Arsene Wenger – dwie dekady profesora

Reflektory zgasły. Kurtyna opadła. Skończyła się pewna era. Arsene Wenger nie zasiądzie już więcej na ławie trenerskiej Arsenalu. Wczorajszy mecz z Huddersfield Town był ostatnim, w którym poprowadził zespół Kanonierów. Wielu kibiców poczuło dokładnie to samo, co pięć lat temu, gdy z futbolowej sceny schodził sir Alex Ferguson. Kolejny z trenerskich „dinozaurów”, ten łączący futbol z lat 90. z współczesnym – usunął się w cień. Jednakże jak śpiewał Freddie Mercury – „Show must go on”. Przypomnijmy sobie wszyscy drogę „Bossa”.

Przyjaciel wiceprezesa

Gdy w 1995 roku George Graham opuszczał po ośmiu latach pracy Highbury, liczono, że zastępujący go Bruce Rioch przejmie stery na równie długo. Były menadżer Boltonu nie spełnił jednak oczekiwań. W pierwszym sezonie zajął z klubem z północnego Londynu piąte miejsce w lidze. W przerwie letniej przed sezonem 1996/97 popadł dodatkowo w spór z zarządem. Kością niezgody były środki finansowe na pozyskanie nowych zawodników. Rioch także niezbyt przypadł do gustu zawodnikom. Zapadła decyzja o kolejnej zmianie na stołku trenerskim. Początkowo mówiło się o tym, że lejce w klubie z Londynu przejmie legenda futbolu – Johan Cruyff. Holenderski gwiazdor być może faktycznie trafiłby na Highbury, gdyby nie David Dein. Wiceprezes zarządu klubu chciał postawić na kogoś zupełnie innego. Jego zdaniem, najlepszym wyborem był facet, który w tamtej chwili prowadził… japońskie Nagoya Grampus Eight.

Arsene Wenger podczas pracy w Nagoya Grampus Eight. Źródło zdjęcia: Daily Mail

Dein poznał się z Wengerem osiem lat wcześniej, w loży VIP na meczu Arsenalu. Obaj panowie szybko stali się przyjaciółmi, często spędzali razem wakacje czy też spotykali się wspólnie ze swoimi współmałżonkami na wykwintnych kolacjach. Od tamtej pory marzeniem Deina stało się również, by ten elokwentny i czarujący Francuz poprowadził kiedyś jego ukochany zespół. Problem mogła stanowić jednak opinia publiczna i reszta zarządu. Kibice w Europie kojarzyli Wengera co najwyżej z ligi francuskiej, gdy był jeszcze opiekunem AS Monaco. Liga japońska? Nikt o tym nie miał pojęcia. Facet prowadzący wicemistrzów Japonii miałby objąć klub, który aspirował do bycia liczącym się w Europie zespołem? Wielu osobom związanym z Arsenalem taki scenariusz nie mieścił się w głowie. Dein upierał się przy swoim. Udało mu się przekonać pozostałe osoby z zarządu. 28 września 1996 roku Arsene Wenger został przedstawiony światu jako nowy menadżer klubu z armatką w herbie.

Era przed Arsenalem

Dla angielskich dziennikarzy i kibiców zatrudnienie Wengera było nie lada sensacją ze względu na konserwatywne podejście, jeśli chodzi o dawanie pracy zagranicznym trenerom. Dość powiedzieć, że pierwszym szkoleniowcem spoza Wysp Brytyjskich, prowadzącym zespół w najwyższej klasie rozgrywkowej był pochodzący z Czechosłowacji Jozef Venglos, który w 1990 roku objął stery Aston Villi. Wengera nikt nie mógł kojarzyć z czasów biegania po boisku, bo piłkarzem był kiepskim. Na profesjonalnym szczeblu rozgrywkowym zadebiutował w wieku 29 lat. W ekipie Strasburga zaliczył zaledwie 13 spotkań. Przez większość kariery tułał się po niższych ligach. Wiedząc, że kariery na boisku raczej nie zrobi, poważnie stawiał na edukację. Ma tytuł elektrotechnika oraz magistra ekonomii, biegle włada kilkoma językami. Mocno interesuje się polityką.

Arsene Wenger z czasów gry w Strasbourgu.

