Geniusz Rivaldo. Wspominamy mecz Barcelona – Valencia z 2001 roku

Jak powinien wyglądać idealny mecz z punktu widzenia kibica? Można wyobrazić go sobie jako finał lub ostatnią kolejkę. Stawka jest bardzo wysoka. Naprzeciw siebie stają dwaj równorzędni rywale. Stadion jest pełen. Nie ma kalkulacji, tylko gra o pełną pulę. Pada dużo bramek, a większość z nich – najlepiej wszystkie – są nieprzeciętnej urody. Ostatecznie sędzia gwiżdże po raz ostatni, a my czujemy się jak po dobrym secie djs-kim – mocno zmęczeni, ale chcielibyśmy więcej. Właśnie z takich uczuciem musieli opuszczać kibice stadion Camp Nou w roku 2001…

Rywale

Valencia należała w 2001 roku do absolutnego europejskiego topu. Hector Raul Cuper stworzył świetnie zorganizowaną drużynę, znakomitą w defensywie prowadzonej przez Roberto Ayalę i bardzo groźną w fazie kreacji, za którą odpowiadał genialny wówczas Gaizka Mendieta. I choć zespół szybko odpadł z Copa Del Rey, w Lidze Mistrzów po raz drugi pewnie dotarł do finału, gdzie zmierzyć się miał z Bayernem Monachium.

W lidze hiszpańskiej ekipa Cupera też radziła sobie całkiem nieźle. Nie walczyła o mistrzostwo, co spowodowane było porażkami z czołówką tabeli (pięć porażek z Realem, Deportivo i Barceloną), ale przed ostatnią kolejką zespół utrzymywał się na 4. pozycji w lidze, gwarantującej udział w Champions League. Rywalem jednak miała być Barcelona, okupująca 5. miejsce i tracąca jedynie 3 punkty do zespołu „Nietoperzy”…

Barcelona była zraniona. Od 1998 roku nie potrafiła zdobyć poważnego tytułu na europejskiej arenie, a przed sezonem straciła w ramach legendarnego już transferu Luisa Figo. W Lidze Mistrzów po katastrofalnym meczu z Besiktasem w Stambule (0:3) i porażce z Milanem u siebie, zespół odpadł już w pierwszej fazie grupowej, oglądając plecy Rossonerrich, a także rewelacyjnego wówczas Leeds United.

W efekcie nowy trener Lorenzo Ferrer już po ośmiu miesiącach stracił posadę, a w jego miejsce odkurzono Carlesa Rexacha – człowieka od zawsze związanego z Dumą Katalonii, który jedyne szlify jako pierwszy trener zbierał w zespole japońskiej J-Leauge Yokohama Flugels. Rexach dostał misję uratowania sezonu i dogonienia Valencii na ostatniej prostej. Brzmiało to jak prawdziwe “Mission Impossible”.

Los pomógł jednak Barcelonie. A w sumie tak naprawdę Valencia, która ułatwiła sprawę Dumie Katalonii. Finałowe spotkanie sezonu miało się odbyć 17. czerwca. W międzyczasie, 21. maja Valencia rozgrywała finał Ligi Mistrzów z Bayernem Monachium. Porażka z Bawarczykami po karnych kompletnie podłamała zespół z Mestalla, który stracił następnie w lidze punkty z Racingiem Santander, a także przegrał u siebie z Deportivo. Barcelona w międzyczasie dzięki remisowi z Valladolid skróciła dystans do trzech punktów. W efekcie o wszystkim miał decydować ostatni mecz. Terminarz ułożył się w ten sposób, że spotkać się w nim mieli bezpośredni rywale.

Nerwowość

Nawet remis gwarantował Valencii miejsce w Lidze Mistrzów. Barcelonę interesowało jedynie zwycięstwo. Dzięki wygranej w pierwszym meczu na Mestalla, bezpośrednie spotkania przemawiały na korzyść „Dumy Katalonii”. Z kolei bilans bramkowy obie drużyny miały identyczny tj. +22. Jeden gol mógł decydować o całym sezonie. Jeden indywidualny błąd. Jedna chwila dekoncentracji. Jeden przebłysk geniuszu…

Iście hollywoodzki scenariusz, prawda?

Pikanterii dodawał fakt, że w spotkaniu wystąpić nie mogło dwóch znakomitych hiszpańskich pomocników – Gaizka Mendieta i Luis Enrique. Zwłaszcza brak w ekipie z Valencii długowłosego blondyna, będącego liderem drużyny i najlepszym zawodnikiem, mógł być bardzo odczuwalny. Niektórzy mogą uznać, że nawet decydujący.

Na Camp Nou czuć było napięcie.

PRZECZYTAJ TEŻ:

Spotkanie rozpoczęło się od wbiegnięcia obu zespołów na boisko. Osobno. Tak jakby zawodnicy nie chcieli przesadzić z okazaniem szacunku drugiej stronie. Nie pokazać zainteresowania albo krzty przejęcia ciężarem gatunkowym spotkania. To było przygotowanie do wojny. Batalii, która miała trwać 90 minut.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…