Od Portu do “Estońskiej Barcelony”

Paide Linnameeskond będzie czwartym estońskim rywalem polskiego klubu w europejskich pucharach. I choć Estonia to kraj niezbyt silny piłkarsko, to tamtejsze ekipy potrafiły sprawić naszym niemałe kłopoty. A już najgorzej rywalizację z drużyną z tego nadbałtyckiego kraju wspominają ludzie spod znaku Białej Gwiazdy.

Dla przeciętnego polskiego kibica hasło „estoński futbol” nie budzi zbyt wielu skojarzeń. Co bardziej zainteresowani piłką kopaną może będą kojarzyć obrońcę Cagliari Ragnara Klavana albo byłych ekstraklasowiczów: Henrika Ojamę, Sergeia Pareikę czy Konstantina Vassiljeva. O ile dwaj pierwsi niczym szczególnym się nad Wisłą nie wyróżnili, o tyle Vassiljev zapisał w naszej lidze całkiem ładną kartę, a jego popisowym numerem było dobre uderzenie z dystansu.

Jednak najwięcej skojarzeń z estońską piłką w naszym kraju muszą mieć kibice Białej Gwiazdy. I nie są to raczej pozytywne wspomnienia. Sergei Pareiko miewał niezłe występy, ale kilka meczów Wiślakom zawalił. Choćby słynny rewanż z APOEL-em w Nikozji przegrany przez polski zespół 1:3. Bardzo Wiślaków bolało także odpadnięcie z eliminacji Ligi Mistrzów po dwumeczu z mistrzem Estonii Levadią Tallinn.

„Sadam” czyli „port”

Pod koniec lat 90-tych polska piłka może nie była na szczycie, ale raczej nie martwiliśmy się, że zespół z Estonii sprawi zespołowi z Ekstraklasy większe kłopoty. Wyeliminowanie drużyny z tego kraju było (i w zasadzie nadal jest) obowiązkiem.

Obowiązkowi temu musiała sprostać Polonia Warszawa, której 23 lata temu przyszło rywalizować z klubem JK Talinna Sadam. Drużyna ta powstała w 1991 roku, a jej nazwa bynajmniej nie miała nic wspólnego z irackim dyktatorem Saddamem Husajnem. Słowo „sadam” w języku estońskim oznacza po prostu „port”.

Rywalizacja z Estończykami dla Czarnych Koszul była debiutem w Pucharze UEFA. Wcześniej zespół ze stolicy europejskich pucharów zasmakował, rywalizując w Pucharze Intertoto.

„Nie miałem nic do roboty”

Na cztery dni przed spotkaniem z dwukrotnymi zdobywcami Pucharu Estonii Poloniści wzięli udział w imprezie zorganizowanej przez szefostwo klubu z okazji wicemistrzostwa Polski. Odbyła się ona w Konstancinie, a nazwano ją „piknikiem”.

PRZECZYTAJ TEŻ:

Konstanciński piknik najwyraźniej nie nadwyrężył zbyt mocno graczy Czarnych Koszul, bo bez problemu zwyciężyli Estończyków 0:2 (bramki Emmanuela Olisadebe i Arkadiusza Bąka). – Jedyne to, za co mogę skomplementować przeciwnika, to że dał sobie strzelić zaledwie dwie bramki. Nie miałem nic do roboty – powiedział po meczu Maciej Szczęsny, który tym spotkaniem zadebiutował w barwach Polonii.

Rewanż przy Konwiktorskiej też nie miał wielkiej historii, choć Estończycy zaskoczyli Polonistów, strzelając im gola już w 3. minucie. Warszawianie jednak szybko odzyskali rezon i po upływie kwadransa prowadzili już 2:1. Ostatecznie zwyciężyli 3:1, a trafienia dla Czarnych Koszul zanotowali Tomasz Moskal, Grzegorz Wędzyński oraz Bąk.

Kolejnym rywalem Polonii w Pucharze UEFA było moskiewskie Dynamo. Warszawianie wstydu nie przynieśli, ale po dwóch porażkach w stosunku 0:1 zakończyli rywalizację na międzynarodowej arenie.

Lepsi od Twente

Jesienią 1998 roku JK Tallinna Sadam po zaledwie 7 latach istnienia zniknął z piłkarskiej mapy Estonii. To efekt fuzji z Levadią Maardu (słowo „Levadia” pochodzi od nazwiska właściciela klubu Wiktora Lewady) i przyjęcia jej nazwy. W 2004 roku doszło do kolejnej zmiany szyldu i przy okazji siedziby. Klub opuścił niewielkie miasteczko Maardu i przeniósł się do Tallinna. A skoro zespół miał występować w tym mieście, to nazwano go Levadią Tallinn.

Do 2009 roku na liście drużyn, którym Levadia sprostała w europejskich pucharach, były: walijskie TNS Llansantffraid, portugalskie União Leiria, irlandzki Bohemians, a także fińska Haka Valeakoski, holenderskie Twente Enschede oraz macedońska Pobeda Prilep. Co tu robią União i Twente? Z Portugalczykami na boisku Levadia sobie co prawda nie poradziła, ale w rewanżowym meczu w ekipie z Leirii wystąpił nieuprawiony zawodnik (Kameruńczyk Roudolphe Douala), wobec czego UEFA przyznała im walkower. A jeśli chodzi o dwumecz z Twente, to drużyna z Tallinna wywalczyła awans nie przy zielonym stoliku, lecz na murawie.

Niestety, latem 2009 roku do listy sukcesów Levadia mogła sobie dopisać także wyeliminowanie krakowskiej Wisły.

Szóste podejście

W sezonie 2008/09 Wisła Kraków wywalczyła mistrzostwo Polski. Najlepszą drużyną w kraju zostali 7. raz, odkąd w 1997 roku klub stał się własnością Bogusława Cupiała. Jednak dominacja na ligowym podwórku już nikomu przy Reymonta nie wystarczała. Myślano o czymś znacznie większym, o piłkarskim raju, czyli grze w fazie grupowej Champions League.

Pięć poprzednich podejść Wisły do Ligi Mistrzów zakończyło się fiaskiem. Dwukrotnie krakowianie musieli mierzyć się z Barceloną, a raz z Realem Madryt. I porażki z tymi zespołami – ze względu na klasę przeciwnika – są bezapelacyjnie usprawiedliwione. Z kolei rywalizacja z Anderlechtem nie udała się przez słabą formę. Najbliżej awansu Biała Gwiazda była w 2005 roku, gdy grała z Panathinaikosem, lecz wtedy zabrakło szczęścia. Sporo pojawiło się natomiast indywidualnych błędów, które klasowi przeciwnicy po prostu musieli wykorzystać.  

Tak więc w 2009 roku projekt „Wisła w fazie grupowej Ligi Mistrzów” wciąż nie był zrealizowany. Jednak nadzieja wciąż nie tylko się tliła, ale wręcz płonęła żywym ogniem. Estońska Levadia, na którą los skazał Białą Gwiazdę w eliminacjach do Champions League 2009/10, miała być tylko rozgrzewką przed spotkaniami z konkretnymi rywalami.

W Sosnowcu bez “Głowy”

Wiosną 2009 roku rozpoczął się remont stadionu Wisły. Na czas wykonywania prac budowlanych krakowianie musieli więc znaleźć obiekt zastępczy. Padło na Stadion Ludowy w Sosnowcu. I to właśnie tam przyszło Białej Gwieździe podjąć Levadię Tallinn.

Gra na cudzym stadionie nie była jedynym problemem Wisły przed rozpoczęciem walki w europejskich pucharach. Innym sporym zmartwieniem Macieja Skorży, ówczesnego trenera mistrza Polski, była kontuzja Arkadiusza Głowackiego. Na szczęście do dyspozycji miał Mariusza Jopa, który po 5 latach przerwy wrócił na Reymonta.

Ćwielong ratuje remis

Przed meczem z Levadią Skorża zapewniał, że nie ma mowy o lekceważeniu przeciwnika. – Jest to drużyna, która w polskiej Ekstraklasie by sobie poradziła i mogłaby być w środku tabeli – podkreślał nawet szkoleniowiec. Postawa Wisły w Sosnowcu przywodzi jednak na myśl tezę, że nie udało mu się u swoich podopiecznych wzbudzić odpowiedniej koncentracji.

Gra Wisły wyglądała źle. Sporo kłopotów krakowskiej defensywie sprawiał aktywny Nikita Andriejew, który pół roku wcześniej był testowany przez warszawską Legię jako potencjalne zastępstwo za kontuzjowanego Bartłomieja Grzelaka. Jan Urban, ówczesny szkoleniowiec warszawskiego klubu, uznał jednak, że Rosjanin nie prezentuje wystarczająco wysokich umiejętności, by grać w Wojskowych.

Może i na Legię był za słaby, ale w 40. minucie Andriejew otrzymał piłkę przed polem karnym, zwiódł łatwo Jopa i mocnym uderzeniem pokonał Mariusza Pawełka. – To jest szok – skwitował fakt strzelenia gola przez Levadię komentujący tamto spotkanie Mateusz Borek.

Gol Nikity Andriejewa

Biała Gwiazda ruszyła do odrabiania strat, ale tego dnia podopiecznym Skorży naprawdę niewiele wychodziło. W dodatku konstruowanie akcji utrudniał deszcz. I pewnie Wiślacy przegraliby tamten mecz, gdyby nie kiks obrońcy w doliczonym czasie gry. Wyrównującego gola zdobył Piotr Ćwielong.

Wyrównujące trafienie Piotra Ćwielonga

Wisła zremisowała. O awansie miał zatem zdecydować mecz w Tallinnie. Paniki nie było, ale niepokój – już owszem.  

Trenerskie Waterloo

W Tallinnie Wiślacy mieli co najmniej kilka sytuacji, by strzelić gola i wyeliminować Levadię. Andraž Kirm i Radosław Sobolewski, zamiast trafić do siatki, obijali słupek. Miał też swoją okazję Paweł Brożek. Ale tego dnia bramka Martina Kaalmy była jak zaczarowana. Tego samego nie można powiedzieć o bramce, której strzegł Mariusz Pawełek. W samej końcówce wychowanek Silesii Lubomia nie popisał się przy uderzeniu z rzutu wolnego Władisława Iwanowa. Estończycy wyszli na prowadzenie i sensacyjnie zwyciężyli.

Władisław Iwanow strzela gola Mariuszowi Pawełkowi

To chyba najgorszy moment, od kiedy jestem w Wiśle. Odpadliśmy z pucharów z pierwszym rywalem, od którego byliśmy lepsi jako drużyna. To bardzo boli

podsumował mecz z mistrzem Estonii Paweł Brożek. Natomiast Skorża pojedynek z Estończykami określił „trenerskim Waterloo”

Gdyby Wisła przeszła Levadię, w następnej rundzie zagrałaby z węgierskim Debreczynem. Będąc w dobrej dyspozycji, z pewnością mogłaby nawiązać walkę z Madziarami. Ale to tylko gdybanie. Debreczyn oczywiście ograł Levadię, a potem dał sobie radę z Lewskim Sofia. Dzięki temu trafił do elitarnej Champions League, gdzie w grupie rywalizował z Fiorentiną, Lyonem i Liverpoolem.  

Odroczona kompromitacja

5 lat później na mecz pucharowy do Estonii z klubem Nomme Kalju poleciał Lech Poznań prowadzony przez Mariusza Rumaka. Kibice, którzy oglądali i mecz Wisły z Levadią, i Kolejorza z Nomme, mogli mieć wrażenie, że przeżywają deja vu. Poznaniacy – tak jak w 2009 roku Krakowianie – atakowali, ale gola zdobyli estońscy rywale. I z bagażem jednej bramki trzeba było wracać do stolicy Wielkopolski.

Trafienie dla Nomme zanotował Japończyk Hidetoshi Wakui, który zanim wylądował w Estonii, grał w Brazylii, Singapurze, Słowenii, Austrii, Czechach i Białorusi. Prawdziwy piłkarski internacjonał.

Sensacyjne zwycięstwo Nomme nad Lechem

Na szczęście w Poznaniu Lechici trochę przypomnieli sobie, jak gra się w piłkę. Tomasz Kędziora, Kasper Haamalainen i Dawid Kownacki zdobyli po jednym golu i poznaniacy mogli cieszyć się z awansu do kolejnego etapu eliminacji Ligi Europy.

Tak Lech strzelał gole Nomme Kalju

Niestety, rozbicie skały (słowo „Kalju”, drugi człon nazwy klubu, oznacza „skała”) przy Bułgarskiej nie rozpędziło poznańskiej lokomotywy, bo na kolejnym etapie sama rozbiła się o islandzki Stjarnan. To jedno z największych rozczarowań w historii występów Kolejorza w europejskich pucharach.

“Estońska Barcelona”

Gdy w końcówce lat 90-tych Polonia grała z Sadam, klub Paide Linnameeskond jeszcze nie istniał. Powstał zaledwie 17 lat temu. Piłkarze z miasteczka Paide („paide” oznacza „biały kamień”) noszą dumny przydomek Estońska Barcelona (Eesti Barcelona). Drużyna stara się bowiem grać – niczym Blau Grana – futbol oparty na dużym posiadaniu piłki i dużej liczbie podań. Ten styl zaszczepił Viktor Mets, którego ulubionym klubem była FC Barcelona. Drugi powód to historyczne stroje, podobne do tych, w których gra ekipa z Camp Nou.  

DOMINIK GÓRECKI

Źródła

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*