Wychowywał się w Strasburgu leżącym przy granicy z Niemcami. Podobno językiem francuskim nauczył się biegle posługiwać dopiero w wieku siedmiu lat. Notorycznie oglądał piłkę w kraju swoich wschodnich sąsiadów. Podobno rodzice często zabierali go na mecze Borussii Moenchengladbach. Mimo braku talentu piłkarskiego, postanowił swoje życie związać z futbolem. Pierwszą drużyną, jaką poprowadził w roli pierwszego trenera było Nancy. Początki w roli opiekuna zespołu były dla niego na tyle stresujące, że zdarzało mu się zwymiotować. W 1987 roku przyszedł czas na Monaco. W klubie z Księstwa spędził siedem lat. Trafił jednak na czasy dominacji Olympique Marsylia i z Czerwono-białymi zdołał wywalczyć w lidze jedynie dwa tytuły wicemistrzowskie. Brak sukcesu w Ligue 1 go frustrował. Zdobyty w 1991 roku Puchar Francji był słabym pocieszeniem.

Czara goryczy przelała się, gdy wyszła na jaw afera korupcyjna z udziałem klubu z Marsylii, zarządzanego wówczas przez kontrowersyjnego biznesmena Bernarda Tapie. Zniechęcony nieuczciwą rozgrywką we własnej lidze, w której nie mógł być pewien czy rywalizuje na zasadach fair play, postanowił przyjąć ofertę z dalekiej Japonii. Mimo początkowych problemów, Wenger w „Kraju kwitnącej wiśni” odniósł sukces. Zdobył Puchar Cesarza, wygrał Emperor Cup, a w lidze zajął drugie miejsce. Został też wybrany menadżerem sezonu. Po owocnym okresie na Dalekim Wschodzie pojawiła się ofert z Arsenalu. Oferta, która miała odmienić jego życie. Ta, dzięki której kilkanaście lat później stał się trenerską legendą.

„Czy ten Francuz zna się na piłce?”

„Arsene? Jaki Arsene?” – tak zatytułowała jeden ze swoich artykułów angielska gazeta „Evening Standard”, gdy jasnym stało się, że drużynę Kanonierów poprowadzi przybysz zza Kanału La Manche. Kapitan ówczesnego zespołu – Tony Adams – tak wspomina swoją pierwszą myśl na widok niepozornego szkoleniowca.

Początkowo pomyślałem sobie: Co ten Francuz może wiedzieć o piłce? Nosi okulary, czy w ogóle mówi po angielsku?

Chuderlawy, 47-letni jegomość o aparycji przywodzącej na myśl akademickiego belfra, mógł budzić wątpliwości. Szczególnie, że szatnia Arsenalu wypełniona była po brzegi piłkarzami „starej szkoły”, którzy na śniadanie, zamiast płatków owsianych woleli spożyć pintę ciemnego Ale. Klubowi weterani pokroju Adamsa, Steva Boulda, Nigela Winterburna czy Martina Keowna, tworzyli słynny „klub wtorkowy”. Uczestnictwo w klubie polegało na całonocnej wtorkowej popijawie, gdyż środy przez długi czas w Arsenalu były dniem wolnym od treningów. Nowy menadżer zespołu postanowił wprowadzić więc kilka patentów, które miały na celu sprofesjonalizowanie trybu życia piłkarzy oraz zrewolucjonizowanie treningów. W pierwszej kolejności wziął się za jadłospis swoich podopiecznych, bo jak sam stwierdził:

Gdyby tak stworzyć listę tego, czego nie powinien jeść sportowiec, wyszłaby z tego dieta typowego Brytyjczyka.

Z menu wyleciały ciężkostrawne, angielskie śniadania w stylu jajecznicy i bekonu, pojawiły się za to ryba, makarony, ryż i gotowany kurczak. Wenger wprowadził również suplementację i serwował swoim graczom witaminy. Dziś takie rzeczy wydają się być oczywistością. Wtedy, dla typowych angielskich rębaczy, były one istnym szokiem. Tony Adams przyznał w swojej autobiografii, że jego ulubioną przekąską przedmeczową był w tamtym czasie baton Mars i szklanka herbaty. Herbatę Wenger pić pozwalał, ale o cukier trzeba go było błagać. Gdy już się zgodził, to zastrzegał, że ma być odpowiednio rozprowadzony w szklance, by organizm równomiernie go przyswajał.

Kiedy w końcu doszliśmy do treningu z piłkami, Arsene wszystko pozmieniał. Nagle zaczęliśmy prowadzić na treningach gierki ośmiu na ośmiu, ale z najróżniejszymi modyfikacjami. Bez przyjęcia piłki, na dwa kontakty, gry był krótkie i intensywne. Długość każdej Arsene odmierzał na stoperze co do sekundy. Po dwudziestu minutach przemeblowywał składy i graliśmy na przykład na dwa kontakty, ale nie wolno było kopać piłki do tyłu. Wymagał, żeby przy drugim kopnięciu posłać piłkę do przodu lub na skrzydło. Treningi były cholernie skomplikowane i właściwie nigdy nie mogliśmy tak po prostu kopać piłki, Arsene zmuszał nas, żebyśmy myśleli – pisał w swojej autobiografii Paul Merson.

Pierwszy dzień w Arsenalu. Wenger na trybunach Highbury.

Do elementów treningu dorzucił jeszcze takie rzeczy jak pilates czy joga. Możecie się tylko domyślać, jak zareagowali twardziele z Wysp na wiadomość o tym, że od teraz będą ćwiczyć jogę. Dodatkowe wyzwanie dla francuskiego szkoleniowca mógł stanowić fakt, że wieloletni kapitan Arsenalu, Tony Adams oraz reprezentant Anglii, Paul Merson byli w trudnym momencie swojego życia. Obaj niedawno przyznali się do swojego uzależnienia od alkoholu i uczestniczyli w terapii. Brak odpowiedniego autorytetu, silne charaktery w szatni i mało elastyczne, brytyjskie środowisko piłkarskie powodowały, że wejście Wengera do Premier League to nie była bułka z masłem. Skuteczne antidotum na odczarowanie tego braku zaufania mogły stanowić jedynie dobre wyniki osiągane z klubem z północnego Londynu.

Pierwszy dublet

Pierwszy sezon pod wodzą nowego szkoleniowca Arsenal skończył na trzecim miejscu, zdobywając taką samą liczbę punktów, co cieszący się z tytułu wicemistrzowskiego Newcastle United. Wenger zaczął przebudowę zespołu na swoją modłę. Oprócz nowych elementów do treningu i przyłożenia sporej wagi do monitorowania diety zawodników, zmienił także ustawienie zespołu na 4-4-2. Swoje transfery opierał głównie na graczach spoza Wysp Brytyjskich. Takie podejście również stanowiło szok dla angielskiej, konserwatywnej opinii publicznej. Dość powiedzieć, że w pierwszym meczu pod wodzą „Bossa”, Arsenal wystawił na boisku dziesięciu graczy rodem z Wielkiej Brytanii. W każdym późniejszym okresie, gdy Wenger prowadził Kanonierów taka sytuacja byłaby nie do pomyślenia.

Francuz był jednym z prekursorów uczynienia Premier League bardziej kosmopolityczną. Ściągał do drużyny wielu swoich rodaków. Był świetnie zorientowany w realiach rodzimego rynku transferowego. W swoim pierwszym roku na Highbury ściągnął do drużyny Patricka Vieirę, grającego wówczas w drużynie rezerw AC Milan i Nicolasa Anelkę z PSG, który podobno kosztował go zaledwie 0,5 mln funtów. Byli to w tamtym czasie gracze anonimowi. Przyszłość pokazała, że Wenger jest czarodziejem, który z kapelusza zamiast królika, potrafi wyciągnąć piłkarską perłę. Wielki, silny, ciemnoskóry Vieira szybko stał się liderem środka pola i od początku stanowił ważny element w układance trenera. Przed kolejnym sezonem, kadrę zespołu wzmocnili m.in. holenderski skrzydłowy Marc Overmars i kolejny żołnierz Wengera, rodem z Francji – Emmanuel Petit. Wszyscy ci gracze szybko stali się ważnymi ogniwami w pierwszej jedenastce.

Arsene Wenger sięgnął po Patricka Vieirę, który zaliczył bardzo słaby sezon w Milanie. Reszta jest historią.

Początek sezonu 1997/98 był dla Arsenalu całkiem obiecujący. Drużyna pierwszą porażkę poniosła dopiero w 13. kolejce. Później jednak nadszedł kryzys. Ostatnie dziewięć kolejek w 1997 roku to zaledwie trzy wygrane Arsenalu. W marcu przewaga prowadzącego w tabeli Manchesteru United wynosiła już 12 punktów. Wenger nadal jednak wierzył w mistrzowski tytuł i mówił o tym otwarcie dziennikarzom, którzy zastanawiali się, co on takiego wygaduje. Kanonierzy wygrywali jednak mecze seriami. Dziesięć zwycięstw z rzędu sprawiło, że ekipa Wengera ponownie wkroczyła do gry o mistrzowski tytuł. Czerwone Diabły w końcówce zaczęły gubić punkty. Przegrały też bezpośrednie starcie na Old Trafford po bramce Marca Overmarsa. Na dwie kolejki przed końcem sezonu stało się jasne, że berło najlepszej drużyny w Anglii będzie dzierżyć Arsenal. Do mistrzowskiego tytułu Kanonierzy dorzucili także FA Cup, zdobywając tym samym dublet. Pierwszy, pełny sezon Wengera jako menadżera zakończył się olbrzymim sukcesem.

