Złota Jedenastka: łysi

Kupili talent do piłki za własne włosy. Wszyscy po kolei zdołaliby się ostrzyc u fryzjera szybciej niż jeden Paul Pogba. Już jakiś czas temu stworzyłem jedenastkę dziwnych piłkarskich fryzur. Tym razem postanowiłem zabawić się w zestawienie składu tylko spośród tych zawodników, od których głów odbijało się światło jupiterów. Oto Złota Jedenastka łysych. Każdy z nich został w krótki sposób scharakteryzowany. 

Bramkarz: Tim Howard

Tak, wiem, spodziewaliście się Bartheza, ale to moja jedenastka. Myślisz łysi bramkarze i od razu włącza się w głowie wielki hymn Stanów Zjednoczonych – Tim Howard, Brad Friedel, Brad Guzan i jeszcze Kasey Keller. W bramce USA panuje jedyna słuszna moda fryzjerska. Dlatego postanowiłem wyróżnić jednego z nich. Howard od dziecka zmagał się z zespołem Tourette’a. Pisał w swojej autobiografii:

Nie mogłem usiedzieć w miejscu ani się skupić, rozpaczliwie pragnąłem być wszędzie, ale nie w tej ławce. Nienawidziłem szkoły, nienawidziłem wszystkiego, co było z nią związane, nawet tykania zegara na ścianie, szumu świetlówek nad głową, pisku krzeseł szuranych po podłodze, twardości krzesełek, na których siedziałem. I co najgorsze. wszystkich tych długich, długich godzin siedzenia w bezruchu. Uciekałem w jedyny sobie znany sposób. Podnosiłem rękę pięć, sześć, siedem razy dziennie. Jeśli nie do szedłem łazienki, to do pielęgniarki.

Golkiper ma coś wspólnego z innymi dwoma łysolami – Barthezem i Reiną – potrafił wpuścić spektakularnego babola. Jednocześnie też nieraz bronił jak w transie, choćby na mundialu w starciu z Belgią. Nie spełnił pokładanych w nim nadziei w Manchesterze United, gdzie cierpiał nawet na problemy psychiczne. Odbudował się w Evertonie i to tam tak naprawdę wypracował sobie pozycję bardzo solidnego golkipera. W reprezentacji zagrał aż 121 razy. 39-latek niedawno rozpoczął swój trzeci sezon w Colorado Rapids. Wyprowadził zespół jako kapitan, którym był także rok temu.

Gdy miał 11 lat, neurolog zdiagnozował problem. Zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne, czyli choroba, która charakteryzuje się zachowaniami przymusowymi. Dotknij ściany, skrzyżuj stopy, podnieś kamień, popraw kapcie. Wszystko dostrzegła czujna mama. Tiki i zachowania przeniosły się na boisko – przed rozmową, musiał kogoś dotknąć, mrugał oczami, chrząkał, oczyszczając gardło. Inne dzieci się śmiały. Oddajmy jeszcze głos Howardowi, który opowiada o tym, co podpowiadał jego mózg:

Dotknij balustrady, włącznika światła, dotknij ściany, dotknij obrazu. Wzór mógł się różnić, ale zawsze narzucałem sobie jeden rytm. Gdybym próbował się oprzeć – musiałem zaczynać wszystko od nowa. Nie miało znaczenia, czy byłem głodny i czy kolacja była na stole. Nie miało też znaczenia, jak bardzo musiałem iść do łazienki. Musiałem przestrzegać schematu w mojej głowie. Musiałem dotknąć tych rzeczy i dokładnie w tej kolejności. To było dla mnie istotne.

Piłka nożna go uratowała. Początkowo nie chciał stać na bramce, ale był najwyższy. Poza tym cierpiał na zaburzenia, a na pozycji golkipera czekasz na ruch przeciwnika. Trener dawał mu grać w ataku i na bramce. Tam również przeniosły się tiki: zapnij rzepy od rękawic, kaszlnij, mrugnij, kopnij w słupek. Wszystko jednak momentalnie mijało, kiedy przeciwnik zbliżał się z piłką. Tim to wierny katolik, określa Boga jako najistotniejszą wartość w swoim życiu. Od lat działa w organizacji Tourette Syndrome Association of New Jersey, wspierającej chorych na zespół Tourette’a. Tim Howard strzeże mojej bramki bandy łysoli.

Lewy obrońca: Roberto Carlos

Chyba nie ma innej możliwości wyboru na lewej stronie defensywy. Roberto Carlos nie dość, że był najlepszym kodżakiem wśród lewych obrońców, to zdaniem wielu byłby i lepszy od wszystkich z włosami. Chyba nie trzeba szerzej przedstawiać tego małego gagatka. Każdy, kto mocniej kopał na pod trzepakiem zyskiwał dumny przydomek Roberto Carlos, co sprawiało, że ego młodego adepta futbolu sięgało Jowisza. Roberto Carlos nie był też zwolennikiem „niewalenia z całej pety”, kiedy golkiper dość głośno się o to ubiegał. Żaden „gruby bramkarz” na podwórku by go nie polubił. 125 meczów w kadrze, złoto MŚ w 2002 roku, cztery mistrzostwa i trzy Ligi Mistrzów z Realem, gdzie występował przez 11 lat. Za kilkanaście lat będzie się dyskutować – czy w historii Realu lepszy był ten łysy Brazylijczyk, czy może ten kudłaty. Dla pokolenia z lat 90. sentymentalnie będzie to Roberto Carlos. Punkt za odwagę. Zapytany o najlepszego zawodnika, jakiego dane mu było oglądać, w Four Four Two odparł:

Maradona. Był spektakularny, pokazywał futbol, taki, jaki rzeczywiście futbol powinien być. Niezwykły do oglądania. Wszyscy u nas mówią o Pelem, ale nigdy nie widziałem, jak grał. Dla nas, Brazylijczyków, Pele jest królem futbolu, ale ja go nie widziałem, więc to Maradona jest moim numerem jeden. Po prostu zjawisko. Kogo to obchodzi, że jest Argentyńczykiem?

Wychodził trochę poza ramy nie tak ofensywnie grających w tamtych latach bocznych obrońców. Owszem, grano już w ten sposób, ale on i Cafu robili tak w reprezentacji wymiennie po obu stronach. Wyznaczyli standardy jeszcze bardziej i odważniej grających full-backów. Każdy chciał być Roberto Carlosem, tak jak on chciał być, jak… Leovegildo Lins da Gama Júnior, czy po prostu Júnior, lewy obrońca reprezentacji Brazylii na mundialach w 1982 i 1986 roku. Jeśli będziecie mieli w krzyżówce hasło: mały piłkarz z bombą w nodze, to waszą odpowiedzią musi być Roberto Carlos i on też będzie hasał w mojej jedenastce ogolonych. Jeśli zakręcisz tak dziewczyną, jak Roberto piłką w meczu z Francją na turnieju towarzyskim w 1997 roku, to jest już twoja. Choć Roberto Carlos sam wyznał dla L’Equipe prawdę. Można powiedzieć, że ośmieszył wszystkich tych fizyków, którzy badali, czy taki „rogal” jest w ogóle możliwy:

Piłka szła kompletnie obok bramki, wszystko stało się przez bardzo mocny w tamten dzień wiatr. To był cud.

W przyszłości chciałby zrobić karierę trenerską w Europie. Cóż, na razie odbija się od takich potęg jak: Akhisar Belediyespor, czy Delhi Dynamos, a także od marketingowego super wizerunku, bo ten sympatyczny Pan nie opłacił alimentów, twierdząc, że „jest biedny”. Sąd nie uwierzył i skazał Roberto na trzy miesiące więzienia. Nie było innego wyjścia. Wkrótce jednak uregulował dług i sprawa się rozpłynęła. Roberto Carlos jest moim wyborem na lewej obronie. To znaczy był jeszcze bezkonkurencyjny Paul Konchesky, ale postanowiłem dać szansę innym i wybierać spośród ludzi.

Stoper: Jaap Stam

Gdybym miał córkę, która prowadza się z podejrzanymi typami, to wynająłbym i opłacał właśnie takiego człowieka. Jaap Stam w bonusie do swojej fryzury, jaką był brak fryzury, miał (i nadal ma) wygląd, którym straszy już pierwszym spojrzeniem. Takiego stopera można było się bać już przed wyjściem na boisko. Znany z występów w Manchesterze United i wLazio. Mimo, że w barwach Czerwonych Diabłów rozegrał tylko trzy sezony, to zdobył w nich komplet mistrzostw i dołożył 90 minut w jednym z najbardziej spektakularnych meczów w historii futbolu. Przeciwko Bayernowi w 1999 roku.

Wyrzucony z Manchesteru po tym, jak Ferguson nie mógł mu wybaczyć ataków, jakie Holender wyprowadził w swojej autobiografii. Chodziło między innymi o to, że Sir Alex miał ściągnąć go z PSV niezgodnie z przepisami. Przez wiele lat uważano, że było to bezpośrednią przyczyną odejścia Stama do Lazio. Stoper był w tak zwanej radzie drużyny i wyjaśnił, o co tak naprawdę chodziło w jego odejściu:

To na jednym z takich spotkań powiedziano mi, że muszą coś zrobić z sytuacją budżetową. Rozmawialiśmy wtedy o niej, ale przede wszystkim o problemie budżetowym w zespole. To wtedy powiedzieli nam, że pod względem budżetowym muszą coś zrobić. Nie wymieniali nazwisk, ale… nie chodziło o książkę. Rozmawialiśmy o tym z zarządem, a także o problemie z budżetem w tym czasie. W końcu musieli kogoś sprzedać. Byłem tam trzy sezony i wygrałem wszystko. Zapłacili za mnie 10-11 milionów funtów, a sprzedali za 15-16.

Do Lazio trafił, kiedy ten zespół właściwie upadał. W latach 90. Sergio Cragnotti zapewniał finansowy komfort, sprowadzając wielkie gwiazdy, jak Veron, Vieri, czy Hernan Crespo, za niewyobrażalną w 2000 roku kwotę 35 milionów funtów. Wszystko to skończyło się w 2002 roku, czyli w drugim sezonie Jaapa Stama w rzymskim klubie. Skandal dotyczący firmy spożywczej Cragnottiego zrujnował marzenia o wielkim Lazio. To nie oni kupowali. Musieli sprzedawać. Utrata ukochanego wychowanka – Nesty – zabolała najbardziej. Odszedł także Crespo, w późniejszych latach Fiore czy nasz łysy Holender, a Lazio nie mogło sobie pozwolić na spektakularne transfery. Jak tam w ogóle trafił? Pewien gość namówił go na parkingu stacji benzynowej:

Pojechałem wcześniej, żeby porozmawiać z trenerem. Nie było przyjemnie. Powiedziałem do niego: wracam do domu. Później zadzwonił agent w sprawie kontraktu z AS Monaco, oferta była wstępnie zaakceptowana. Po tej rozmowie od razu zadzwonił Ferguson: „Gdzie jesteś?”. Odpowiedziałem: „Mówiłem, że wracam do domu”. Odparł: „Zatrzymaj się na stacji benzynowej”. Czekałem na niego, wsiadł do mojego samochodu i zaczął mówić o innym klubie (Lazio), gdzie chciałby, abym dołączył. I dołączyłem. Pojechaliśmy w swoje strony, a ja zostałem sprzedany. Spotkaliśmy się więc na parkingu i w pół godziny omówiliśmy transfer.

Jako jedyny zagrał w dwóch najbardziej spektakularnych finałach Ligi Mistrzów w historii. 1999 i 2005. Smakował słodyczy zwycięstwa i goryczy porażki w takim samym stylu. Był jednym z najlepszych obrońców ery Premier League, mimo że występował tam przez zaledwie trzy lata. Sir Alex Ferguson przyznał potem, że sprzedaż holenderskiego wojownika była jego wielkim błędem. Jego miejsce zajął Laurent Blanc. Obecnie, co ważne, też nie ma włosów i, co mniej ważne – prowadzi Reading. Rok temu w bardzo pechowy sposób po rzutach karnych w finale play-offów przegrał z Huddersfield. W tym ekipie Reading jest bliżej do spadku, jednak trwają z Holendrem w kryzysie, choć stołek robi się coraz bardziej gorący, a może po prostu wszyscy boją się mu spojrzeć w oczy i go wylać. Ja bym się bał.

Stoper: Lilian Thuram

Lilian to człowiek, którego spośród wszystkich tych łysych gagatków wystawiłbym do gry w „Jeden z dziesięciu”. Nietypowy piłkarz z przyklejoną do dłoni książką. Do dzisiejszych czasów gier na PS4, Instagramów, czy snapowania nie pasowałby kompletnie. Ale już poczytać Alexandra Dumasa, Gustave’a Flauberta, czy innego Victora Hugo – ooo, to bardzo chętnie. Zawsze miał coś do powiedzenia. Pamiętał o swoich korzeniach, czyli Gwadelupie. Był wdzięczny mamie za to, że go wychowała. Ojciec zostawił go już na początku drogi życiowej. Ciężar wychowania spadł na Marianę Thuram. Być może jest to bujda, ale po słynnych dwóch golach z Chorwacją (podobno) podszedł do niego człowiek, który przedstawił się jako ojciec. Lilian kazał mu po prostu spadać, sugerując, że ojciec nie zachowałby się w ten sposób.

Urodziłem się na Gwadelupie. Przeniosłem się do Paryża, gdy miałem dziewięć lat. Wtedy w telewizji pojawiła się taka bajka, w której występowały dwie krowy. Jedna bardzo głupia, która była czarna, zwana Blackie. Druga bardzo inteligentna, biała, nazwana Whitie. Niektórzy z moich znajomych nazywali mnie właśnie Blackie, wyraźnie inspirując się kreskówką. To mnie zasmucało. Pewnego dnia zapytałem matkę, dlaczego czarni są tak postrzegani? Odparła, że tak już po prostu jest. To była zła odpowiedź, zachęta do pozostawania ofiarą. Na szczęście się temu nie poddałem i zrozumiałem, że to konstrukcja intelektualna, której możemy się przeciwstawić – opowiadał dziennikarce Euro news

Thuram znany jest ze swojej walki z rasizmem i lewicowych poglądów. Wystarczy też wpisać w wyszukiwarkę google „Thuram’s books”. Ponad dziesięć. „Manifest na rzecz równości”, „Nasza historia”, „Moje czarne gwiazdy”. Druga i trzecia to komiksy, skierowane do francuskich dzieci. Głupi ludzie nie piszą książek. Thuram wykorzystuje swoją futbolową legendę. Zapytany przez dziennikarkę Euronews o to, czy kiedykolwiek będzie chciał zostać trenerem, odparł:

O nie. Naprawdę nie. Myślę, że to, co teraz robię, jest znacznie ważniejsze niż piłka nożna.

W 2005 roku poparł bunt francuskiej ludności imigracyjnej po zabiciu dwójki nastolatków, imigrantów z Afryki, którzy zostali śmiertelnie rażeni prądem. W trakcie ponad tygodnia awantur – spłonęło blisko 9000 samochodów. Wielu krytykowało wówczas Liliana, że otwarcie poparł takie metody. Kiedy Sarkozy (wówczas szef konserwatystów) nazwał protestujących „szumowinami”, Thuram brnął dalej, twierdząc: w takim razie ja także jestem szumowiną. Później jeszcze raz zaprotestował przeciwko Sarkozy’emu, gdy ten wyrzucił ponad 80 imigrantów z nielegalnie wynajmowanych mieszkań. Lilian sprezentował im bilety na finał mundialu. W 2010 roku został ambasadorem UNICEF-u. Brał też udział w marszach dotyczących legalizacji związków małżeńskich tej samej płci.

Grywał na prawej stronie defensywy i na środku. Z każdym swoim klubem zdobywał trofeum. W Monaco – Puchar Francji. W Parmie – Puchar Włoch, Superpuchar Włoch oraz Puchar UEFA. W Juventusie dwukrotnie mistrzostwo i dwa razy Superpuchar. W Barcelonie również Superpuchar. Z reprezentacją Francji najcenniejszy w karierze piłkarza, wymarzony Puchar Świata. Gdy był młodszy, to częściej grywał na boku, jak choćby w swoim najbardziej spektakularnym spotkaniu w kadrze – w półfinale MŚ przeciwko Chorwacji. To tam strzelił dwie bramki, które zapewniły Trójkolorowym awans do finału. Okazało się, że te dwa trafienia były… wszystkimi, jakie zdobył w kadrze, w której rozegrał aż 142 spotkania, o 19 więcej niż drugi w hierarchii Thierry Henry. W pamiętnym finale także zagrał na boku obrony. W środku rządzili bowiem Frank Leboeuf i Marcel Desailly. W 2006 roku to on już ustawiał defensywę Trójkolorowych, a partnerował mu William Gallas. Podopieczni Domenecha stracili tylko trzy gole w siedmiu spotkaniach, ogrywając między innymi Brazylię, czy Portugalię do zera w fazie play-off. W tamtym finale w reprezentacji Francji zagrało aż pięciu łysoli z mojej jedenastki! Inteligentny Francuz jest moim wyborem na środek obrony.

Prawy obrońca i kapitan: Pablo Zabaleta

Ten Pan musiał się tu znaleźć, mimo że kariery jeszcze wcale nie skończył. Nikt w życiu by się nie spodziewał, że ten, jeszcze wtedy, zawodnik z włosami, przychodzący z Espanyolu za 8 milionów euro (6,45 mln funtów) stanie się w przyszłości legendą klubu. Początkowo wielkiej furory nie robił i mówiło się nawet o jego odejściu. Dla The Citizens rozegrał 333 mecze w ciągu dziewięciu lat. Dołączył dokładnie dzień przed tym, jak klub wykupił Sheikh Mansour. Przychodził w cieniu takich gwiazd jak: Robinho, Jo, Bellamy, czy De Jong. Zliczając obydwa okienka transferowe sezonu 2008/2009 był dopiero ósmym (!) najdrożej kupionym zawodnikiem (Robinho kosztował 43 mln euro, Jo 24 mln euro, a De Jong 18 mln euro). Co jeszcze ciekawsze, miejsce dziewiąte zajął Vincent Kompany, który dołączył do Obywateli tydzień przed Zabaletą.

Kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Manchesteru, to będąc szczerym, nigdy nie sądziłem, że będę tu tak długo. Bycie tutaj już od pierwszego dnia sprawia, że ​​czuję się bardzo dumny. To było cudowne dziewięć lat. W życiu czasami trzeba podejmować trudne decyzje. Zawsze myślę o tym, co jest najlepsze dla mnie, mojej rodziny i dla klubu. Czuję, że nadszedł właściwy czas, by odejść, ale uwierzcie mi, że tak bardzo kocham ten klub.

Zabaleta zawsze zostawiał serce na boisku. Nie bał się ostrych starć z przeciwnikami. Pod koniec sezonu 2010/2011 zasłynął z tego, że w przeciągu kilku spotkań miał ogromnego pecha. Został kilka razy potraktowany w ten sposób, że mecz musiał kończyć z zabandażowaną głową, limem, czy też wacikami w nosie. Kibice śmiali się, że można obstawiać, jak tym razem zostanie potraktowany Argentyńczyk. Na prezentacji na koniec sezonu Pablo z wielką szytą raną na czole stoi uśmiechnięty, a dziennikarz z żartem opowiada wszystkim: Spokojnie, będę na niego uważał. Ten gość to wojownik. Oto ZabMan. Ile masz szwów na twarzy? – Tylko dwanaście – odpowiedział Pablo. Szczęście w nieszczęściu, bo w ten sposób wypracował swój wizerunek wojownika.

Szybko złapał język angielski. Był opiekunem. Najpierw Carlosa Teveza, później Sergio Aguero. Kun wiele rozumie po angielsku, jednak ma problemy z mówieniem, choć udzielał już wywiadów w tym języku. Pablo zawsze tłumaczył mu, co się w ogóle dzieje w szatni. Był jego starszym bratem. Podobnie zresztą z innymi Argentyńczykami, którzy pojawiali się w szatni The Citizens. Willy Caballero, Martin Demichelis, Nico Otamendi. Zabaleta był łącznikiem między piłkarzami anglojęzycznymi a hiszpańskojęzycznymi. Przychodził do pubu Barleycorn, rudery, w której nie spodziewalibyście się piłkarza. Przebywał tam razem ze swoją dziewczyną (obecnie żoną), zagłębiając się w kulturze Manchesteru City, tocząc setki, czy tysiące rozmów, ściskając się z fanami, mimo że na początku kiepsko znał język angielski.

Powiedziałem do mojej dziewczyny (obecnie żony) – proszę, pozwól mi jechać do Manchesteru. Będę się cieszył. Tylko przez trzy, czy cztery lata i wracamy. Muszę więc przeprosić. Wyszło dziewięć – mówił na pożegnaniu.

Z Manchesterem City dwa razy został mistrzem Anglii, wygrał Puchar Anglii i dwa Puchary Ligi. W pamiętnym spotkaniu, w którym to Sergio Aguero dał upragnione mistrzostwo, to on zdobył pierwszą bramkę, o czym nieczęsto się pamięta. Jedną z 11 jakie zdobył dla klubu. Drugą, wartą odnotowania jest ta, którą przypieczętował awans do 1/8 finału Champions League, kiedy po golu przeciwko Romie (wówczas w City panowała plaga kontuzji) w doliczonym czasie gry spontanicznie pocałował herb i w wielkiej euforii podbiegł do fanów The Citizens. Takie chwile się pamięta.

Tatuaż, który ma na piersi to wizerunek mamy. W 2001 roku, na mundialu do lat 17 grał na prawej obronie. Udało mu się w starciu grupowym z Hiszpanią strzelić na 3:2. W samo okienko. Zdjął koszulkę i zadedykował bramkę niedawno zmarłej mamie, wskazując na tatuaż i unosząc ręce w stronę nieba. Niezwykle się przy tym wzruszył. Kiedy jego ojciec uległ fatalnemu wypadkowi w 2011 roku, Pablo dostał wolne od klubu. Tyle, ile tylko będzie potrzebował. Wrócił jednak na półfinał Pucharu Anglii, żeby wygrać mecz dla taty, który znajdował się w śpiączce. Pokazał siłę psychiczną. Był to jeden z jego najważniejszych momentów w koszulce City, o czym wielokrotnie przypominał. W sezonie 2014/15 bardzo chciał strzelić gola. Kiedy mu się to udało, to w wywiadzie niezwykle uradowany przyznał, że kołyska nie była przypadkowa, ponieważ jego żona jest w piątym miesiącu ciąży. Z Christel Castaño zresztą był od dawna w związku. Wiele razy pokazywał się właśnie z nią i podkreślał, jak ważna jest dla niego w życiu. Tyle dla Zaby znaczy rodzina.

Nigdy nie odmawiał wywiadów. Nie silił się na jakieś błyskotliwe puenty. Jest prostym człowiekiem o odpowiednich wartościach w życiu. Tak bardzo otwartym i ciepłym, za co przez wszystkich został doceniony. Kiedy jakiś dziennikarz poprosił go o odpowiedź, to mimo niekorzystnego wyniku, czy też zmęczenia, zawsze był profesjonalistą. W strefie mix zone nie uciekał w słuchawkach. Sam zagadywał, pierwszy wyciągał rękę, uśmiechał się do wszystkich, rozpoznawał ludzi, nie miał wrogów, szanował pracę innych. Każdy go uwielbiał. Uczęszczał na mecze juniorów, rezerw. Normalnie rozmawiał z kibicami. Zawsze podpisał autograf. Jego dobre uczynki rozchodziły się pocztą pantoflową. Pamiętał osoby chore, którym pomógł i które odwiedzał. Jednak nigdy o tym otwarcie nie mówił. Utrzymywał z nimi kontakt. Sam rozpoznawał kibiców, niejednokrotnie nagradzał koszulkami. Określenie go słowem „legenda Manchesteru City” nie jest nadużyciem. I to nie z powodu wielu bramek, a tego, jakim był i nadal jest człowiekiem. Jego relacja z kibicami wykraczała poza jakiekolwiek granice. Żaden z zawodników nie został w ten sposób pożegnany. W swoim ostatnim meczu dostał największe owacje na Etihad, jakie kiedykolwiek miały miejsce. Ludzie oklaskiwali każdy jego kontakt z piłką. Zabaleta nie dawał rady grać. Cały czas płakał. Na koniec otrzymał dożywotni karnet. Nigdy w życiu nie będę zafascynowany tak żadnym innym piłkarzem. Dlatego Pablo Zabaleta, mój idol i człowiek, którego moim marzeniem jest poznać – musiał się tu znaleźć.

Pamiętam jak Sir Alex Ferguson mówił o nas, jako o „hałaśliwych sąsiadach”. Nie mogliśmy pozwolić, żeby ludzie w ten sposób się o nas wyrażali. Pomyślałem: „Jeśli nazywają nas hałaśliwymi sąsiadami, to zróbmy im tego hałasu jeszcze więcej w tym mieście. Udowodnijmy, że jesteśmy klubem, który mierzy w wielkie rzeczy. Może pewnego dnia staniemy się najlepszym klubem w tym mieście”.

I tak się rzeczywiście stało. Wybaczcie za tak długi opis jednego zawodnika. Chciałbym, żeby każdy, kto przeczyta ten fragment wiedział, jak wielkim człowiekiem jest Pablo Zabaleta i ile dla mnie znaczy. Nie mogłem inaczej. Dalej będzie już krócej.

Defensywny pomocnik: Claude Makelele

To ten typ kolegi z klasy, który na wycieczkę szkolną nie brał jedzenia. Jednemu zabrał kanapkę, innemu batona czekoladowego. Zawsze brał więcej niż jednego chipsa. Jednak zawsze zabierał tym z nieswojej klasy. Nie był egoistą, bo dzielił się łupami z Sebkiem, Adim i Matim. Defensywny pomocnik idealny. Taki, który zabiera parasol na wycieczkę do Afryki i krótkie spodenki na Syberię. Jest przygotowany na każdą ewentualność. Potrafi „zabrać” wszystko. Właściwie całe jego życie to zabieranie. Zabieranie dziewczyny do kina, zabieranie dziennika w klasie, żeby poprawić oceny na lepsze (oczywiście najpierw kolegom i na koniec sobie), zabieranie pijanemu koledze kluczyków od samochodu, zabieranie najlepszej przyjaciółki o 2:00 z imprezy, kiedy nie możesz patrzeć, jak przystawia się do niej już z ósmy koleś, zabieranie wszystkich autostopowiczów. Zabieranie i zabieranie. Właśnie w dokładnie taki sposób Makelele pracował na boisku. Zabierał, zabierał i zabierał. I wcale mu się to nie nudziło.

Zmiana systemu na trójkę pomocników wykreowała nową pozycję w piłce. Makelele był tym piłkarzem, który wyznaczył standardy, zdefiniował nową rolę, odtąd nazywaną „rolą Makelele”. To właśnie do niego porównuje się perfekcyjnych defensywnych pomocników. Florentino Perez jednak nie zauważył przydatności Francuza.

Nie będziemy tęsknić za Makelele. Jego technika jest przeciętna: brakuje mu szybkości i sprawności, aby odebrać piłkę przeciwnikom. Dziewięćdziesiąt procent jego podań idzie do tyłu lub na boki. Nie potrafi grać głową i nie podaje dalej niż na trzy metry. Nowi i młodzi gracze zmuszą kibiców do zapomnienia o Makelele.

Piłkarze nie ukrywali rozgoryczenia, a sam Zinedine Zidane stwierdził nawet, że bez sensu jest pokrywać Bentleya kolejną warstwą złotej farby, skoro wyjmujesz silnik i nie jest w stanie pracować. Steve McManaman określił Claude’a najlepszym graczem Realu z tamtego okresu. Dzięki niemu ofensywni gracze, jak Zidane, Figo, McManaman, czy Guti mogli z większym polotem zapędzać się do przodu. Claude Makelele zawsze był w odpowiednim miejscu i czasie. Obecnie bardziej docenia się taką rolę, wówczas nikt nie zwracał na to uwagi. Piłkarze jednak czuli, że jest im po prostu lżej, kiedy mają Francuza za plecami. Perez sprzedał Claude’a, który stał się niezwykle ważnym ogniwem Chelsea i żołnierzem Mourinho. Z The Blues zdobył dwa tytuły mistrzowskie.

Musiałem grać przed samą obroną i się nie zapędzać. Pomocnik na tej pozycji musi analizować grę. Musisz wiedzieć, w którym momencie, gdzie się ustawić, by chronić obronę i pomoc. Są też momenty, w których musisz też kontrolować grę. Wszyscy mają swoje pozycje. Kiedy masz trzech środkowych pomocników, to ten, grający na mojej pozycji często tworzy trójkąt razem z dwoma stoperami. Zawsze musisz poruszać się w tym trójkącie. Najważniejsza jest ochrona dwóch stoperów, pomocnika przed Tobą i bocznych obrońców – dokładnie znał swoje zadania, o czym opowiadał na youtubowym kanale UEFY

Nie był ani świetnym technikiem, ani wybitnie utalentowanym pomocnikiem, który miał ciąg na bramkę. Jednak odnalazł swoje zen. W trakcie ośmiu lat kariery w Nantes zdobył dziewięć goli. To i tak sporo, bo w Realu na 145 spotkań trafił raz, natomiast w kadrze 0 razy w 72 występach. W Chelsea z kolei dwukrotnie trafił do siatki, występując w 216 pojedynkach. Jego zadaniem była ochrona, zapewnienie bezpieczeństwa, asekuracja, nadzór. Bieganie z gaśnicą w ręku. Był do tego stworzony.

To pozycja bez wielkiego uznania. Musisz cieszyć się z biegania, być ciągle „dostępnym do gry”. Musisz być do dyspozycji dla Twoich kolegów z drużyny. To najtrudniejsza rzecz do osiągnięcia. Mówimy o dwóch-trzech kontaktach, maksymalnie. Nie możesz długo trzymać piłki. Wielu piłkarzy w tej roli twierdzi, że nie biorą tak dużego udziału w grze, ale wszystkie piłki z prawej, czy z lewej, zawsze trafiają do centralnej części boiska, więc w rzeczywistości dotykasz jej więcej razy niż napastnik, czy obrońca. Dla mnie wielką przyjemnością było mieć cały czas piłkę – opisywał dalej swoją rolę na oficjalnym kanale UEFA.

Claude Makelele będzie u mnie asekurował wszystko i wszystkich. Da radę.

Pomocnik box-to-box: Patrick Vieira

Człowiek, który nigdy się nie zatrzymywał. Miał boiskowe rozwolnienie. Odbierał piłki, walczył w pojedynkach, kiwał i strzelał bramki. Arsene Wenger uczynił z niego lidera środka pola. Kiedy dochodziło do batalii dwóch wówczas najlepszych ekip w Anglii, czyli Arsenalu i Manchesteru United, kibice ostrzyli sobie zęby na pojedynki Patricka Vieiry z Royem Keanem. Obaj panowie, łagodnie mówiąc, za sobą po prostu nie przepadali. Jedna z najsłynniejszych scen w historii Premier League to ta, w której dochodzi do scysji Irlandczyka z Francuzem. Zapowiedź hitu. Keane zareagował na zaczepki Vieiry w stronę Neville’a. Według relacji samego Neville’a, Vieira potem oblał Roya wodą. Wielu zawodników drżało przed Keanem już w tunelu. Patrick nie miał takiego zamiaru. Przy powitaniu przedmeczowym obaj panowie nie podali sobie ręki. W 2013 roku telewizja ITV wyprodukowała nawet dokument „Keane and Vieira – Best of Enemies”. Tam jednak obaj panowie wypowiadają się wobec siebie z szacunkiem. Rywalizacja dotyczyła tylko boiska.

Mieliśmy podobne cechy jako zawodnicy. Oboje byliśmy zdeterminowani, by wygrywać, a obaj byliśmy liderami naszych zespołów. Dlatego zawsze uwielbiałem grać przeciwko niemu.

Patrick Vieira to także imigrant. Przeniósł się do Francji z rodziną, kiedy miał osiem lat. Tam zamieszkali we względnie małym, 30-tysięcznym mieście Dreux. Vieira mógł zostać Francuzem, ponieważ jego dziadek walczył we francuskiej armii. Jego rodzice rozstali się, kiedy był mały. Nigdy jednak nie było opcji, by reprezentował barwy Senegalu.

Nie było nikogo z reprezentacji Senegalu, kto złożyłby mi wizytę i zaproponował grę dla tego kraju. Lubiłem grać w reprezentacji Francji. Ten kraj dał mi naprawdę dużo, mojej rodzinie również, więc noszenie dej koszulki było dla mnie wielką dumą. Nigdy nie była to decyzja wyboru. Dorastałem we Francji, grałem też w młodzieżówce, to zupełnie normalne – mówił dla CNN.

Jeśli usłyszelibyście, że mój imiennik wystąpił kiedyś na stadionie imienia Floriana Krygiera w Szczecinie, to popukalibyście się w głowę i odesłali „plotkarza” na leczenie psychiatryczne. Jak bowiem gwiazda reprezentacji Francji, ikona Arsenalu miała się tu pojawić? Otóż 19-letni wówczas pomocnik, dokładnie dzień po swoich urodzinach, wystąpił w Szczecinie w barwach AS Cannes w Pucharze Intertoto. Później była nieudana przygoda z Milanem, a następnie już piękna i długa karta w Arsenalu.

Przez dziewięć lat grał z armatką na piersi. To zupełnie inny typ zawodnika niż Claude Makelele. Potrafił wziąć piłkę, minąć jednego, czy drugiego rywala i stworzyć przewagę. Z czasem zaczął grać w Arsenalu bardziej ofensywnie. Początkowo częściej odpowiadał za defensywę. Trzykrotnie wygrywał Premier League i tyle samo razy Puchar Anglii. Był niezwykle ważnym elementem maszyny Arsene’a Wengera. Wiele razy to o nim mówi się, jako o następcy francuskiego dinoz… trenera. Jest członkiem City Football Group. Bardzo inteligentnie prowadzi swoją karierę menadżerską. Najpierw odnosił sukcesy z młodzieżową ekipę Manchesteru City, a ostatnio ma też duży wpływ na poprawę gry New York City FC, z którym wywalczył w roku 2017 drugie miejsce w rundzie zasadniczej i odpadł w półfinale play-offów konferencji wschodniej. W Stanach Zjednoczonych jednak piłka nożna to nie jest tak bardzo popularny sport, o czym świadczy pewna sytuacja:

Pewnego razu zagadał do mnie człowiek w samolocie. Pytał, czy jestem jakimś sportowcem, czy trenerem i co w ogóle robię, gdzie byłem, o co w ogóle chodzi w tym sporcie i inne pytania dotyczące gry, na przykład ilu występuje graczy. Kiedy zapytał, czy sam grałem, powiedziałem: „Tak, kiedyś”. Nie lubię się tym chwalić.

Rozgrywający: Zinedine Zidane

Zestawienie boiskowego gangu łysych pał bez tego pana nie miałoby racji bytu. Niby zawsze miał jakieś tam włosy, ale dookoła środka głowy, więc w końcu postanowił sam z tym skończyć i konsekwentnie golić się na zero. Najbardziej elegancko grający pomocnik o kocich ruchach. Tyle, że nie był to typ, który grzecznie bawi się z kuzynami. Potrafił przywalić z bańki Materazziemu, co zresztą wszyscy wiemy, ale i nadepnąć Fuada Anwara z Arabii Saudyjskiej w 1998 roku. W meczu Ligi Mistrzów z Deportivo, jeszcze w barwach Juve, nie wiedzieć czemu uruchomił swoje umiejętności kung-fu i kopniakiem znokautował Emersona. Myślicie, że przywalenie Materazziemu z dysi to pierwszyzna? Gdzie tam. Jochen Kientz z Hamburga został potraktowany przez Francuza „z byka”, a Juventus kończył mecz w dziewiątkę. Bił się z Luisem Enrique, kopał Davida Beckhama w plecy wyprostowana nogą. W meczu z Parmą strzelił z piąchy Enrico Chiesę. Kopał i kosił. Zasadził bombę w twarz Marcelowi Desailly’emu jeszcze, gdy grał w Bordeaux. Koło grzecznego chłopca to nawet nie stał. Teraz za to poklaskuje piłkarzom Realu przy ławce rezerwowych w ładnym garniturze.

Z największym respektem traktował jednak piłkę, która trzymała się jego nogi jak pies swojego pana. Wypracował swój zwód, na który wszyscy się nabierali. Dziś nazywa się to „ruletą Zidane’a”. Trzeba przyznać, że wpisać się do historii sportu poprzez swoją karierę, to jedno, ale tak jak strzał Panenką, rola Makelele, zwód Cruyffa, tak i Zidane dopisał do pamiętnika piłkarskiego coś extra. Zagranie, które dziś określamy jego nazwiskiem. To wiele znaczy. „Ruleta Zidane’a”. Trzeba tylko wiedzieć, kiedy jej użyć. Można równie dobrze się skompromitować. Zastosowanie jej w dobrym momencie może spowodować bardzo efektowne minięcie dwóch rywali, którzy wyrośli z obu stron.

Zinedine Yazid Zidane pochodzi z Algierii. Rodzice w latach 50. uciekali przed wojną algierską. Dopiero w latach 60. przeprowadzili się do Marsylli, gdzie urodził się Zizou. Ojciec pracował jako magazynier, matka była natomiast gospodynią domową. Jego boiskowymi idolami byli Jean-Pierre Papin oraz Enzo Francescoli, których to podglądał na treningach. Nie będę się tu rozpisywał na temat tego wspaniałego francuskiego gracza, który zarówno jako piłkarz, jak i trener ma w swoim dorobku tyle osiągnięć, że nawet nie mieszczą się w jednym zrzucie ekranu. Określany jako jeden z największych piłkarzy w historii tej dyscypliny. W swojej jedenastce raczej bym go nie umieścił, ale jeśli już zawęzimy wybór do łysych, no to w tym wypadku nie ma żadnych pytań. Moja bezlitosna drużyna będzie mieć na kierownicy Zinedine’a Zidane’a. Proszę się go słuchać i pilnować, żeby nie bił przeciwników.

Prawoskrzydłowy: Grzegorz Lato

Ten łysy skrzydłowy szalał przede wszystkim na mundialu w 1974 roku. Jest to nietypowe połączenie człowieka jednocześnie łysego, jak i tego z długimi włosami. Podobny typ fryzury mają między innymi Jerzy Kryszak, czy znany w środowisku piłkarskim Michał Pol. W pamięci kibiców jest przede wszystkim akcja, w której poszedł na przebój, minął brazylijskiego defensora i zapewnił Polsce trzecią pozycję na mundialu. Niewiele brakowało, a nie byłoby tych wszystkich bramek Laty. Jacek Gmoch sugerował bowiem przesunięcie tego piłkarza na prawą stronę defensywy.

Kaziu odpowiedział mu jednak grzecznie, w swoim stylu „Panie kolego, a kto będzie bramki strzelał?” Na tym się cała historia skończyła – sprawę szybko uciął Pan Kazimierz, co opowiedział Lato w wywiadzie dla naszej strony.

Jako jedyny ma w swoim dorobku cztery najważniejsze medale wygrane w tamtych czasach przez reprezentację. Zdobył pierwszedrugie miejsce na Igrzyskach Olimpijskich, stał także dwukrotnie na najniższym stopniu podium na mundialach. Obok Zygmunta Kukli, Henryka Kasperczaka, czy Jana Domarskiego, był jednym z flagowych piłkarzy Stali Mielec. Tam występował aż przez 18 lat, by dopiero później dołączyć do Lokeren, kiedy pękła bariera magicznych 30 wiosen, po których można było wyjeżdżać. To chyba najsłynniejszy wychowanek tego zespołu. Dwukrotnie ze Stalą wygrywał mistrzostwo Polski.

Niestety w karierze trenerskiej szło mu raczej mizernie, a swoją legendę rozmienił na drobne, zostając prezesem Polskiego Związku Piłki Nożnej. Fatalny pijar i lekceważące odpowiedzi sprawiły, że często jest określany jako persona non grata PZPN-u. Popularny trzysekundowy bieg na sto metrów (czyli wychylenie kieliszka) i złowieszczy śmiech to raczej szczyt żenady, nie mówiąc już o logo PZPN-u, które znalazło się na koszulkach zamiast orzełka. Wszyscy doskonale pamiętamy tę aferę. Lato porównał logo z… pierwszą randką, gdzie trzeba trochę popatrzeć na dziewczynę i się przekonać. Kibice na forach wielokrotnie określali go mianem „buraka”. A szkoda, bo piłkarzem był wybitnym i to trzeba mu oddać.

Ci pseudodziennikarze, jak ja ich nazywam, nie są w stanie mnie wymazać z kart historii. Nie mają takich możliwości. O nich się zapomni, a moje nazwisko za 50 czy 100 lat będzie dalej figurowało – tak mówił w wyżej przytoczonym już wywiadzie.

I trzeba mu przyznać rację, że korony króla strzelców za mundial w 1974 roku nikt mu nie odbierze. Tak też wolę go kojarzyć. Jako wybitnego piłkarza. Grzegorz Lato będzie napędzał akcje mojej łysej bandy na prawym skrzydle.

Snajper: Ronaldo

To ciekawy przypadek, ponieważ już kiedyś sporządzałem najlepszą jedenastkę złożoną z piłkarzy o najdziwniejszych fryzurach. Tam także znalazł się brazylijski snajper za swój pamiętny trójkąt (czy co to było?) z 2002 roku. Wszyscy jednak zdajemy sobie sprawę, że „ten gruby Ronaldo” czy to w Barcelonie, w Interze, czy w Realu golił głowę na zero. Dla pokolenia urodzonego w latach 90. zawsze to on będzie „tym prawdziwym Ronaldo”, a Cristiano tylko „nażelowanym podrabiańcem”.

Ronaldo w tej chwili bardziej realizuje się w innym sporcie, jakim jest poker. Został twarzą pokerstars, zagrał w charytatywnym pojedynku z Nadalem i naprawdę wkręcił się w tę zabawę. W trakcie jednego z turniejów na Bahamach wygrał 40 tysięcy dolarów. Oto, co sądzi na temat nowej zajawki:

Im więcej grałem, tym więcej rozumiałem o co w tym chodzi. Wcześniej nigdy nie traktowałem tego jako sportu, ale są pewne podobieństwa pomiędzy pokerem i piłką nożną. Chodzi o grę emocjami, musisz stosować sztuczki. Są strategie i problemy, które musisz rozwiązywać. Uwielbiam grać online. Za każdym razem, gdy nie mam nic do roboty, wchodzę na komputer i gram w pokera online. Przyczyniliśmy się do promocji pokera i to na całym świecie. W niektórych krajach to nie jest nawet dozwolone, mamy więc wiele do przekazania. Potrzebujemy wyjaśniać, że jest to gra nowoczesna i umysłowa.

Dwukrotny zdobywca Pucharu Świata. Dopiero Miro Klose pobił jego rekord 15 goli w historii mistrzostw świata, wyprzedzając Brazylijczyka o jedno trafienie. Grał w Realu i Barcelonie a także w Interze i Milanie, jednak za żadnym razem nie przechodził bezpośrednio do największego rywala. Z Realem dwa razy zdobywał mistrzostwo. Nie był jednak tak utytułowany, jak mogło się wydawać. Zdecydowanie bardziej doceniano jego indywidualne, magiczne popisy. Był idolem dla wielu brazylijskich chłopaków, co mówi już sam pseudonim: Il Fenoneno. Lubił korzystać z życia. Imprezy, alkohol, kobiety. Wykańczały go także kontuzje. W lutym 2011 roku zakończył piłkarską karierę. Wiele razy mówi się, że „mógł osiągnąć więcej”. Międzynarodowa Federacja Historyków i Statystyków w 2007 roku uznała go drugim najlepszym zawodnikiem w historii. Tuż za swoim rodakiem, Pelem. Ronaldo jest moim środkowym napastnikiem.

Lewoskrzydłowy: Thierry Henry

Napastnik, który uczynił sztukę ze strzałów po długim rogu. Finalizował akcje ze stoickim spokojem. Dziś często mówi się, że uchylenie się w odwrotną stronę i spokojne ulokowanie piłki w długim rogu bramkarza „to wykończenie w stylu Henry’ego”. Umieściłem go na lewym skrzydle, bo tam zaczynał swoją karierę. Dopiero Arsene Wenger przesunął go na pozycję środkowego napastnika, co uczyniło go legendą Arsenalu. Jego statua stoi przed stadionem Emirates. Cztery razy zostawał królem strzelców Premier League. Już w pierwszym sezonie zdobył dla Kanonierów 25 bramek we wszystkich rozgrywkach. Później jego bilans goli wyglądał następująco: 22, 31, 32, 39, 30, 33, 12 (gdzie jednak pod koniec sezonu zmagał się z urazem). Imponujące. Nie zapominajmy, że potrafił także asystować kolegom, o czym świadczy niepobita do dziś liczba asyst w Premier League w jednym sezonie. W rozgrywkach 2002/03 aż 20 razy podawał kolegom, którzy zdobywali bramkę.

Swoją najważniejszą bramkę strzelił jednak po powrocie. 34-latek został wypożyczony w styczniu 2012 roku do swojego ukochanego Arsenalu z New York Red Bulls. Kanonierzy męczyli się w trzeciej rundzie Pucharu Anglii z Leeds United. Francuz wszedł na boisku przy olbrzymim aplauzie i… strzeliłgola na wagę zwycięstwa. I to po długim rogu! Emirates i kibice Arsenalu na całym świecie oszaleli. Nie chodziło bowiem o przeciwnika, a o gest, symbol, wielki powrót króla. Thierry Henry, który po latach zdobył gola w stylu Thierry’ego Henry’ego. Sam Francuz w wywiadzie dla „Telegraph” określił to trafienie swoim ulubionym w barwach Arsenalu.

Spójrzcie na moje emocje w tamtym meczu. Rzadko taki bywałem. Świętowanie między mną a Arsenem było autentyczne. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie zrobiłem. Ta chwila podsumowuje mój związek z Wengerem, mój cały związek z Arsenalem i relację z fanami. Gdybym miał czas, by uściskać wszystkich tej nocy, to zrobiłbym to. Mogłem w tamtej chwili uściskać wszystkich na stadionie, nawet sędziego. Dosłownie wszystkich. Znajdowałem się wówczas w innym świecie.

Thierry miał też przykry epizod, kiedy ewidentną ręką zapewnił Francuzom awans do mistrzostw świata. Irlandia to z całą pewnością kraj, w którym do dziś jest najbardziej znienawidzonym piłkarzem. Był twarzą Pepsi, Gillette’a czy Renault. Pasjonuje się także koszykówką, często latając na mecze NBA, głównie w play-offach. W tej chwili jest jednym z asystentów Roberto Martineza w reprezentacji Belgii i cenionym w Anglii ekspertem telewizyjnym, choć ostatnio z bólem musi krytykować swojego piłkarskiego ojca, jakim jest Wenger. Henry będzie w moim składzie napędzał akcje lewym skrzydłem i ścinał akcje do środka, by zdobywać gole w swoim stylu.

I to by było na tyle. Kto nie czytał, ten trąba.

Jest jeszcze wielu nieowłosionych, których mógłbym umieścić w mojej jedenastce, ale trzeba było podjąć męskie decyzje i powiedzieć kilku panom, że niestety, ale mogą być co najwyżej liczyć na telefon. Fabien Barthez, Brad Friedel, Pepe Reina, Kasey Keller, Frank Leboeuf, Fabio Cannavaro, Pepe, Martin Skrtel, Jacek Wiśniewski, Mariusz Jop, Esteban Cambiasso, Fredrik Ljungberg, Mariusz Lewandowski, Thomas Gravesen, Atillo Lombardo, Stephen Ireland, Ivan de la Pena, Juan Sebastian Veron, Wesley Sneijder, Clarence Seedorf, Jonjo Shelvey, George Weah, Bobby Charlton, Gianluca Vialli, Jan Koller, Carsten Jancker, John Hartson, Jordan Leczkow. No i na ten moment David Silva, nowy w krainie łysych. To lepsi lub gorsi zawodnicy bez włosów. Moja jedenastka wygląda jednak następująco:

PATRYK IDASIAK

Oceń ten tekst!
[Suma: 0 Średnia: 0]
Patryk Idasiak
O Patryk Idasiak 30 artykułów
Licencjat dziennikarstwa. Na razie szczecinianin. Zakochany w pieniądzach szejka Mansoura. Największy polski celebryta wśród fanów Manchesteru City. Uwielbia grzebać w starych gazetach sportowych. Moje alter ego to Ilkay Gündoğan.