Enrico Chiesa – zmora polskich klubów

Ostatnia dekada XX w. to czas, kiedy każdy młody chłopak marzył o występach w Serie A. Włoska liga była wtedy najsilniejszą na świecie, a na boiskach biegało wielu wybitnych napastników. Kiedy zaczynałem interesować się piłką i poznawać zawodników, to do dziś wielu z nich kojarzy mi się z ich ówczesnym klubem, mimo że nie spędzili tam całej kariery. Kimś takim na pewno jest Batistuta, którego zapamiętałem głównie z występów we Fiorentinie, Bierhoff, który strzelał bramki dla Milanu, czy Inzaghi, który na szerokie wody wypłynął w Juventusie. Był jeszcze jeden świetny napastnik, który nam Polakom szczególnie dał się we znaki. Mimo że w Parmie występował tylko przez trzy sezony, to jego występy właśnie w niebiesko-żółtej koszulce najbardziej zapadły mi w pamięć. Enrico Chiesa, czyli skrzyżowanie Gianniego Rivy i Paolo Rossiego – oto jego historia.

Polskim zespołom we znaki dawało się wielu piłkarzy. Byli też tacy, którzy mieli swoisty patent na strzelanie bramek biało-czerwonym. Gary Lineker, Paul Scholes czy właśnie Enrico Chiesa to tylko niektórzy z nich. Z polskim zespołami grał ośmiokrotnie i aż siedem razy piłka po jego strzałach znajdowała drogę do siatki. Tylko Szkot John Wark może się pochwalić podobnym wynikiem w starciach z naszymi klubami. Co ciekawe Włoch aż sześć z tych goli zdobył na boiskach polskich zespołów.

Po zakończeniu kariery mogę powiedzieć, że lubiłem grać przeciwko Polakom, bo zawsze coś mi wpadało – przyznał w rozmowie z Emilem Kamińskim dla Przeglądu Sportowego.

Blucerchiati i wejście w dorosłą piłkę

Chiesa jest rodowitym Genueńczykiem. Przyszedł na świat 29 grudnia 1970 – w roku, w którym Włosi zdobyli wicemistrzostwo świata. Pierwszym jego przystankiem w futbolowej przygodzie było US Pontedecimo, gdzie trafił w wieku 15 lat. Klub jednak bardziej specjalizował się w kolarstwie niż w piłce nożnej. Zdążył zaliczyć dwa występy w pierwszej drużynie, zanim zwrócił na siebie uwagę lokalnego giganta – Sampdorii.

Do zespołu Blucerchiati trafił w 1987 r. Wydawało się, że złapał pana Boga za nogi, bo genueński klub należał wtedy do najsilniejszych nie tylko w kraju, ale zaczynał się liczyć także w Europie. Pierwszy raz w podstawowym składzie wybiegł 16 kwietnia 1989 w przegranym 0:1 spotkaniu z Romą. Sampdoria zdobywała w tamtym sezonie drugi z rzędu Puchar Włoch, dotarła do finału Pucharu Zdobywców Pucharów, a rok później miała zwyciężyć w tych rozgrywkach. Chiesa jednak nie zdołał do siebie przekonać Vujadina Boškova. Ciężko mu było zresztą wygrać rywalizację z takimi gwiazdami jak Roberto Mancini czy Gianluca Vialli, tym bardziej że obaj spisywali się bez zarzutu. Enrico jednak się nie załamywał i ciężko pracował, wiedział, że musi wzmocnić się fizycznie.

Kiedy byłem dzieckiem, ludzie zawsze mówili mi, że jestem słaby fizycznie i powinienem nabrać więcej siły, jeśli chcę coś osiągnąć w piłce nożnej.

W tak młodym wieku bardzo ważne jest jednak złapanie rytmu meczowego, więc sezon 1990/91 Chiesa spędził na wypożyczeniu w grającym w Serie C2 Teramo. Po frustrującym przesiadywaniu na ławce w Genui w końcu zaczął grać. Opuścił tylko trzy spotkania w lidze i strzelając 5 bramek, dołożył swoją cegiełkę do trzeciej pozycji klubu w lidze. Niestety, grając na wypożyczaniu, ominęło go jedyne jak dotąd Scudetto Sampdorii. Po kolejnym roku zbierania doświadczeń, tym razem na boiskach Serie C1 w Chieti, wrócił do Genui. Miał 22 lata i liczył, że wreszcie dostanie swoją szansę. Dostał ją, ale jej nie wykorzystał. Po ledwie jednej bramce w całym sezonie znowu został wypożyczony.

W barwach Sampdorii razem z Seedorfem;
źródło: repstatic.it

Pobyt w Modenie był już jednak całkiem inny od poprzednich. Zdobyte doświadczenie zaczynało procentować, a potencjał młodego zawodnika wreszcie został odblokowany. Trener Francesco Oddo potrafił wykorzystać jego piekielną szybkość i obunożność, dzięki czemu Chiesa stał się prawdziwym snajperem. Modena nie uniknęła spadku, ale Liguryjczyk zaprezentował znakomitą formę, zdobywając ponad połowę bramek dla swojego zespołu. Dobra passa trwała w kolejnym sezonie. Tym razem swoje umiejętności prezentował już na boiskach Serie A, będąc wypożyczonym do Cremonese. To od niego trener zaczynał ustalanie składu. Nie opuścił ani jednego meczu, a jego 14 bramek dało klubowi tak upragnione utrzymanie.

Nie codziennie strzela się kilkanaście bramek w najlepszej lidze świata, więc nic dziwnego, że Sampdoria w końcu sama postanowiła wykorzystać ogromnie możliwości piłkarza. Chiesa grał w ataku z Mancinim. Ta dwójka znakomicie się uzupełniała i współpracowała, co zaowocowało tytułem króla strzelców dla Enrico. Potrzebował co prawda kilku miesięcy na przełamanie, ale jak zaczął strzelać w spotkaniu z Bari 3 grudnia 1995, to od razu walnął hat-tricka i imponował skutecznością do końca sezonu. Nie przejmował się klasą rywala i strzelał komu popadnie. Tydzień po swoich pierwszych trafieniach dla Sampdorii wpakował dwie bramki Juventusowi. Angelo Peruzzi pewnie do dzisiaj się zastanawia, jak wpadła pierwsza z nich:

Narodziła się nowa gwiazda. Swoje umiejętności i swoją klasę potwierdził w meczu z wielkim Milanem, gdzie miał naprzeciw siebie fantastyczną parę stoperów Malidini – Baresi, a mimo to potrzebował ledwie minutę, żeby strzelić bramkę. Pół godziny Chiesa później dołożył drugą, upokarzając mediolańskie gwiazdy.

Football Comes Home, czyli Inghilterra ‘96

Zbliżały się mistrzostwa Europy w Anglii. Szkoleniowcem Włochów był Arrigo Sacchi, któremu nie mogła umknąć fantastyczna forma piłkarza Sampdorii. W prasie pojawiały się sugestie, że może stać się nowym Rossim, albo nowym Schillaccim, którzy też przebojem wdzierali się do kadry. Chiesa swój debiut w barwach narodowych zaliczył ledwie dwa tygodnie przed turniejem. W towarzyskim meczu z Belgią strzelił swoją pierwszą bramkę dla Azzurich, ustalając wynik meczu na 2:2. Ten, który zaufał mu w klubie, czyli Sven-Göran Eriksson mówił:

Ze swoją szybkością, techniką I ostrym strzałem, Chiesa jest najlepszym włoskim napastnikiem w tym momencie… Jest graczem najwyższej klasy, jednym z najlepszych, jakich kiedykolwiek trenowałem.

W składzie jednak roiło się od wielkich i uznanych napastników. Roberto Baggio, Fabrizio Ravanelli, król strzelców Serie A Giuseppe Signori czy Gianfranco Zola nie zamierzali rezygnować z walki o miejsce w składzie. Oczekiwania wobec piłkarza rosły, zewsząd płynęły pochlebne słowa pod jego adresem. Fabio Capello widział w nim jednego z głównych aktorów turnieju:

Chiesa to prawdziwy talent I podejrzewał, że będzie wielkim objawieniem mistrzostw Europy. W tym momencie nie lepszego snajpera.

Sacchi, mimo że był pod wrażeniem formy, jaką Chiesa prezentował w lidze, nie zdecydował się postawić na niego. Pierwszy wygrany mecz z Rosją przesiedział na ławce, dopiero w drugim wyszedł w pierwszym składzie. Po pięciu minutach Włosi przegrywali z Czechami 0:1, ale w 18 minucie Enrico wyrównał, udowadniając, że potrafi się odpłacić za okazane mu zaufanie. Niestety czerwona kartka, jaką dziesięć minut później otrzymał Luigi Apolloni, skomplikowała nieco sytuację Azzurich. Czesi zwyciężyli 2:1, choć do wyrównania niewiele zabrakło. Szkoleniowiec nie potrafił znaleźć optymalnego ustawienia i w decydującym meczu z Niemcami Chiesa ponownie zasiadł na ławce. Wszedł jednak na ostanie pół godziny. Włosi przeważali i kontrolowali przebieg spotkania, zwłaszcza po czerwonej kartce dla Thmosa Strunza. Ale Andreas Köpke rozgrywał znakomite zawody, obronił karnego Zoli i zachowując czyste konto przez cały mecz, wysyłał rywali do domu.

Chiesa tuż po strzeleniu bramki w spotkaniu z Czechami;
źródło: Brandon Malone/Action Images

Gialloblu i największy sukces

Jeszcze przed mistrzostwami stało się jasne, że zmieni klub. Swoimi występami zwrócił uwagę najlepszych drużyn na kontynencie, ale przeniósł się do Parmy. Klub, którym rządził Calisto Tanzi, miał ambicję stać się jednym z najlepszych w Europie. Chiesa kosztował prezesa Parmalatu 15 mln dolarów. Podpisał pięcioletni kontrakt, w myśl którego za jeden sezon miał zarobić 1,6 mln dolarów, już po opodatkowaniu. Klub miał w tamtym czasie naprawdę mocną pakę. W bramce Buffon, w obronie Thuram, Sensini, Cannavaro i kapitan Apolloni, w środku pola rządził Dino Baggio, a zdobycze bramkowe mieli zapewnić Crespo, Zola i właśnie Chiesa. A nad wszystkim starał się zapanować Carlo Ancelotti.

Nic więc dziwnego, że już w swoim debiutanckim sezonie Chiesa otarł się o Scudetto. Do zwycięskiego Juventusu zabrakło ledwie dwóch punktów. Nigdy wcześniej ani nigdy później Parma nie była tak blisko triumfu w Serie A. Stworzył świetny duet razem z Crespo. Wspólnie zdobyli 26 bramek, a Enrico z 14 trafieniami był najlepszym strzelcem zespołu. Wicemistrzowie Włoch w przyszłym sezonie mogli zagrać w Lidze Mistrzów. To właśnie wtedy pojawił się nad Wisłą i dał się we znaki Widzewowi, strzelając łodzianom trzy bramki. W grupie zajęli drugie miejsce za broniącą tytułu Borussią Dortmund, ale 9 zdobytych punktów nie wystarczyło, żeby awansować do ćwierćfinału. Do kadry dołączyli co prawda Faustino Asprilla i Mario Stanić, ale w Serie A zespół rozczarował, zajmując dopiero szóste miejsce. Ancelotti pożegnał się z posadą.

Czas spędzony w Parmie to najlepszy okres w jego karierze;
źródło: rovesciate.com

Na mistrzostwa świata do Francji Chiesa załapał się w ostatniej chwili. Tuż przed turniejem kontuzję odniósł Fabrizio Ravanelli, a piłkarz Parmy wskoczył na jego miejsce. Cesare Maldini wolał jednak stawiać na innych graczy. Enrico zagrał tylko w dwóch spotkaniach. W pierwszym z Chile wszedł na ostatnie pół godziny gry, a w 1/8 finału z Norwegią pojawił się na boisku w 73 minucie. Niczym szczególnym się nie wyróżnił. Tak skończyła się jego przygoda z wielkimi turniejami. Mimo że grywał w meczach eliminacyjnych do Euro 2000, to nie znalazło się dla niego miejsce w kadrze na turniej, na którym Włosi zdobyli srebrne medale.

Nadchodzący sezon miał być najlepszym w jego karierze. Parma znakomicie spisywała się w Pucharze UEFA. Opiekunem zespołu został Alberto Malesani. Nie miał on żadnych spektakularnych sukcesów, ale dobrze poradził sobie w Chievo w Serie B. Doprowadził tez Fiorentinę do piątego miejsca w poprzednim sezonie. Dodatkowo ściągnięto do klubu Juana Sebastiána Veróna. Klub zdołał dotrzeć do samego finału, który rozgrywano na moskiewskich Łużnikach. Tam Gialloblu nie pozostawili złudzeń Olympique Marsylia z Blancem i Pirèsem, pewnie zwyciężając 3:0. W drodze po trofeum w 1/16 finału Chiesa ponownie przyjechał do Polski i tym razem zapamiętali go kibice krakowskiej Wisły. To właśnie Enrico już w drugiej minucie otworzył wynik pierwszego spotkania w Krakowie – tego samego, w którym Dino Baggio został trafiony w głowę nożem rzuconym z trybun. Chiesa zakończył sezon z ledwie dziewięcioma bramkami w lidze, ale za to w Pucharze UEFA grał pierwsze skrzypce. To w dużej mierze dzięki niemu Parma zdobyła swój kolejny puchar. Strzelał bramki Rangersom, Żyrondystom z Bordeaux i Atlético Madryt. Również w finale wpisał się na listę strzelców. Po podaniu Veróna oddał fenomenalny strzał z półwoleja i ustalił wynik meczu.

Do triumfu dorzucił koronę króla strzelców rozgrywek i Puchar Włoch. Był jednym z najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych zawodników we Włoszech. Jego marzeniem było jednak Scudetto. W tym celu zdecydował się opuścić miasto szynki i sera.

Viola i niespełnione marzenia

Trafił do Florencji. W stolicy Toskanii, podobnie jak w Parmie, tworzono zespół, który miał sięgnąć po tytuł. Największą gwiazdą klubu był oczywiście jeden z najlepszych napastników na świecie w tamtym czasie – Gabriel Batistuta. Argentyńczyk zaczynał się zastanawiać nad zmianą otoczenia i żeby przekonać go do pozostania, ściągnięto do zespołu kilka dużych nazwisk, takich właśnie jak Chiesa czy Balbo, który przyszedł razem z nim. O miejsce w składzie rywalizował m.in. z Mijatoviciem, który do Fiorentiny trafił z Realu. W sierpniu podopieczni Giuseppe Trapattoniego przyjechali do Polski. W eliminacjach do Ligi Mistrzów mierzyli się z łódzkim Widzewem. Chiesa ponownie przypomniał o sobie kibicom nad Wisłą.

Chiesa w walce z Fabio Cannavaro – byłym klubowym kolegą;
źródło: Grazia Neri/Getty Images

Początki we florenckim klubie nie były jednak różowe. Ściągnięty za 16,5 mln dolarów napastnik, musiał walczyć o miejsce w składzie, a nie był już pierwszej młodości. Miał 29 lat, zanotował obniżkę formy i nie ominęły go urazy. Mimo że 24 razy wychodził w pierwszej jedenastce, to nie potrafił wyjść z cienia Batistuty. Rozczarowywał. Ale nie zachwycała też cała Viola. O ile odpadnięcie w drugiej rundzie grupowej Ligi Mistrzów wstydu raczej nie przynosiło, o tyle siódme miejsce w lidze to wynik dużo poniżej oczekiwań.

Dopiero po odejściu Batistuty do Romy w 2000 r. Chiesa odnalazł swój rytm. 22 bramki w Serie A dały mu trzecie miejsce w klasyfikacji strzelców. Kibice nie zapomnieli o Argentyńczyku, ale teraz mieli nowego idola. Niestety dobra forma Enrico nie szła w parze z dyspozycją całego zespołu. W Pucharze UEFA ich pogromcą został Radosław Gilewicz ze swoim Tirollem Innsbruck. Wobec słabej postawy drużyny zrezygnowano z usług Fatiha Terima. W marcu zespół objął kolega Chiesy z Sampdorii – Roberto Mancini. Na poprawę sytuacji w tabeli było już za późno, ale starzy znajomi zdołali zatriumfować w Pucharze Włoch. Chiesa po raz drugi w karierze zdobył to trofeum.

Wydawało się, że wszystko idzie ku dobremu. Niestety nasilały się problemy finansowe klubu. Z tego powodu zespół opuścił jeden z najlepszych rozgrywających w lidze Portugalczyk Rui Costa, którego sprzedano do Milanu. Mimo tych kłopotów Chiesa potrafił znakomicie otworzyć nowy sezon. W pierwszych pięciu meczach pięciokrotnie trafiał do bramki rywala. Niestety to były jego jedne występy w tamtej kampanii. Poważna kontuzja kolana uniemożliwiła mu ukończenie kolejnego sezonu z ponad 20 bramkami na koncie. Wkrótce potem Fiorentina przegrała walkę z długami. Ogłosiła upadłość i została zdegradowana.

Biancocelesti i niepowodzenie w stolicy

W poszukiwaniu nowych wyzwań udał się do Rzymu. Podążył śladem swoich kolegów z Parmy. W rzymskim klubie grali Dino Baggio, Juan Sebastián Verón, Hernán Crespo czy Stefano Fiore, choć w momencie jego przyjścia do Lazio zostali tam już tylko ten pierwszy i ostatni. Trenerem znowu był Mancini, ale niechętnie na niego stawiał. Chiesa jednak udowodnił, że nie zapomniał, jak zdobywa się bramki. W meczu z Perugią wszedł na boisko na ostatni kwadrans, a mimo to potrafił dwukrotnie wpisać się na listę strzelców. To były jednak jego jedyne ligowe bramki dla Lazio. Większość meczów oglądał z ławki, a jeśli już wchodził na boisko, to tylko na ogony.

Przychodząc do Lazio, miał duże oczekiwania. Niestety nie był to udany okres;
źródło: ssl1900.com

W marcu włoski napastnik znowu został katem polskiej drużyny w europejskich pucharach. W dwumeczu z Wisłą dwukrotnie wychodził w pierwszej jedenastce i za każdym razem zapisał się w protokole. Bramką na 3:3 w pierwszym spotkaniu w Rzymie uratował remis dla swojego zespołu, a trafieniem na 2:1 w rewanżu wybił krakowianom z głowy marzenia o ćwierćfinale. Chiesa chciał grać, ale w Lazio przegrywał rywalizację z Claudio Lópezem czy Simone Inzaghim. Zdecydował się więc na opuszczenie Wiecznego Miasta.

Robur, czyli Siena Club Enrico Chiesa

Miał już 33 lata, więc najlepszy okres kariery teoretycznie za sobą. Będąc dziś na jego miejscu, wielu wybrałoby odcinanie kuponów Chinach, Katarze, albo innej MLS. Chiesa był jednak inny. Chciał udowodnić tym, którzy w niego zwątpili, że potrafi jeszcze grać w piłkę na przyzwoitym poziomie. Trafił do Sieny. To właśnie w mieście, w którym do dziś istnieje najstarszy europejski bank, piłkarz się odrodził.

Już w trzecim ligowym występie dla swojego nowego klubu popisał się hat-trickiem. Fakt, że dwie bramki zdobył z rzutów karnych, wcale nie umniejsza tego osiągnięcia. Zespół zyskał nową gwiazdę, a weteran z miejsca stał się ulubieńcem kibiców. Ze swoją wizją i przeglądem pola oraz kreatywnością, a przede wszystkim dzięki ogromnemu doświadczeniu stał się głównym reżyserem gry drużyny. W ataku partnerował mu inny wiekowy już napastnik – Norweg Tore André Flo i wiecznie niespełniony talent – Nicola Ventola. Swój pierwszy sezon w nowym otoczeniu zakończył z dziesięcioma trafieniami na koncie.

Enrico Chiesa w barwach Sieny
W Sienie stał się prawdziwym liderem zespołu;
źródło: Sky Sport

Przez następne lata był zawodnikiem, od którego trenerzy zaczynali ustalanie składu. Na Stadio Artemio Franchi nie potrafiły wygrać takie firmy jak wielki Milan, czy nie mniej wielki Inter. Przed każdym sezonem Sienę wymieniano jako kandydata do spadku, ale kiedy ma się w składzie takiego piłkarza jak Chiesa, to o utrzymanie można być raczej spokojnym. Przez pięć lat swojego pobytu w klubie, Enrico stał się prawdziwym symbolem klubu. Na boisko wybiegał 129 razy. Strzelił 32 bramki. Kibice, doceniając jego zasługi dla drużyny, jeden z fanklubów nazwali Siena Club Enrico Chiesa. To, czego udawało się uniknąć podczas pobytu napastnika w klubie, stało się nieuniknione już w drugim sezonie po jego odejściu – Siena spadła do Serie B.

Pensione di calcio, czyli emerytura

Swoją przygodę z piłką zakończył w sennym włoskim miasteczku Figline Valdarno. W miejscowej drużynie występował w Lega Pro Seconda Divisione, czyli dawnej Serie C2. O jego wyborze zadecydowało w dużej mierze to, że chciał być blisko rodziny, a miasteczko leży niedaleko Florencji.

Klub był beniaminekiem i razem z Enrico w składzie zwyciężył w rozgrywkach, awansując poziom wyżej w ligowej hierarchii. Dołożył do tego zwycięstwo w superpucharze, który rozgrywano między zwycięzcami trzech grup tego poziomu ligowego. Niestety w przyszłym sezonie klub, mimo że zajął dziewiąte miejsce, to został wykluczony z rozgrywek przez federację.

Na boiskach Serie A strzelił 138 bramek. W klasyfikacji wszech czasów za jego plecami są m.in. Szewczenko, Trezeguet, Altobelli, Bettega czy Rivera. Ten ostatni tak mówił o urodzonym w Genui zawodniku:

Chiesa dysponuje zarówno wielką szybkością, jak i potężnym uderzeniem. Jest graczem kompletnym. Inną rzeczą, jaką w nim lubię, jest to, że jest introwertykiem, takim, jakim ja byłem. Nie mówi za dużo, ale na boisku przemawia przez swoje jasne pomysły i kreatywność.

Jak mówił w jednym z wywiadów, gdyby nie był piłkarzem, to pewnie zostałby aktorem. Żonę poznał w wieku 12 lat, kiedy był z rodzicami na wakacjach. Mają dwójkę dzieci – córkę Adrianę i syna Federico, o którym ostatnio robi się coraz głośniej. Na to jednak żeby w oczach ojca zostać piłkarzem, musi jeszcze popracować:

Tata mówi, że uzna mnie za piłkarza dopiero po 300 występach w Serie A, sam ma prawie 400. Ale bycie jego synem to nie tylko presja. Dostałem od taty wiele wskazówek odnośnie bycia dobrym piłkarzem i człowiekiem. Pracuję na siebie. Nie chcę być „synem Enrico”, tylko Federico Chiesą – mówił po swoim debiucie w Serie A.

Dziś próbuje swoich sił jako trener. Prowadził drużynę Sampdorii w Primaverze, a ostatnio powierzono mu obowiązki pierwszego trenera w małym klubie Castelluccio.

W reprezentacji jego bilans zamknął się w 17 spotkaniach, w których siedmiokrotnie trafiał do siatki. Szczyt jego kariery przypadł na okres, w którym we włoskiej kadrze grało wielu wybitnych zawodników. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że mógł bardziej zaistnieć na arenie międzynarodowej. Szkoda też, że tak długo musiał czekać na swoją szansę w Sampdorii. Gdyby nie to może jego kariera potoczyłaby się inaczej… ale to tylko gdybanie. W trakcie swojej przygody z piłką zwiedził 11 klubów i z pewnością zapisał się w pamięci kibiców każdego z nich. W Łodzi i Krakowie też zapewne o nim pamiętają. A kto wie, może wkrótce to nazwisko znowu da się we znaki polskim kibicom? Oby nie…

BARTOSZ DWERNICKI

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Bartosz Dwernicki
O Bartosz Dwernicki 35 artykułów
Pasjonat podróży i gór. Wielbiciel futbolu latynoskiego i afrykańskiego. Lubi zagłębiać się w piłkarskie historie zza żelaznej kurtyny. Od 20 lat kibic Borussi Dortmund i Realu Madryt