Mieszanka odziedziczonej rutyny i ściągniętych obcokrajowców. Taki miks okazał się być receptą na sukces. O drużynie, z którą Boss zdobywał swój pierwszy dublet w samych superlatywach wypowiadali się także rywale. Ryan Giggs tak podsumował ich grę:

Moim zdaniem to właśnie w sezonie 1997/98 Arsenal posiadał najtwardszy zespół. Wtedy naprawdę mieli wszystkiego po trochu. Bergkamp dawał im umiejętności, Anelka i Overmars wnosili szybkość, czwórka defensorów oferowała doświadczenie, a Vieira i Petit potrafili twardo rządzić w środku pola.

To miał być dopiero początek sukcesów pod wodzą Wengera, który w wielkim stylu wdarł się na salony Premier League. Profesor szybko przekonał do siebie media. Był czarujący, elokwentny, potrafił zażartować i porozmawiać na praktycznie każdy temat, nie tylko o piłce. Jednak pomimo szerokich horyzontów Francuza, futbol zawsze pozostawał dla niego miłością numer jeden. Wieczory w swoim domu w Londynie najchętniej spędzał na fotelu w salonie, oglądając transmisje spotkań z najróżniejszych lig. Potrafił się odnaleźć na salonach, przy okazji różnych bankietów. Był świetnym tancerzem. Ale prawdziwą radość dawało mu dopiero przyjęcie solidnej dawki futbolu.

Wieczór bez meczu piłkarskiego wywołuje u mnie rozczarowanie. Anglia to dobry kraj, bo zimą wcześnie robi się ciemno, idziesz do domu i chcesz oglądać telewizję. Moja żona rozumie moją pasję i jest gotowa płacić cenę.

Słowa godne piłkarskiego fanatyka.

Dwa mistrzostwa i słynni „Niezwyciężeni”

Wenger kontynuował wcześniej obrany kurs. W polityce transferowej nadal preferował tę samą strategię. Zamiast wydawać duże pieniądze na gwiazdy futbolu, Francuz wolał sprowadzać nieoszlifowane diamenty, wyciągnięte za bezcen i zajmować się ich „obróbką”. Tym sposobem na Highbury trafiali w kolejnych latach chociażby: Fredrik Ljungberg czy Nwankwo Kanu. W 1999 roku, za relatywnie wysoką jak na Wengera kwotę – 11 milionów funtów – do Arsenalu trafił Thierry Henry. Patrząc jednak na to, co zawodnik z Francji osiągnął w Premier League, ta suma wydaje się być śmiesznie niska. Tym, co cechowało Wengera, było także upodobanie do gry widowiskowej. Nie wystarczało zwycięstwo.

Thierry Henry czterokrotnie zostawał królem strzelców Premier League. Dla Kanonierów zdobył 228 goli.

Moim zdaniem wielkie kluby mają obowiązek wygrywać w wielkim stylu.

Bardzo chciał, by poza radością dostarczaną poprzez wygrane spotkania, kibic jego drużyny odczuwał także spełnienie po obejrzeniu tego, w jakim stylu Arsenal te zwycięstwa osiąga.

Lubię sobie wyobrażać, że facet budzący się rano po ciężkim tygodniu w pracy w pewnej chwili doznaje olśnienia: >>Och, to dziś idę obejrzeć mój zespół<<. Lubię sobie wyobrażać, że ta myśl go uszczęśliwia, że liczy na doświadczenie czegoś wyjątkowego.

W 1999 roku Arsenal musiał ustąpić Manchesterowi United w tabeli. Stracili do nich zaledwie punkt. Także w Pucharze Anglii to ekipa sir Alexa Fergusona wyrzuciła Kanonierów za burtę po półfinałowym dreszczowcu, kiedy to Dennis Bergkamp zmarnował rzut karny w ostatniej minucie regulaminowego czasu gry, a w dogrywce gola zdobył Ryan Giggs. Zresztą to był zdecydowanie sezon Manchesteru United, który dołożył do tego triumf w Lidze Mistrzów. Na straty można było spisać także kolejny rok. Znów tytuł wicemistrzów Anglii (ale aż 18 punktów straty do ekipy z Manchesteru) i finał Pucharu UEFA, przegrany w rzutach karnych z Galatasaray. Rozbudzone apetyty kibiców nie były już w stanie zaspokoić się takimi drobnostkami. Gdy w sezonie 2000/2001 Wenger i jego piłkarze znowu musieli się zadowolić oglądaniem pleców Manchesteru United, a w finale Pucharu Anglii, Liverpool pokonał ich 2:1, Francuz wiedział, że czas coś zmienić. Swoje niezadowolenie takim obrotem sprawy okazywali także Thierry Henry i Patrick Vieira, który dawał do zrozumienia, że nie wie, czy pozostanie na Highbury.

Przełamanie przyszło w 2002 roku. Zespół za darmo wzmocniła gwiazda reprezentacji Anglii – Sol Campbell – który do drużyny przyszedł z największego rywala Arsenalu, Tottenhamu Hotspur. Wenger podpisał także kontrakt z młodym Iworyjczykiem Kolo Toure, który serce menadżera podbił podobno na pierwszym treningu tym, że był tak zaangażowany w grę, że przypadkiem wjechał wślizgiem w swojego trenera. Arsenal znowu przypominał tę maszynę, która zwyciężała w 1998 roku. Odnieśli zwycięstwa w 13 ostatnich kolejkach ligowych. Tytuł zapewnili sobie w przedostatniej, triumfując na Old Trafford, po bramce Sylvaina Wiltorda. Dodatkowo zespół powtórzył wyczyn sprzed czterech lat i w finale Pucharu Anglii rozprawił się z Chelseą. Podwójna korona znów przyozdobiła północny Londyn. Przed kolejnym sezonem Wenger zadeklarował, że są w stanie ukończyć go bez porażki. Wielu wskazuje, że te słowa Profesora zadziałały na jego podopiecznych deprymująco. Marzenia o takim obrocie sprawy już w 10. kolejce rozwiał Everton. Ostatecznie znów skończyło się na oglądaniu pleców United. Na osłodę Kanonierzy dorzucili do swojej kolekcji trofeów Puchar Anglii. Jak mówi stare porzekadło: „Co się odwlecze, to nie uciecze”. Przed sezonem 2003/2004 Arsene, żadnych deklaracji już nie składał. Ten przejaw pokory wynagrodził jego zespołowi los, umieszczając londyńczyków ponownie na mistrzowskim tronie. Tym razem buńczuczna, wydawało by się wypowiedź Wengera, znalazła miejsce bytu. Arsenal przeszedł przez sezon 2003/2004 bez ligowej porażki.

Więcej o „Niepokonanych” przeczytacie w naszym innym artykule.

Niewiele brakło, a Arsenal nie byłby niepokonany. Van Nistelrooy zmarnował rzut karny na Old Trafford w ostatniej minucie. Zawodnicy Arsenalu rzucili się w jego kierunku, prowokując go, szturchając i popychając. Martin Keown, za którego rzekomy faul arbiter podyktował „wapno”, wyglądał wręcz jakby wstąpił w niego diabeł. Medialna rywalizacja pomiędzy Wengerem a Fergusonem trwała już od kilku sezonów, ale tamte wydarzenia były kulminacją tego konfliktu. Gracze z Londynu zarzucali van Niestelrooyowi oszustwo i wymuszenie jedenastki. Tamto pamiętne spotkanie otrzymało wdzięczną nazwę „Bitwy o Old Trafford”. Wielu ekspertów uważa również, że to starcie było przełomem, który pozwolił żołnierzom Wengera nabrać rozpędu i przejść przez ligę bez porażki na koncie.

Jedna z najsłynniejszych scen w historii Premier League. Keown kontra Van Nistelrooy.

Los sprzyjał im również chociażby w spotkaniu z Portsmouth, zremisowanym dzięki rzutowi karnemu na Robercie Piresie, po symulce Francuza, do czego po latach sam się przyznał. Mówienie jednak tylko o szczęściu byłoby nie lada nadużyciem. Wenger posklejał po prostu drużynę, która w tamtym momencie zasługiwała na miano jednej z najlepszych na świecie, a już na pewno grającej futbol najatrakcyjniejszy. Mimo tego, że Arsenalowi nie udało się już dorzucić żadnego trofeum, to sezon 2003/2004 z racji tak udanej kampanii ligowej zyskał status legendarnego. Drużyna, która dokonała tego wspaniałego czynu otrzymała zaś przydomek „Niezwyciężonych” (ang. Invincibles).

Wielu zarzucało wręcz Wengerowi, że jest specjalistą od kształtowania piłkarzy ofensywnych. Gorzej było jednak, gdy przychodziło do montowania obrony. Eksperci uważali, że najlepszą formacją defensywną Arsenalu była ta z sezonu 1997/1998. Winterburn, Adams, Keown i Dixon, byli „odziedziczeni” po zespole budowanym wcześniej przez George Grahama. Ekipa z sezonu 2003/2004 stanowi jednak zaprzeczenie tej tezy, bo ścianę defensywną tworzyli wówczas: kupiony przez Wengera z RDC Mallorca Kameruńczyk Lauren, wyciągnięty za darmo od największych rywali Campbell, przesunięty z pozycji defensywnego pomocnika na środek obrony Kolo Toure i ukształtowany pod egidą Wengera Ashley Cole. Nikt z kibiców rywali nie ośmielił się już skandować na trybunach „Nudny, nudny Arsenal”, tak jak to miało miejsce lata wcześniej.

Wenger vs Ferguson, Wenger vs Mourinho

Wenger największe boje toczył przeciwko Manchesterowi United sir Alexa Fergusona. Panowie od początku średnio za sobą przepadali. Wielu upatruje źródła tej niechęci w tym, że Wenger nie kultywował tradycji panującej wśród angielskich menadżerów, nakazującej zaprosić opiekuna drużyny przyjezdnej na pomeczowego drinka. Wenger, fan czerwonego wina, chyba nie do końca znał po prostu etykietę panującą wśród Wyspiarzy, ale doklejono mu łatkę trenera nie szanującego miejscowych obyczajów. W późniejszych latach Francuz zresztą wielokrotnie do takich pomeczowych gościn doprowadzał. Dwoma spotkaniami, które podgrzały na dobre atmosferę pomiędzy obydwoma panami były: wspomniany mecz na Old Trafford z 14 września 2003 roku oraz spotkanie z 24 października 2004 roku, które także odbyło się w Teatrze marzeń. To drugie trwa w pamięci kibiców jako „bitwa bufetowa”. Był to mecz, który zakończył passę 49 gier bez porażki w wykonaniu The Gunners. Arsenal przegrał pierwszy spotkanie od 4 maja 2003 roku. Apogeum wyzwisk miało swoje miejsce w tunelu prowadzącym na płytę boiska. W powietrzu fruwało jedzenie, a sir Alex Ferguson oberwał kawałkiem pizzy. Po latach okazało się, że snajperem był wtedy młodziutki wówczas Cesc Fabregas. Cała afera otrzymała nazwę „Pizzagate”.

Zdjęcie, które przejdzie do historii. Mimo konfliktów, wojenek przed meczami, zarówno Ferguson, jak i Mourinho pokazali wielką klasę, dziękując Wengerowi za lata rywalizacji.

Podchody menadżerów trwały zresztą przed każdym starciem. Cały sezon w prasie można było znaleźć szpileczki. Głównie jednak te, które Fergie wbijał swojemu rywalowi. Gdy Wenger pojawił się w lidze i Fergusona zapytano o inteligencję i wykształcenie nowego menadżera rywali, odpowiedział:

Podobno jest inteligentny, zna kilka języków? Mam tu 15-letniego chłopaka z Wybrzeża Kości Słoniowej, który zna pięć języków.

Szkotowi nie podobało się, że facet, który przychodzi z ligi japońskiej ma czelność wymądrzać się na temat uzdrawiania brytyjskiego futbolu. Ferguson działał tak specjalnie. Zaczepki słowne miały na celu wyprowadzić opiekuna rywali z równowagi. Nakręcanie zawodników prowadziło do tego, że na boisku trzeszczały kości, a w powietrzu unosiła się aura nienawiści. Kolejnym symbolem tej rywalizacji sprzed lat były boiskowe spięcia pomiędzy liderami. Bitwy Roy Keane kontra Patrick Vieira. Fergusonowi, mistrzowi takich przedmeczowych gierek i docinek, często udawało się osiągnąć swój cel i zaburzyć równowagę opanowanego Wengera. Po wspomnianej „bitwie bufetowej” Ferguson (choć ubrudzony pizzą) triumfował. W mediach mógł opowiadać o tym, jak to trener rywali nie potrafi zapanować nad własnymi piłkarzami i trzymać nerwów na wodzy. Fergie dodał również, że nie spodziewa się przeprosin ze strony Wengera, bo on już taki jest.

Gdy w roku 2003 londyńską Chelsea przejął rosyjski oligarcha Roman Abramowicz, to Wengerowi wyrósł kolejny mocny rywal. Zwłaszcza, gdy stery The Blues objął Jose Mourinho. Wenger, magister ekonomii, od zawsze przejawiał niechęć do coraz większej roli pieniędzy w światowym futbolu. Swoje poglądy określał jako bardziej socjalistyczne. Uważał, że jeśli ludzie ustalili stawkę minimalną, jaką mają zarabiać pracownicy, to kwestią czasu jest, by ustalić też górną granicę płacy. Nie mógł znieść napędzanego pieniędzmi miliardera ze wschodu potentata. W 2004 roku przestarzały obiekt Highbury postanowiono zamienić na nowoczesny stadion, odpowiadający standardom współczesnego futbolu. Taka inwestycja skutkowała tym, że Arsenal musiał ograniczyć wydatki na transfery. Stadion Emirates był w pełni wybudowany za pieniądze z klubowej kasy. Mówi się, że w pewnym momencie nieomal doprowadził klub z Londynu do bankructwa. Ostatecznie wszystko dobrze się skończyło, ale finanse klubu musiały zostać na dłuższy czas ograniczone. Być może był to jeden z powodów tego, że Wenger po zdobyciu Pucharu Anglii w 2005 roku, musiał na długi czas zamknąć gablotę z trofeami i przez wiele kolejnych sezonów jej nie otwierać.

Nawet ten „grzeczny” Wenger czasami nie wytrzymywał. Tu podczas przepychanki z Mourinho.

Z jednej strony filozofia Wengera i tak cały czas opierała się na wychowywaniu własnych piłkarzy. Z drugiej nadchodziły czasy, w których bez grubych milionów wyciąganych z portfela trudno było się utrzymać na szczycie. Taka sytuacja doprowadzała do coraz częstszych frustracji francuskiego menadżera. Mourinho także lubił wojenki medialne. Wyprowadził Arsene’a z równowagi w październiku 2005 roku. Portugalczyk nazwał wówczas bossa Arsenalu „podglądaczem z lunetą”. Zasugerował, że Francuz zachowuje się jak dewiant, podglądający innych ludzi, gdyż interesuje się bardziej sprawami Chelsea niż własnego zespołu. Ta uwaga strasznie rozsierdziła bohatera tego tekstu. Na początku jego pracy w Arsenalu jeden z tabloidów rozprzestrzenił wyssane z palca plotki i oskarżył Wengera o pedofilię, co było kompletną bzdurą. Tamto zamieszanie zapamiętały jednak dobrze angielskie trybuny i Wenger wielokrotnie mógł usłyszeć z ust kibiców rywali okrzyki, przypominające mu o tamtym zdarzeniu. Uwaga Mourinho ugodziła w słaby punkt menadżera.Ostatecznie przeprosił Wengera za te słowa, wysyłając mu kartkę świąteczna z przeprosinami. Zadra jednak pozostała.

Stagnacja i strefa komfortu

Ograniczony budżet i ogólna niechęć do wydawania pieniędzy sprawiły, że Arsenalowi coraz trudniej było rywalizować z możniejszymi klubami Premier League. Wengera nadal podziwiano za piękny styl gry jego zespołu i instynkt „łowcy talentów”. Brakowało jednak pucharów. Rok 2006 i dojście do finału Ligi Mistrzów są swoistą granicą oddzielającą lata tłuste i lata chude w przygodzie Arsene’a. Kanonierzy ulegli 1:2 FC Barcelonie, grając od 20. minuty w dziesiątkę. Wyszli na prowadzenie po bramce Sola Campbella w 36. minucie i dzielnie się bronili, ale nie udało im się dowieźć korzystnego rezultatu do końca. Zresztą europejskie puchary od zawsze były największą bolączką Francuza.

Kolejna dekada w wykonaniu The Gunners to tytułowa stagnacja. Przez dziesięć kolejnych sezonów Arsenal zajmował pozycję trzecią lub czwartą w ligowej tabeli. Aż do ubiegłego sezonu, nigdy nie wypadł poza „wielką czwórkę”. Rokrocznie grał też w Lidze Mistrzów. Siedem lat z rzędu odpadał jednak w 1/8. Każda kolejna kampania powodowała coraz większą frustrację kibiców. Coraz większa liczba fanów zaczęła obwiniać za taki stan rzeczy Arsene’a Wengera. Denerwowało ich skąpstwo. Francuz z niechęcią sięgał do klubowej kasy. Do szewskiej pasji kibiców doprowadzała też permanentna wyprzedaż najlepszych zawodników. FC Barcelona czy Manchester City, zasilony pieniędzmi szejka Mansoura, zaczęły traktować w pewnym momencie Arsenal jak supermarket. Piłkarzom zarzucano zaś, że nie chcą opuścić strefy komfortu, jaką jest dla nich zajmowanie pozycji pozwalającej awansować do Ligi Mistrzów. Chwilowo nastroje poprawiło zdobycie trzech Pucharów Anglii w przeciągu ostatnich czterech lat. FA Cup to jednak nie mistrzostwo Premier League ani puchar Ligi Mistrzów. Przez angielskich fanów traktowany jest bardziej jako „puchar pocieszenia”.

W ostatnich latach Arsenal upodobał sobie Puchar Anglii.

Nawet, gdy Wenger nie miał już innego wyboru i sięgnął do kasy, by sprowadzić na Emirates Stadium takich piłkarzy jak Alexis Sanchez czy Mesut Oezil, a w ostatnim sezonie Mchitarjan i Aubameyang, to nie potrafił już tchnąć w ten zespół ducha. Menadżerowi, któremu kiedyś stawiano pomnik za życia, wypominano, że jego metody szkoleniowe były innowacyjne i sprawdzały się może 20 lat temu, ale obecnie świat nowoczesnych menadżerów ucieka mu niczym francuski pociąg TGV. Zawsze zresztą uważano, że pod względem taktyki Wenger nie jest żadnym wielkim mistrzem, lecz trzyma się uparcie jednego schematu, a jak wprowadza na boisku zmiany, to w stosunku 1 vs 1. Teraz media i kibice zaczęli o tym jednak mówić głośniej. Uważali tak praktycznie wszyscy, oprócz samego Wengera, który nadal utrzymywał, że tylko on jest w stanie przywrócić Arsenalowi dawny blask.

Od „Wenger out” do „Merci Arsene”

Zniecierpliwienie fanów osiągnęło w pewnym momencie już taki poziom, że na trybunach Emirates Stadium zaczęły się pojawiać transparenty jawnie nawołujące do odejścia Wengera. Klubowa legenda wykorzystała kredyt zaufania własnych kibiców. Początkowo było jeszcze łagodnie. Treść transparentów głosiła: „Arsene dziękujemy za wspomnienie, ale to czas powiedzieć do widzenia”. Kolejne pasmo porażek sprawiło, że przekaz stał się krótszy i bardziej radykalny. Wszyscy znają hasło #WengerOut, które pojawiało się w różnych miejscach na świecie. Nadal istniała grupa fanów, która absolutnie nie wyobrażała sobie dalszej egzystencji klubu bez francuskiego trenera na ławce. Stanowili oni jednak zdecydowaną mniejszość. 20 kwietnia tego roku gruchnęła informacja, która mimo wszystko wywołała wśród fanów mieszane uczucia. Wenger z końcem sezonu 2017/2018 odejdzie z klubu. Kolejny nieudany sezon i kolejny brak awansu do Ligi Mistrzów. Po ponad dwóch dekadach francuskiego szkoleniowca zabraknie na trenerskiej ławie.

Reakcja fanów od razu się zmieniła. Tym razem w sieci pojawił się hashtag #MerciArsene. Wszyscy dziękowali mu za wszystkie dobre chwile. Trzy mistrzostwa Anglii, siedem pucharów tego kraju, siedem Tarcz Wspólnoty. W 2010 roku został wybrany trenerem dekady przez „Stowarzyszenie statystyków i historyków futbolu”. Niezapomniane utarczki słowne z innym gigantem sceny menadżerskiej – sir Alexem Fergusonem i wspaniała rywalizacja ich dwóch klubów. Poza tym niesamowita klasa i dziesiątki piłkarzy, którzy swoje udane kariery zawdzięczają właśnie jemu. Myślę, że bez względu na to jak postrzegali go fani futbolu przez ostatnie lata, cały piłkarski świat powinien to powiedzieć. Merci Arsene! Kolejna ikona futbolu odchodzi w cień.

RAFAŁ GAŁĄZKA

Źródła, z których korzystałem:

  • J. Cross – Arsene Wenger. Generał i jego Kanonierzy
  • T. Adams, I. Ridley – Uzależniony
  • A. Fynn, K. Whitcher – Arsenal. Jak powstawał nowoczesny superklub
  • A. Lawrance – Niezwyciężeni. Arsenal w sezonie, który przeszedł do historii futbolu
  • P. Merson, M. Allen – Jak nie być profesjonalnym piłkarzem

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Oceń ten tekst!
[Suma: 6 Średnia: 4.3]
Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl