36 lat i basta. Radomiak wraca na salony

“Czy nadal mnie wspierasz? Wchodzę po szczeblach, co roku jest lepiej” – tak w jednym ze swoich kawałków nawija popularny radomski raper Kękę. Ten urywek znakomitego swoją drogą utworu świetnie pasuje do obecnej sytuacji, jaka zapanowała wśród tych mieszkańców Radomia, dla których pytanie o miejscowy klub nie generuje roztrzepanej odpowiedzi: “no coś tam sobie u nas grają w mieście”. Tak, grają i to w poważną piłkę. Ekstraklaso! Słyszymy się? RKS Radomiak Radom po prawie czterech dekadach znów zawitał w twoje skromne progi.

Kibice Radomiaka na pytanie o dalsze wspieranie klubu bez wątpienia wykonają taki ruch głową, jaki na koncertach Kękę wykonują zgromadzeni słuchacze w rytm konkretnego bitu. Mocne potakiwanie. Posługując się dalej cytatem z początku tekstu, klub z ulicy Struga faktycznie wchodzi po kolejnych szczeblach, z każdym rokiem rosnąc w siłę. Po latach mozolnej tułaczki w niższych ligach w końcu udało się znaleźć regularność w progresie – dwa awanse w przeciągu trzech sezonów.

Jeśli chodzi o mnie, to nie czuję większych emocji. Nie ma ekscytacji. Tę drużynę tworzono parę ładnych lat, budowano ją systematycznie. Przy różnych zabiegach organizacyjnych, kadrowych i finansowych było to nieuniknione, że w końcu się uda. Spodziewałem się tego już dawno. Poza tym dzisiaj awansować jest łatwiej. Mam na myśli liczbę zespołów, które biorą udział w tym “castingu”, bo inaczej tego nie można nazwać. Dwie drużyny trafiają do ekstraklasy, cztery następne walczą w barażach. W moim odczuciu wypacza to sens rywalizacji. Kiedyś awansowała jedna drużyna, a punkty przyznawano inaczej. Za zwycięstwo dostawało się dwa oczka. Konkurencja też była większa. Motor Lublin, Stal Rzeszów czy Polonia Bytom to były ekipy, które absolutnie nie odstawały poziomem od ówczesnych pierwszoligowców.

tak na naszych łamach całe zajście skomentował trener Józef Antoniak, jeden z architektów pierwszego awansu Radomiaka do najwyższej ligi z roku 1984.

Radomiak teraz

Mimo optymistycznych i rzecz jasna już spełnionych prognoz trenera Antoniaka, przed startem zeszłego sezonu oczekiwania w Radomiu nie mogły być wysokie, bowiem drużynę po awansie do pierwszej ligi po prostu rozkupiono. Między innymi z powodu zawirowań finansowym na tle pandemii koronawirusa z klubu odeszli kluczowi piłkarze, tacy jak Damian Nowak, Mateusz Michalski czy Rafał Makowski. Na domiar złego z poważną kontuzją borykał się Patryk Mikita. Kadrę kompletowano na ostatni moment. W pierwszym meczu sezonu przeciwko Widzewowi Łódź – niespodziewanie wygranym aż 4:1 – na ławce rezerwowych Radomiaka znalazło się miejsce dla juniorów, a zespół funkcjonował bez choćby jednego zmiennika dla środkowych obrońców. Udało się jeszcze jesienią sprowadzić defensora, ale poważne transfery przeprowadzono dopiero zimą.

Panowały takie oczekiwania, że fajnie byłoby załapać się do czołowej szóstki i zagrać w barażach. Przy czym nie wyglądało to na coś pewnego, tylko po prostu było założeniem, że piąte czy szóste miejsce jest realne. Z czasem oczekiwania rosły. Kiedy trener dobrze to poukładał i okazało się, że ta wąska kadra wystarczy do osiągania niezłych wyników, to oczekiwania stały się większe. Na początku sezonu tylko wielcy optymiści przewidywali bezpośredni awans. Naprawdę, przed sezonem nic na to nie wskazywało.

powiedział Szymon Janczyk, dziennikarz portalu “weszło.com”, który na co dzień bacznie śledzi losy Radomiaka.

Ekipa z Radomia ani razu na przestrzeni 33 kolejek nie zaznała wygody i miękkości fotelu lidera. Przez cały ten okres podopieczni Dariusza Banasika trzymali się czołówki niczym wytrawny biegacz na 800 metrów, by na finiszu przeprowadzić niebywały sprint, którego nie powstydziłby się nawet Lewandowski. Marcin Lewandowski. Radomiak wziął szturmem ostatnie pięć meczów, zgarniając pełną pulę punktów, a tracąc przy tym ledwie dwa gole. Wygrana z kielecką Koroną w ostatniej kolejce nie tylko dała awans, ale też pozwoliła w końcu zająć pierwsze miejsce w tabeli. Na sam koniec. Piękna wisienka na przepysznym torcie. 68 punktów, 49 bramek strzelonych i straconych tylko 20. Najmniej w lidze.

Dariusza Banasika można chyba nazwać górnolotnie cudotwórcą. Przed jego erą Radomiak miał konkretne plany na szybkie wejście do pierwszej ligi, jednak ciągle coś się nie udawało. Dopiero 47-latek poukładał puzzle w taki sposób, że są wyniki i jest styl. Były szkoleniowiec między innymi Zagłębia Sosnowiec pracuje w obecnym klubie już ponad trzy lata. Przez ten okres zdołał poprowadzić Radomiaka w 110 spotkaniach, osiągając dobrą średnią 1,78 punktu na mecz. Na mistrzowskiej fecie, która odbywała się na ulicach miasta, kibice prosili go o zostanie, ponieważ spodziewano się, że otrzyma on oferty od lepszych firm. Banasik dał jasny znak, że nigdzie się nie wybiera i przedłużył umowę do końca czerwca 2023 roku.

Bardzo dobrze odnalazłem się w tym klubie. Wiele lat pracowałem w Legii Warszawa, a Radomiak ma akurat z tą ekipą dobre relacje nie tylko sportowe, ale też kibicowskie. Mieszkam w Warszawie, więc mam też blisko do klubu, co ma wpływ na moją pracę. Ponadto trafiłem na ludzi, którzy zaufali pewnej idei i dzięki temu wyniki są takie, a nie inne.

wyznał Banasik w wywiadzie dla portalu “goal.pl”.

Wspinaczka na sam szczyt tabeli trwała długie miesiące, ale nie ma żadnych wątpliwości, że było warto. Pokonanie Korony w decydującym o awansie starciu ma wyjątkowo słodki smak, bo przecież Radom i Kielce nie pałają do siebie szczególną sympatią. Kilkadziesiąt lat temu między tymi miastami wybuchł mocny konflikt, który dzisiaj nie ma już takiej siły, ale ciągle panuje obopólna złośliwość, nie zawsze podszyta szczerą nienawiścią, a często po prostu żartobliwa.

Kiedyś

Cofnijmy się w czasie o 37 lat. Środa. 20 czerwca. 1984 rok. Tysiąc kibiców Radomiaka udało się do Warszawy z wielkimi nadziejami w sercu. Starcie ze stołecznym Hutnikiem okazało się jednym z najważniejszych w historii klubu. Gdy na pięć minut przed końcem spotkania 20-letni Mirosław Banaszek wykorzystał podanie Marka Wojdaszki, każdy z tysiąca wspomnianych kibiców wystrzelił w górę w manifeście olbrzymiej radości. O godzinie 19:15 gwizdek sędziego Józefa Grzesiuka przemówił, obwieszczając koniec spotkania. Przyjezdni fani wbiegli na murawę i w euforii zdarli ze swoich piłkarzy koszulki, a zaraz po tym nosili ich na rękach. Marzenia stały się faktem. Radomiak awansował do pierwszej ligi. Z wieloletniego prezesa i wiceprezesa klubu Ryszarda Antoniewicza zdarto płaszcz i każdy z zawodników wziął sobie kawałek.

Oddałbym jeszcze dwa płaszcze, żebyśmy dali radę utrzymać się w najwyższej lidze.

wspominał po latach nieżyjący już Antoniewicz.

Niewiele zabrakło, “Zieloni” otarli się o utrzymanie. Dokonano wzmocnień, a runda jesienna w wykonaniu beniaminka była znakomita. W połowie sezonu Radomiak plasował się na piątym miejscu w tabeli i dzielnie rywalizował z najlepszymi. Wiosną jednak wydarzyła się katastrofa pod względem formy. Ostatecznie klub zajął 15 miejsce i został zdegradowany do II ligi. Zespół z Mazowsza zgromadził tyle samo punktów co Śląsk, ale wrocławianie mieli lepszy bilans bramkowy i finalnie to oni cieszyli się z utrzymania. O przyczynach koszmarnej dyspozycji w rundzie rewanżowej opowiedział trener Antoniak:

Na to złożyło się wiele czynników. Na pewno nie chodziło o względy sportowe. Były różnego rodzaju przyczyny. Klubem nie zarządzano profesjonalnie, to pierwsza sprawa. Rundę wiosenną Radomiak funkcjonował bez prezesa. Prezes, który tak szczycił się awansami, po prostu odszedł, rezygnując z tej posady. Do tego zaległości finansowe, brak bazy treningowej, drużyna trenowała dosłownie na piachu albo po jakichś lasach. Jeszcze jedna ważna rzecz, mianowicie bardzo szczupła kadra. Jeśli wystąpiłyby jakieś kontuzje, to nie było godnych dublerów.

ZOBACZ TEŻ:

Co ciekawe, nieco innego zdania co do spraw organizacyjnych był Włodzimierz Andrzejewski, jeden z graczy Radomiaka z czasów pierwszego awansu. Według niego, w przeciwieństwie do trenera Antoniaka, w klubie wówczas nie było wcale tak biednie. Andrzejewski w rozmowie z portalem “weszło.com” szczerze ujawnił, dlaczego w jego opinii nie udało się utrzymać:

Wkradło się takie samozadowolenie. Z kolei trener Antoniak się podpalił, pojechaliśmy na obóz w góry. On był znany z ciężkich przygotowań, ale wtedy… Było bardzo ciężko. Tak jak mówię, wtedy nikt nie dyskutował, robiliśmy to, co kazał. Wyszło tak, że wiosną dopadło nas dużo kontuzji. Na pierwszy mecz pojechaliśmy do Bałtyku i było jeszcze 0:0, a potem to się już rozlazło. Szkoda, bo z tą ekipą mogliśmy się utrzymać. Organizacyjnie było bardzo dobrze. Zgrupowania odbywały się w miejscowości Zbożenna, cisza, spokój, chodziliśmy sobie na rybki. Wszystko było w porządku, płacili dobrze. Mieliśmy jedną z najlepszych odnów biologicznych w Polsce – sauna, solanki, pełna opieka. Patronat “Radoskóru” swoje robił, na nic nam nie brakowało.

Po spadku Radomiak na kilka lat utknął w drugoligowym bagienku, trzykrotnie z rzędu plasując się w środku stawki. W czwartym sezonie po relegacji czekała ich kolejna. Po kilkunastu latach w Radomiu znowu grano na trzecim poziomie. Kręta, pełna niepowodzeń, biedy i paskudnych boisk droga do Ekstraklasy zaczęła się na nowo. Aż trudno uwierzyć, że spacer nią trwał prawie 40 lat.

Radomski styl

Jest oczywistością, że wielu fanom piłki nożnej w naszym kraju, zwłaszcza tym zafascynowanym popisami na najwyższym poziomie, hasło “zaplecze Ekstraklasy” nie kojarzy się zbyt dobrze. Znakomity ekspert bokserski Janusz Pindera zwykł mawiać o marnej klasy pięściarzach, że takim to nawet jeść szkoda dawać. Zapewne tego typu stanowisko to codzienność wśród wybrednych kibiców wobec poziomu, jaki panuje na drugim poziomie rozgrywek.

Radomiak jest jedną z nielicznych drużyn spoza umownej, liczącej 16 klubów elity, którą naprawdę oglądało się w ostatnich miesiącach z przyjemnością. Nie było tam kalkulacji. Na pierwszym miejscu stawiano na ofensywę, ciągłe parcie do przodu. Może nie był to futbol porywający, bo materiał piłkarski po prostu na to nie pozwalał, ale na sposób gry popularnych “Warchołów” patrzyło się nad wyraz dobrze. Zespół grał piłką, potrafił zdominować rywali, ciągle chciał mieć inicjatywę. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że Radomiak błyszczeć również w organizacji gry defensywnej. Kapitalna obrona stałych fragmentów gry – ani razu nie stracili gola ze stojącej piłki po strzale głową. Gracze zaadaptowali założenia trenera Banasika i wykonali je niemalże perfekcyjnie.

Wydaje się, że – mówiąc kolokwialnie – klepanie piłeczką jest głęboko zakorzenione w radomskim DNA. W czasach, gdy klub po raz pierwszy awansował do pierwszej ligi, również jego siłą była ofensywna, odważna gra, bez tak zwanego męczenia buły. Trener Antoniak wspomniał o tym, jaką grę preferował i jaką grupę ludzi stanowili jego piłkarze:

My słynęliśmy z gry piłką, a nie z kopania do przodu i grania na aferę. Byliśmy techniczną ekipą, która prezentowała naprawdę ładny styl. Recenzje meczów z lat osiemdziesiątych w różnych gazetach wiele mówiły o pięknej grze w naszym wykonaniu. Pięknej oraz skutecznej. Moim zdaniem futbol wcale tak mocno nie wyewoluował. Dalej chodzi o to samo, aby dopasować taktykę do możliwości zawodników. My byliśmy dobrze przygotowani fizycznie i technicznie, a chłopaki świetnie rozumieli przedstawione im zadania. Oprócz umiejętności czysto piłkarskich, to byli faceci, którzy jak to się mówi, nie pękali psychicznie na robocie. Wszyscy się kolegowali, a nawet powiedziałbym, że przyjaźnili. Zżyta, ufająca sobie, męska grupa. Integracja stanowiła ogromną rolę, tak się budowało atmosferę.

Kibice kontra długi

Nieco ponad dwustutysięcznego Radomia nie można nazwać miastem totalnie zafiksowanym na punkcie piłki, ale na pewno nie można też określić go miejscowością, w której zielona murawa i biegający za futbolówką faceci nie wzbudzają żadnych emocji. W ostatnich latach w pierwszej czy drugiej lidze na mecze przychodziło regularnie po kilka tysięcy osób, a trzeba pamiętać, że Radomiak aż od pięciu lat swoje mecze rozgrywa na stadionie okolicznej Broni Radom, ponieważ przy ulicy Struga budowany jest nowy obiekt.

W czasach PRL-u sympatycy Radomiaka również stanowili sporą rzeszę wpatrzonych w zielone barwy ludzi. Jak można przeczytać w starszych raportach z meczów, w latach osiemdziesiątych na trybunach w Radomiu potrafiło zasiąść nawet 20 tysięcy widzów, co bez wątpienia było wynikiem imponującym.

O miłości i prawdziwej pasji kibiców w kierunku klubu świadczy fakt, że gdyby nie oni, to najprawdopodobniej Radomiak dzisiaj zobaczyłby Ekstraklasę, ale na sportowych kanałach Cyfrowego Polsatu. To właśnie fani ze Stowarzyszenia “Tylko Radomiak” rzucili się na ratunek, kiedy kilkanaście lat temu tonąca w długach firma chyliła się ku upadkowi. Radom nie był przygotowany pod względem pieniężnym na realia pierwszej ligi i tak zaczął się zjazd. W pewnym momencie brakowało nawet ciepłej wody, zalegano z należnościami dla zawodników. W 2006 roku dług wynosił 2,4 mln złotych. Kibice przejęli klub w trzeciej lidze, a za chwilę nastąpił spadek do czwartej. Było to nieuchronne, swoiste nowe rozdanie wydawało się logicznym posunięciem.

Wiem, że kibice chcieliby oglądać występy zawodników na jak najwyższym poziomie. Nie mamy jednak wyjścia i jeśli chcemy w przyszłości cieszyć się sukcesami, musimy oddzielić przeszłość grubą kreską. Płacenie długów innych zarządów doprowadzi nas jedynie do bankructwa. A gra jako spółka od niższego szczebla pozwoli nam za kilka lat wrócić na ten sam szczebel rozgrywkowy co obecnie, tyle że z czystym kontem. Wierzę, że fani zielonych zrozumieją nasz ruch i będą ze swoim klubem na dobre i złe.

mówił ówczesny właściciel klubu Mirosław Hernik.

Stowarzyszenie nie próżnowało. Udało się załatwić nowe stroje, a nawet… przeprowadzić kilka transferów. Każdy uczestnik zamieszania swoimi możliwościami kombinował, jak pomóc. Dzwonił, załatwiał, dopytywał. O sile zespołu stanowili wtedy głównie wychowankowie i piłkarze z regionu. W 2010 roku Hernik próbował sprzedać swoje akcje fanom, ale ci uznali, że takie rozwiązanie to ostateczność. Doceniali pomoc biznesmena w ratowaniu klubu, ale nie byli w pełni zadowoleni z jego rządów. Trzeba jednak przyznać, że gdy odchodził, sytuacja finansowa klubu prezentowała się dużo lepiej.

Stowarzyszenie miało ogromny wpływ na to, że “Zieloni” wyszli w końcu na prostą, a pasmo finansowych niepowodzeń i widmo upadku oddaliło się gdzieś odbiciu tylnego lusterka. Kibice dogadali się z piłkarzami na temat obniżki pensji. Z tymi samymi piłkarzami, którzy o zabiegu cięcia kosztów nie chcieli rozmawiać z zarządem, bo mieli żal o obiecane, a niewypłacone premie. Rok temu do klubu znów zapukały przeklęte długi związane z zamrożeniem przez miasto stypendiów i zobowiązaniami wobec byłych i obecnych zawodników. Kibice nie załamali rąk, tylko szybko ruszyli z internetową zbiórką na pokrycie zaległości sięgających kilkuset tysięcy złotych.

Pilne finansowe sprawy udało się załatwić właśnie między innymi dzięki niesamowitemu zaangażowaniu fanów, którzy od lat dokładają swoją cegiełkę (a raczej wielką cegłę) nie tylko w kwestii pieniędzy, ale też w tematach organizacyjnych czy strukturalnych. Innymi słowy, naprawdę kochają ten klub. W biedzie i w chorobie. Kiedy jest super i kiedy wszystko się wali. Gdy są wyniki i gdy kopiemy na kartofliskach w czwartej lidze. Radom może nie ma pełnej gabloty pucharów i kilku milionów kibiców w Polsce, ale będąc miłośnikiem tego klubu, można się poczuć jak wojownik. Ciągła walka o ważne rzeczy, których wielu ludzi nie rozumie i pewnie nigdy już nie zrozumie.

Perspektywy na przyszłość i stadionowe perturbacje

Miasto odmroziło stypendia dla klubu właściwie zaraz po tym, jak zdecydowało się je zawiesić, dochodząc z klubem do szybkiego porozumienia. Tym samym Radomiak finansowo odetchnął. Obecni właściciele zainwestowali własne pieniądze i wszystkie te pozytywne okoliczności zażegnały widmo kolejnych tarapatów. Nie ulega wątpliwości, że teraz kluczem będzie odpowiednie zarządzanie, czyli coś, czego w Radomiu na przestrzeni dziesiątek lat często brakowało.

Aktualnie sytuacja finansowa klubu jest niezła, ale trzeba zaznaczyć, że w klubie trudno o oszczędności, bowiem pieniądze wydawane są na bieżąco. Zawodnikom płaci się naprawdę dobrze. Dość powiedzieć, że w pierwszej lidze Radomiak był wśród pięciu najlepiej płacących klubów. Czołowi gracze mogli liczyć na pensję rzędu 20-30 tys. złotych miesięcznie, co jak na realia drugiego poziomu rozgrywek musi robić wrażenie.

Włodarze wciąż uczą się kierowania tym okrętem. Do niedawna zarząd lubił wzmocnić drużynę zagranicznym szrotem, bez zbędnej konsultacji z trenerem. Dziwne wynalazki transferowe to na pewno kamyczek do ogródka szefostwa, choć wypada powiedzieć, że taki klub potrzebuje trochę czasu, aby wyrobić sobie dobre kontakty z doradcami, analitykami czy menadżerami i zadbać o wszystko, co potrzebne w sprawach działań na rynku. Kolejnym mocno zaniedbanym tematem jest szkolenie młodzieży i brak sukcesów na tym polu. Zapowiadane osiągnięcia na razie pozostają w sferze marzeń i tempo rozwoju akademii na pewno mogłoby być szybsze.

W ostatnim czasie zaszło sporo zmian na lepsze. Klub podpisuje coraz dłuższe kontrakty, zmiany w kadrze też wyglądają dużo lepiej, jednak wciąż nowe cele transferowe charakteryzują się raczej zaawansowanym wiekiem, co w dłuższej perspektywie powinno zostać zmienione. Na pewno dobrą drogą dla Radomiaka byłaby rola zespołu, który kształci młodych piłkarz i sprzedaje ich za konkretne kwoty. Wszakże z czegoś trzeba się utrzymywać, a obecnie Radomiak żyje głównie z pieniędzy miasta oraz sponsora, spółki Enea.

Minusów można się doszukać. Na pewno jednym z nich jest brak odpowiedniej rozbudowy siatki skautów. Nie ma tutaj czegoś takiego, jak duży, rozbudowany dział skautingu, na którego czele stanęliby doświadczeni w tym fachu ludzie. Kolejnym minusem jest bez wątpienia brak dyrektora sportowego. Jeśli chcielibyśmy porównać do tego, jak to wygląda na zachodzie, to braki są duże. Niemniej jednak klub działa nieźle i z czasem wszystko idzie do przodu i staje się lepsze.

powiedział Szymon Janczyk, zapytany o swoją optykę na negatywne strony organizacyjne.

Jedną z największych bolączek w świeżo upieczonym beniaminku pozostaje stadion, a właściwie jego brak. Od kilku lat Radomiak swoje mecze rozgrywa na obiekcie innego lokalnego zespołu, Broni Radom. Nowy stadion Radomiaka przy ulicy Struga 63 miał być gotowy do końca grudnia 2021 roku, jednak już wiadomo, że tak nie będzie. Najnowsze prognozy przewidują, że stanie się to dopiero w okolicach kwietnia lub maja w 2022 roku. Kibice zaczynają kpić i narzekać na opóźnienia, widać rosnącą frustrację, w przeciwieństwie do końca budowy, którego nie widać.

15 maja 2017 odbyło się uroczyste wbicie pierwszej łopaty pod budowę nowego stadionu. Pierwsza faza zakładała powstanie dwóch trybun wzdłuż boiska, mieszczących co najmniej 8,5 tysiąca widzów. Pierwotnie miało to być 5,5 tysiąca, ale zapadła decyzja o podniesieniu pojemności. W drugiej fazie zaplanowano budowę trybun za obiema bramkami. Docelowa pojemność stadionu będzie wynosić około 15 tysięcy widzów, wszystko pod dachem. Inaugurację obiektu zapowiadano na rundę wiosenną 2018/19. W trakcie budowy doszło jednak do zmiany wykonawcy. Co więcej, odkryto kilka absurdów w działaniach poprzedniego zleceniobiorcy, co tylko wznieciło złość i szyderstwo ludzi związanych z miastem.

Nie mówimy tylko o stadionie, właściwie przy Struga budowane jest Radomskie Centrum Sportu. Szacuje się, że cała inwestycja pochłonie bagatela 210 mln złotych, z czego sam obiekt piłkarski będzie kosztował  79,4 mln (26,2 mln poprzedni wykonawca plus 53,2 mln obecny). Do tego dojdzie hala sportowa oraz układ komunikacyjny.

Wszystko wskazuje na to, że Radomiak swoje mecze w Ekstraklasie będzie grał dalej na zastępczym stadionie należącym do Broni. Położony na ulicy Narutowicza obiekt na razie nie spełnia wymogów licencyjnych (brak podgrzewanej murawy), ale jak zapowiedział prezydent Radomia, wkrótce powinno zostać to zmienione. Dla kibiców jest to zapewne dość przykra sprawa, że takie święto, jak pierwszy mecz w najwyższej lidze po 36 latach przerwy będą musieli oglądać z trybun stadionu lokalnego rywala.

Zapomnieć o przeszłości, ale też ją szanować

Radomiak Radom wraca do Ekstraklasy i tak naprawdę zobaczymy, co z tego wyjdzie. Fakty są takie, że ten klub kilka razy odradzał się, by potem znowu balansować nad przepaścią. Cel na dzień dzisiejszy jest prosty – utrzymanie. Awans to sprawa powtórkowa, nawiązanie do lat osiemdziesiątych, natomiast utrzymanie w najwyższej lidze byłoby już radomskim precedensem. Trzeba uciec przed przeszłością i zbudować zupełnie nową rzeczywistość, w której Radomiak nie będzie musiał już walczyć o każdy grosz, żeby związać jakoś koniec z końcem.

Mająca ponad 110-letnią historię firma niechybnie posiada swoją martyrologię. Finansową gehennę. Pożoga nieraz paliła fundamenty tego niezwykłego klubu, ale on się nie poddał. Waleczni kibice to największa siła Radomiaka. Piłkarze mogą pokochać swoje miejsce pracy, ale trudno od wszystkich wymagać miłości do barw. Prezesi często widzą we wszystkim tylko własny interes, trenerzy przychodzą i odchodzą, karuzela się kręci. Kibic natomiast był, jest i będzie. Prawdziwy kibic. Takich w Radomiu na pewno nie brakuje. Przykrą przeszłość należy zostawić w tyle, ale też patrzeć na nią z ogromną ilością szacunku, mając na uwadze wszelkie bitwy stoczone o przetrwanie. To fani tworzą ten klub. Fani, którzy w przeszłości nigdy się nie poddali. Fajnie być kibicem Radomiaka i głupio jest życzyć mu źle, bez względu na powód.

FILIP BRZEZIŃSKI

Specjalne podziękowania dla Szymona Janczyka, który swoją wiedzą oraz cierpliwością przybliżył mi środowisko radomskiej piłki. Dziękuję.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*