyne makabryczne zdarzenie odciskające po latach piętno na finale.

Sam poziom meczu odpowiadał mniej więcej poziomowi zainteresowania tym finałem. Dziennikarze nie mogli zachwycać się popisami ani jednej, ani drugiej drużyny jak robili to po meczach z West Hamem czy Valencią. Spotkanie toczyło się w wolnym tempie, a pierwsza bramka padła dopiero w 63 minucie. Prowadzenie objęli Niemcy, by już zaledwie 4 minuty później znów remisować. Ostatecznie po bramce Witalija Daraselia, Dinamo wygrało 2:1 i tym samym zdobyło jedyne w swojej historii trofeum na arenie międzynarodowej. Strzelca zwycięskiego gola nagrodzono wyborem na najlepszego piłkarza meczu. Mający wówczas 25 lat Daraselia był wychowankiem klubu, gwiazdą u szczytu formy i dobrze zapowiadającym się reprezentantem ZSRR. Niestety w tym miejscu pora na wzmiankę o kolejnej tragedii związanej z tym meczem. Bowiem rok po wygranym finale Witalij Daraselia zginął w wypadku samochodowym w jednym z pasm górskich w Gruzji. Witalij stracił panowanie nad samochodem na jednej z wąskich dróg, auto wraz z nim i pasażerem stoczyło się w dół wąwozu. Piłkarz został odnaleziony martwy dopiero po sześciu dniach od zdarzenia.

W nowym świecie

Finał Pucharu Zdobywców z 1981 roku może nie był największym widowiskiem, jakie widział piłkarski świat, ale na pewno w sercach kibiców z Tibilisi oraz z Jeny zajmuje szczególne miejsce. Co natomiast stało się z bohaterami tamtych wydarzeń? Cóż, oba kluby zostały naznaczone upadkiem komunizmu. I tak drużyna Dinama po rozpadzie Związku Radzieckiego pozostała de facto jedynym profesjonalnym klubem w Gruzji. Przebijała poziomem gry i zorganizowania inne drużyny, które w latach 90. były raczej amatorskie. W efekcie Dinamo zdominowało krajowe rozgrywki na ponad 10 lat. Jednak na spotkania do stolicy nie przyjeżdżały już co tydzień drużyny pokroju Spartaka, CSKA, czy Zenita, drużynie przyszło się mierzyć z amatorami, co znacząco odbiło się na frekwencji na trybunach. Stadion pustoszał i o osiemdziesięciotysięcznej publice można było tylko pomarzyć. Rozpad ZSRR nie pomógł również pod względem finansowym. Klub bez wsparcia wojska, partii i wszelkich zasobów płynących bezpośrednio z administracji państwowej nie był w stanie utrzymać poziomu. O bojach w europie również można było zapomnieć, a cała gruzińska piłka nigdy nie wróciła do poziomu sprzed uzyskania przez ten kraj niepodległości.

Znaczek pocztowy na cześć zwycięzców

W Jenie również nie było kolorowo. Co prawda zakłady Carl Zeiss do teraz pozostają głównym udziałowcem klubu, jednak firma nie potrafiła spełnić zachodnich wymagań finansowych. Po połączeniu RFN oraz NRD drużyna nie mogła równać się pod względem finansów ani zainteresowania, zachodnioniemieckim klubom. Klub z Jeny stopniowo podupadał i na stałe zadomowił się w trzeciej Bundeslidze. Nic nie wróży, aby miał on powrócić na arenę europejską. Socjalistyczne hasła zdobiące wiele miast Europy odeszły w zapomnienie, a wraz z nimi marzenia wielu klubów będących nierozerwalną częścią tego ustroju.

Dinamo Tbilisi vs Carl Zeiss Jena

Wynik: 2:1 Hoppe 63′ (Car Zeiss), Gutsaev 67′ (Dinamo), Daraselia 86′ (Dinamo).

Dinamo Tbilisi: Formacja: 1-3-3-1-2
Gabella – Khizanishvili – Kostava, Chivadze, Tavadze – Sulakvelidze, Daraselia, Svanadze (Kakilashvili, 67’) – Kipiani – Shengelia, Gutsaev
Trener: Nodar Akhalkatsi

Carl Zeiss Jena: Formacja: 1-3-3-3
Grapenthin – Snuphase – Brauer, Kurbjuweit, Schilling – Hoppe (Oevermann, 88’), Krause, Lindemann – Bielau (Töpfer, 76’), Raab, Vogel Trener: Hans Meyer

MACIEJ BEDNARCZYK

#wspieramretro
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: rekrutacja@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl