Pucharowa środa: Górnik wkracza na salony, czyli pierwszy polski ćwierćfinał Pucharu Europy

Czas czytania: 31 m.

Kropka nad i

Piłkarscy kibice byli w kraju bardzo spragnieni jakiś sukcesów, a za taki niewątpliwie należy uznać wygraną nad Dynamo. Nie dziwi więc, że po zakończeniu spotkania na ulice wyszły świętować rzesze kibiców.

Kiedy o 19:00 w piątek w Zabrzu wyłączono telewizory, zaludniły się nagle ulice. Kibice poszli w plener, by dać upust swojej radości. Handlowcy nie dostosowali jednak godzin otwarcia sklepów do wzrostu entuzjazmu. Uradowani telewidzowie, nie mając więc czym wznieść toastu, gremialnie udawali się do otwartego jeszcze Supersamu. Po kilkunastu minutach zapas butelek „Martini”, „Istry” i… „Czaru Bieszczad” został wyczerpany. Wówczas tłum ruszył w kierunku pijalni piwa, której kierownik wykonał tego wieczoru plan sprzedaży na dwa tygodnie – pisano po wygranej.

Kijowski mecz cieszył się ogromnym zainteresowaniem. W polskich kopalniach odnotowano zaległości w produkcji spowodowane oglądaniem transmisji. Wszyscy z nadzieją i pełni wiary w sukces czekali na rewanż, a do klubu napływały liczne gratulacje i zamówienia biletów na decydujący pojedynek. Ten zaplanowano już „normalnie”, czyli w środę. 29 listopada śląski gigant wypełnił się stutysięcznym tłumem i przy światłach jupiterów o 17:30 wybrzmiał pierwszy gwizdek.

Głównym arbitrem był tym razem Johan Einar Boström ze Szwecji. Dla Rumuna Dumitrescu, na którego pracę narzekali Polacy, mecz w Kijowie był ostatnim na europejskiej arenie. Jednak sędziowie rumuńscy swoimi decyzjami za kilka lat przypomną się polskim piłkarzom i kibicom. Szwed należał wówczas do czołówki arbitrów na kontynencie, więc o jakość jego pracy sympatycy Górnika mogli być spokojni. Zmartwień przed meczem przysparzał im raczej stan zdrowia kluczowych zawodników. Pod znakiem zapytania stał występ Kostki, Lubańskiego i Olka. Ostatecznie jednak bramkarz zdołał zaleczyć odniesiony w pierwszym meczu uraz, napastnik uporał się z infekcją, a pomocnik, który narzekał na stłuczone podbicie stopy, również w dniu meczu był już w pełni sił i do dyspozycji trenera.

Kalocsay desygnował do gry tę samą jedenastkę, co w Kijowie. Goście z kolei liczyli się z tym, że tylko ofensywne nastawienie może dać im szanse na odrobienie strat. Masłow swoich zawodników ustawił w bardziej ofensywny system 4-3-3. Dokonał też kilku roszad w składzie. W obronie Łewczenkę zastąpił Łeonid Ostrowski, a miejsce antybohatera kijowskiego starcia Jożefa Sabo w wyjściowym składzie zajął Anatolij Puzacz.

Kiedy do początku meczu zostawały tylko minuty i zazwyczaj gwarny katowicki rynek już opustoszał, a w stronę Chorzowa mknęły ostatnie taksówki, w telewizji ktoś wpadł na pomysł, żeby przed rozpoczęciem transmisji pokazać konkurs na najlepszego znawcę rolnictwa. Zamiast chłonąć atmosferę chorzowskiego giganta i odpowiednio nastawić się do oglądania, telewidzowie słuchali o tym, kto lepiej zna się na nawozach i glebach. Na szczęście w porę zdołano przenieść się na Stadion Śląski i rozpoczęło się tak przez wielu wyczekiwane piłkarskie widowisko.

Początek spotkania pokazał, że mimo bardziej ofensywnego ustawienia, gościom wcale nie będzie łatwiej przedostać się w pole karne Górnika. Założenia zabrzan były podobne jak w pierwszym meczu. Z żelaznym uporem i konsekwencją dążyli do wybicia rywali z rytmu i przeprowadzali błyskawiczne kontry. Już w 2. minucie kijowskiej obronie w groźnej akcji przypomniał się Lubański. Ani Sosnychin, ani Ostrowski nie potrafili poradzić sobie ze znakomicie dysponowanym napastnikiem. Kilka minut później piękną akcję przeprowadził Szołtysik, ale Lubański po jego podaniu trafił w słupek. Kolejny raz obramowanie bramki zadrżało w 25. minucie, kiedy to Włodek tym razem posłał piłkę w spojenie słupka z poprzeczką. Wystarczyłoby, żeby choć jedną z tych dogodnych okazji udało się zamienić na bramkę i byłoby już chyba po meczu.

Kijowianie za wszelką cenę chcieli pokazać się z jak najlepszej strony. Wiedzieli, że stać ich na sukces i konsekwentnie starli się rozbijać ataki zabrzan, samemu chcąc przejąć inicjatywę. Krótko kryli graczy Górnika i praktycznie nie spuszczali oka z Lubańskiego. Masłow świetnie przygotował zespół pod względem fizycznym i tempo, jakie narzucili kijowianie, musiało budzić uznanie również wśród miejscowych kibiców.

paypal
Bartosz Dwernicki
Bartosz Dwernicki
Pierwsze piłkarskie wspomnienia to dla niego triumf Borussii Dortmund w Lidze Mistrzów i mecze francuskiego mundialu w 1998 r. Później przyszła fascynacja Raúlem i madryckim Realem. Z biegiem lat coraz bardziej jednak kibicuje konkretnym graczom niż klubom. Wielbiciel futbolu latynoskiego i afrykańskiego, gdzie szuka pozostałości futbolowego romantyzmu. Ciekawych historii poszukuje też w futbolu za żelazną kurtyną. Lubi podróże i górskie wędrówki.

Więcej tego autora

Powiązane

Advertismentspot_img

Najnowsze

Noby Stiles – skała środka pola

W tym artykule omawiamy sylwetkę dawnej legendy United, która pozostawała w cieniu popularnych gwiazd ofensywy - oto Noby Stiles

Raul i spółka. Słodko-gorzki sezon 2010/11 w wykonaniu Schalke

W tym artykule omawiamy sezon 2010/11 w wykonaniu Schalke 04 - była to batalia pełna wzlotów i upadków, sukcesów i porażek.

„Skarb Kibica Ligi Szwedzkiej 2022” – recenzja

Recenzja pierwszego drukowanego Skarbu Kibica Ligi Szwedzkiej po polsku. Przygotowali go trzej pasjonaci skandynawskiego futbolu: Jacek Balon, Maciej Szałęga i Marek Wadas.