Afryka wstaje z kolan, czyli Maroko na mundialu w 1986 r.

Czas czytania: 19 m.

Afryka po raz pierwszy na mistrzostwach świata była reprezentowana już w 1934 r., kiedy to na mundialu we Włoszech wystąpił Egipt. Później jednak przez całe dziesięciolecia była ona nieobecna na największej piłkarskiej imprezie czterolecia. Sytuacja zaczęła się zmieniać w latach siedemdziesiątych. Początkowo afrykańskie ekipy na mundialach były raczej tłem dla rywali, ale już w 1982 r. z bardzo dobrej strony pokazały się Kamerun i Algieria. Oba zespoły były bardzo bliskie wyjścia z grupy. To udało się jednak dopiero cztery lata później w Meksyku, gdzie Maroko jako pierwszy afrykański zespół zameldowało się w drugiej rundzie.

Występ w Meksyku był dla Maroka drugim zetknięciem z mistrzostwami świata. Po raz pierwszy na światowym czempionacie zaprezentowali się w 1970 r. – również w Meksyku. Trafili wtedy do grupy razem z RFN, Bułgarią i Peru. W meczu Niemcami jako pierwsi wyszli na prowadzenie, a strzelcem pierwszego, historycznego gola dla Maroka na mistrzostwach był Houmane Jarir. Ostatecznie jednak RFN odrobiło straty i wygrało cały mecz 2:1. Starcie z Peru również zakończyło się dla Marokańczyków porażką – tym razem bardziej dotkliwą, bo aż 0:3. Podopieczni jugosłowiańskiego trenera Blagoje Vidinicia godnie jednak pożegnali się turniejem i w ostatnim meczu z Bułgarią, która miała w składzie rewelacyjnego Gundiego Asparuchowa, zremisowali 1:1. Strzelcem gola był Maouhoub Ghazouani.

Początki

Pierwsze mecze nieoficjalna reprezentacja Maroka rozgrywała jeszcze przed II wojną światową. Na stałe jednak na piłkarskiej mapie świata zaistniała dopiero po odzyskaniu niepodległości w 1956 r. W 1959 r. startowali w kwalifikacjach do olimpijskiego turnieju w Rzymie, ale musieli wówczas uznać wyższość Tunezji. Z tym samym rywalem los skojarzył ich podczas eliminacji do mistrzostw świata w Chile. W Casablance Maroko wygrało 2:1, ale w Tunisie przegrało 1:2. Trzeci mecz, który rozgrywano w Palermo, zakończył się wynikiem 1:1 i o tym, która z ekip przejdzie dalej, zadecydowało losowanie, które okazało się szczęśliwe dla Marokańczyków. W barażu międzykontynentalnym trafili jednak na bardzo silną wówczas Hiszpanię i po porażkach 0:1 u siebie i 2:3 na wyjeździe marzenia o udziale w mistrzostwach świata należało odłożyć. Po tym jak z eliminacji do angielskiego czempionatu w 1966 r. wycofały się wszystkie afrykańskie ekipy, udało się je urzeczywistnić dopiero cztery lata później. W kwalifikacjach okazali się lepsi od Senegalu (dopiero po trzecim meczu), Tunezji (po trzech meczach i kolejnym losowaniu) oraz w finałowej rundzie od Nigerii i Sudanu.

Po występie w Meksyku w 1970 r. na kolejną szansę występu w mistrzostwach świata Maroko musiało poczekać szesnaście lat. Rywalizację o bilety do RFN przegrało w finałowej rundzie z Zairem i Zambią, cztery lata później już w pierwszej fazie uległo Tunezji, która ostatecznie wywalczyła awans, a walkę o udział w hiszpańskim mundialu przegrało na ostatniej prostej z Kamerunem. Ciągle jednak należało do ścisłej afrykańskiej czołówki, co potwierdziło w 1976 r., wygrywając w rozgrywanym w Etiopii Pucharze Narodów Afryki.

Występy Maroka w mistrzostwach świata:


Maroko w eliminacjach do mistrzostw świata:

Trochę historii

Na początku lat 80. marokańscy kibice doczekali się bardzo uzdolnionej generacji piłkarzy. Nie znaczy to jednak, że wcześniej brakowało tutaj piłkarskich talentów. Przeciwnie – z Maroka pochodził przecież Larbi Ben Barek, który w latach 1939-1954 zaliczył 17 występów we francuskiej reprezentacji, a pod koniec swojej przygody z kadrą grał obok Raymonda Kopy, Jeana Vincenta czy Rogera Marche, którzy w 1958 r. zajęli w Szwecji trzecie miejsce. W Maroku, a dokładniej w Marrakeszu, przyszedł też na świat Just Fontaine, który na szwedzkim turnieju w sześciu meczach trzynastokrotnie pokonywał bramkarzy rywali. Po zakończeniu kariery był też przez pewien czas selekcjonerem reprezentacji Maroka, którą doprowadził do trzeciego miejsca na rozgrywanym w Nigerii Pucharze Narodów Afryki w 1980 r. Po fiasku eliminacji do mistrzostw świata w Hiszpanii i braku awansu na mistrzostwa kontynentu w 1982 r. podjęto jednak decyzję, że narodowej drużynie przyda się nieco świeższe spojrzenie.

Opiekę nad reprezentacją zdecydowano się powierzyć fachowcowi z zagranicy. Wybór padł na Brazylijczyka Jaimego Valente. Praktycznie w tym samym czasie narodową drużynę juniorów przejął jego rodak Celso. Na początku 1984 r. nowy selekcjoner jednak poważnie zachorował i musiał wracać do Brazylii. Kandydatów na jego następcę szukano wśród pracujących w marokańskich klubach cudzoziemców. Jednym z nich był Ryszard Kulesza, który pracował w MCO Oudja. Wybór padł jednak na innego Brazylijczyka. Był nim José Faria, który prowadził FAR Rabat. Szkoleniowiec stwierdził, że uda mu się pogodzić pracę klubową z opieką nad reprezentacją i zamierzał łączyć obie funkcje.

Sprytny człowiek, pedagog. Nie jest to typ człowieka, który przychodzi do twojego pokoju, żeby sprawdzić, co robisz. To on nauczył nas odpowiedzialności na boisku – mówił o nim po latach jeden z jego podopiecznych.

Faria miał za sobą pracę w Fluminense, gdzie opiekował się młodzieżą, a także w Katarze. Po objęciu posady selekcjonera przeszedł na islam i przyjął imię Mehdi. Do pomocy przy pracy z kadrą zaprosił innego Brazylijczyka – Peresa Vieire, z którym już wcześniej się przyjaźnił. Pozycja trenerskiego duetu została zagrożona już na początku ich pracy, gdy w sierpniu 1983 r. po raz kolejny nie udało się awansować do Pucharu Narodów Afryki. Po dwóch bezbramkowych remisach z Nigerią o tym, że na stadionach Wybrzeża Kości Słoniowej zaprezentują się Nigeryjczycy, zadecydował konkurs rzutów karnych.

Obie ekipy zmierzyły się też ze sobą w walce o bilety na igrzyska olimpijskie w Los Angeles. W lutym 1984 r. w Lagos i Casablance znowu padły bezbramkowe remisy. Znowu też o tym, która drużyna uzyska awans, decydować miały rzuty karne. Tym razem jednak lepiej wykonywali je Marokańczycy i to oni pojechali do USA. W Kalifornii trafili do grupy z Brazylią, RFN i Arabią Saudyjską. Wygrali tylko z tymi ostatnimi, a strzelcem jednego gola był Mustafa Merry. Z pozostałymi dwoma rywalami Maroko przegrało po 0:2. Młodzi gracze zdobyli jednak nieco doświadczenia, które miało zaprocentować w przyszłości.

Trzon zespołu

W reprezentacji olimpijskiej znajdowało się aż jedenastu zawodników, którzy później grali też w eliminacjach do meksykańskiego turnieju. Największymi gwiazdami drużyny narodowej byli występujący we francuskim Valenciennes Mustafa Merry oraz Aziz Bouderbala, którego z powodu kontuzji zabrakło na igrzyskach. Bouderbala w 1984 r. trafił do szwajcarskiego FC Sion. Wcześniej był jednak na testach w Interze, a swoją grą na szwajcarskich boiskach wzbudził zainteresowanie Werderu i Evertonu. Imponował umiejętnością zmiany tempa gry, a także bardzo dobrze potrafił wykorzystać przestrzeń między pomocą a atakiem. Jesienią 1985 r. do Szwajcarii, a dokładniej do FC Lausanne–Sport przeniósł się też inny gracz środka pola Mustapha El Haddaoui. Jednak najbardziej znanym w Europie marokańskim piłkarzem był Abdelkrim Krimau Merry – brat Mustafy, który na co dzień grał we francuskim Le Havre.

To ci zawodnicy stanowili trzon reprezentacji José Farii. Skład był uzupełniony graczami, którzy występowali w lidze marokańskiej. Spośród nich największą gwiazdą był bramkarz Ezzaki Zaki Badou, którego obok Thomasa N’Kono uznawano za najlepszego golkipera z Afryki. Środek obrony zabezpieczali doświadczony Noureddine Bouyahyaoui i bardzo solidny Mustafa El Biyaz, którym na bokach pomagali Labid Khalifa i Abdelmajid Lamriss. W razie potrzeby funkcję trzeciego stopera pełnić mógł Abdelmajid Dolmy, który był jednym z najbardziej wszechstronnych piłkarzy w kadrze. Ataki napędzać miał obok El Haddaoui’ego 26-letni Mohamed Timoumi. Timoumi był jednym z najpopularniejszych sportowców w kraju, a o jego klasie i umiejętnościach najlepiej świadczą przydomki, jakimi go określano – Platini Maghrebu albo marokański Pelé. Jego klasę doceniano jednak też poza granicami ojczystego kraju. W 1985 r. został uznany najlepszym piłkarzem Afryki.

Kompaktowy, kreatywny gracz środka pola z bardzo dobrze ułożoną lewą stopą. W pięknym stylu rozprowadza swoje podania po całym boisku – charakteryzował go David Platt.

W listopadzie 1985 r. marokańscy kibice wstrzymali oddech. Timoumi w półfinałowym meczu Afrykańskiego Pucharu Mistrzów złamał kostkę w prawej nodze i jego występ w meksykańskich finałach stanął pod znakiem zapytania. Wielkim piłkarskim kibicem był jednak też król Hassan II, który osobiście dopilnował, żeby piłkarzem zajęli się najlepsi chirurdzy i żeby wykurował się na czas.

Skład Maroka na mistrzostwa świata w Meksyku:

Maroko i jego droga do Meksyku

Jeszcze dwa miesiące przed igrzyskami w Los Angeles Maroko rozpoczęło rywalizację o bilety do Meksyku. Swoją drogę rozpoczęli 30 czerwca 1984 r. od wyjazdowej wygranej 1:0 nad Sierra Leone w Freetown. W rewanżu rozgrywanym w połowie lipca w Rabacie pewnie wygrali 4:0 i zameldowali się w drugiej rundzie. Trzy gole w dwumeczu uzyskał Mustafa Merry. Kolejną przeszkodą była reprezentacja Malawi. Gracze z kraju położonego nad pięknym jeziorem o tej samej nazwie sprawili tylko nieco więcej problemów Marokańczykom i w kwietniu 1985 r. przegrali na wyjeździe 0:2, choć u siebie zdołali zremisować 0:0.

W trzeciej fazie Maroko mierzyło się z Egiptem. 12 lipca w Kairze było 0:0, ale dwa tygodnie później w Casablance Marokańczycy wygrali 2:0 po golach Timoumiego i Bouderbali, dzięki czemu awansowali do rundy finałowej. Tam ich rywalem była drużyna narodowa Libii. Pierwszy mecz rozgrywany 6 października w Casablance przyciągnął na trybuny aż 120 tys. kibiców i zakończył się pewnym zwycięstwem gospodarzy 3:0. Tym razem obok Timoumiego i Bouderbali na listę strzelców wpisał się też Mustafa Merry. Rewanż odbywał się w Benghazi i to dopiero tam Maroko straciło pierwszego gola w czasie eliminacji. Libia wygrała 1:0, ale w dwumeczu lepsi byli gracze z Maroka i to oni mogli szykować się na wyjazd do Meksyku.

Zanim jednak wyruszyli za ocean, to wcześniej czekały ich występy w Pucharze Narodów Afryki, który w marcu 1986 r. zorganizowano w Egipcie. W eliminacjach Maroko okazało się lepsze od Zairu, a na turnieju trafiło do wyrównanej grupy z Algierią, Kamerunem i Zambią. Pierwszy mecz z Algierią zremisowali 0:0, a w drugim z Kamerunem długo utrzymywał się korzystny dla nich wynik 1:0 po golu Abdelkrima Merry. Tuż przed końcem zdołał jednak wyrównać Roger Milla i spotkanie zakończyło się rezultatem 1:1. W ostatnim grupowym pojedynku wygrali 1:0 z Zambią po samobójczym trafieniu rywala. W półfinale Marokańczycy musieli uznać wyższość Egiptu, z którym przegrali 0:1. To w tym meczu Mustafa El Biyaz pobił sędziego, za co został zawieszony przed CAF na rok, ale mimo to pojechał na mistrzostwa. W meczu o trzecie miejsce lepsi okazali się Iworyjczycy, którzy wygrali 3:2. Brak medalu pewnie bolał, ale biorąc pod uwagę nieobecność na poprzednich turniejach, czwarte miejsce można uznać za umiarkowany sukces.

Swój trenerski warsztat Faria potwierdził też w pracy z klubem. Prowadzony przez niego FAR Rabat dotarł w 1985 r. do finału Afrykańskiego Pucharu Mistrzów. Tam piłkarze z Rabatu zmierzyli się z zairską ekipą AS Bilima z Kinszasy. U siebie pewnie wygrali 5:2, a na wyjeździe zremisowali 1:1 i mogli cieszyć się z pierwszego w historii klubu trofeum.

Nadzieje marokańskich kibiców na dobry występ ich ulubieńców na mistrzostwach świata zostały wystawione na ciężką próbę już po losowaniu. Maroko trafiło do grupy z Polską, Anglią i Portugalią. Na papierze każda z tych ekip była bardzo mocna i mało kto oczekiwał, że Marokańczycy zdołają cokolwiek w tej stawce ugrać. Zmagania grupowe toczyły się jednak w gorącym i wilgotnym Monterrey, gdzie jak się okazało najlepiej czuli się właśnie gracze z Afryki. Ostatnim etapem ich przygotowań do mundialu było zgrupowanie w leżącej w górach Atlasu miejscowości Ifran, gdzie panował zbliżony klimat do tego z Monterrey. Dużym atutem marokańskiej reorientacji była też stosunkowo mała wiedza rywali o nich.

Mieliśmy przewagę, ponieważ znaliśmy ich graczy, a oni nie znali nas zbyt dobrze. W tamtych czasach trudno było zdobyć informacje o innych zespołach – zauważał po latach Mustafa El Haddaoui.

Z Polską na otwarcie

Swoją meksykańską przygodę marokańscy piłkarze zaczęli od potyczki z Polakami. Dotychczas obie ekipy spotykały się trzykrotnie – dwa razy wygrywała Polska, a raz był remis. Nasza reprezentacja, która do Meksyku przyjeżdżała jako trzeci zespół świata, była zdecydowanym faworytem spotkania. Maroko może nie było lekceważone, ale wielu fachowców i kibiców liczyło na pewną wygraną Polaków. Jednym z nielicznych, który przestrzegał przed rywalami, był pracujący w Maroku Ryszard Kulesza. Poprzednik Piechniczka na stanowisku selekcjonera zwracał uwagę na wpływ, jaki wywierał na prowadzony przez siebie zespół brazylijski trener. Faria starał się zaszczepić w swoich podopiecznych nieco brazylijskiego stylu, ale jednocześnie przywiązywał ogromną wagę do zabezpieczenia dostępu do własnej bramki.

Mecz w Monterrey rozpoczął się o godzinie 16:00. Termometry wskazywały 30oC, a wilgotność powietrza wynosiła 62 procent. Nie odkryjemy Ameryki, jeśli stwierdzimy, że takie warunki bardziej odpowiadały graczom z Afryki. I rzeczywiście Polacy w tym spotkaniu rozczarowali. Naszym akcjom brakowało tempa. Były rwane i łatwe do zneutralizowania. W pierwszej połowie nie oddaliśmy ani jednego celnego strzału na bramkę rywali. Kompletnie nie mieliśmy pomysłu na to, jak zagrozić przeciwnikom.

Maroko grało z żelazną konsekwencją w defensywie i imponowało spokojem w rozegraniu piłki. Nasi rywale lepiej przystosowali się do trudnych warunków oraz byli wyraźnie szybsi i sprawniejsi. Grali bez respektu, zagęścili środek pola i ograniczyli naszą kreatywność w tej strefie. Dzięki długim podaniom przeprowadzili też kilka kontrataków i stworzyli sobie parę dogodnych okazji. Większość z nich kończyła się jednak uderzeniami z dystansu, ale naszej obronie we znaki dawał się Krimau Merry.

W drugiej połowie w miejsce Dariusza Dziekanowskiego, który nie potrafił odnaleźć się na boisku, pojawił się Jan Urban. Dopiero wtedy nasza gra zaczęła wyglądać nieco lepiej. Polacy przejęli inicjatywę i momentami potrafili zepchnąć Marokańczyków do głębokiej obrony. Szczęście jednak tego dnia sprzyjało graczom z Afryki. Dogodnych sytuacji nie wykorzystali Ryszard Komornicki i Jan Urban , po którego strzale piłka trafiła w słupek. Ostatecznie mecz zakończył się bezbramkowym remisem.

Polaków krytykowano nas za asekurancki styl gry. Zagraniczne agencje były zdania, że o meczu trzeba jak najszybciej zapomnieć, bo nie dostarczył on żadnych emocji. Francuska AFP pisała, że Polska wpadła w marokańską pułapkę, a niemiecka DPA zauważała, że Polska jest pierwszą ofiarą „kopciuszka”. Agencje wytykały też brak pomysłu na grę u Polaków i chwaliły Marokańczyków za konsekwencję w realizacji przedmeczowych założeń. Widać było, że Maroko miało plan na ten mecz. Przede wszystkim chciało uniknąć porażki i cel ten został osiągnięty. Piechniczek po meczu zwracał uwagę na niezbyt sprzyjające warunki i narzekał na grę Dziekanowskiego, z którą wiązał duże nadzieje. Wpływ na naszą grę miała też mieć zbyt wysoka trawa na boisku w Monterrey.

Rozpoczęliśmy mundial w słabym stylu, nie jestem zadowolony z tego występu. Ten remis osłabił nasze szanse awansu, ale ich nie pogrzebał. Obrońcy grali mało ofensywnie, pomocnicy nieskutecznie, a w ataku mieliśmy tylko jednego wartościowego napastnika Włodzimierza Smolarka. Wpływ na postawę polskich piłkarzy miały trudne warunki atmosferyczne, a także słaba nawierzchnia boiska. Na wysokiej trawie boiska stadionu Universitario piłka toczy się wolniej. Nie tracę nadziei. Przypominam, że przed czterema laty reprezentacja RFN przegrała w pierwszym meczu z Algierią, a potem zdobyła tytuł wicemistrza świata – zauważał nasz selekcjoner.

Niestety w Meksyku wicemistrzami świata nie zostaliśmy. Co zrozumiałe, w zupełnie odmiennym nastroju po zakończeniu spotkania był trener Maroka.

Jestem bardzo zadowolony z rezultatu. Remis z drużyną mającą tak duże osiągnięcia w mistrzostwach świata, to sukces. W mundialu startujemy po raz drugi. Przed szesnastu laty zremisowaliśmy z Bułgarią 1:1, a teraz zdobyliśmy drugi punkt w historii naszych finałowych startów. Inauguracyjny mecz jest zawsze trudny. Moi piłkarze potrafili opanować zdenerwowanie i przystąpili do gry skoncentrowani. Mecz nie był piękny, ale mistrzostwa świata to walka o punkty. One są najważniejsze – mówił po meczu selekcjoner Maroka José Faria.

Remis z drużyną z średniowiecza

O ile remis z Maroka z Polską można było rozpatrywać w kategoriach niespodzianki, o tyle taki sam rezultat w starciu z Anglią mógł być już traktowany jako sensacja. Synowie Albionu po trochę nieoczekiwanej porażce z Portugalią w pierwszym meczu stanęli pod ścianą, a ich sytuacja w grupie mocno się skomplikowała. W relacjach w rodzimej prasie najczęściej padało słowo katastrofa i żeby myśleć o awansie, nie mogli z Marokiem przegrać, a najlepiej oczywiście jakby wygrali.

Trener Bobby Robson z wysokości trybun oglądał starcie Polski z Marokiem i na własne oczy mógł się przekonać, jaki postęp zrobili afrykańscy gracze w ostatnim czasie. Jego pomysł na grę z Lwami Atlasu opierał się na uwypukleniu atutów swoich podopiecznych. Anglicy byli silniejsi fizycznie i lepiej grali w powietrzu, co miało być kluczem do wygranej. O zdobywanie bramek miał się zatroszczyć duet napastników Mark Hateley i Gary Lineker. Przewagę w środkowej strefie boiska mieli zapewnić inni znakomici gracze, tacy jak Bryan Robson, Chris Waddle, Ray Wilkins i Glenn Hoddle. Marokańczyków czekała więc ciężka przeprawa.

José Faria zdołał wprowadzić nieco brazylijskiego polotu i finezji do gry Maroka, ale jednocześnie potrafił wymóc na swoich piłkarzach uważną grę w obronie i nauczył ich dyscypliny taktycznej. To właśnie dzięki tej dyscyplinie pierwsza połowa meczu z Anglikami była dość wyrównana. Obie ekipy stworzyły kilka dobrych okazji. Marokańczycy nie przestraszyli się rywali i przyjmując wyzwanie do otwartej gry, z biegiem czasu coraz częściej gościli pod bramką Petera Shiltona. Już w 7. minucie groźną sytuację stworzył sobie Bouderbala, ale zabrakło mu wsparcia kolegów, którzy nie nadążyli za akcją. Chwilę później ten sam zawodnik i Krimau Merry przeprowadzili składną dwójkową akcję, ale tym razem strzał został zablokowany przez obrońców.

Anglicy pierwszy raz bramce Zakiego zagrozili w 11. minucie po strzale Robsona. Potem jeszcze kilkukrotnie próbowali rozerwać szyki obronne rywali, ale bezskutecznie. W bramce Maroka bardzo dobrze spisywał się Zaki, który mimo problemów z żołądkiem świetnie radził sobie z angielskim crossami i dośrodkowaniami. Marokańczycy grali nadspodziewanie dojrzale i wraz z upływem czasu czuli się coraz pewniej. Wyspiarze z kolei wyglądali, jakby zaczynało brakować im sił. W 32. minucie przeprowadzili ostatnią groźną akcję w pierwszej połowie, w której szczęścia próbował Hateley, ale piłka po jego strzale głową przeszła obok bramki.

Kilka minut później nastąpił chyba przełomowy moment meczu. Bryan Robson nieszczęśliwie upadł w polu karnym i odnowiła mu się kontuzja braku, co oznaczało konieczność zmiany. Na tym jednak nie koniec problemów Anglików. W 42. minucie za niesportowe zachowanie z boiska wyleciał Ray Wilkins, który obok Shiltona był najbardziej doświadczonym spośród angielskich reprezentantów. Mając już na koncie żółtą kartkę, nie zgodził się z decyzją sędziego o odgwizdaniu spalonego i odrzucił piłkę w kierunku arbitra, za co Paragwajczyk Gabriel González Roa pokazał mu czerwoną kartkę. Plan trenera Robsona na to spotkanie zaczynał się sypać.

Grając w dziesiątkę przeciwko znakomicie zorganizowanym Marokańczykom, szanse Anglików na wygraną znacząco spadły. Drugą połowę zaczęli oni bardzo nieśmiało, wręcz bojaźliwie. Lwy Atlasu z kolei wyczuły, że rywale stracili nieco pewności siebie i zaczęły coraz odważniej sobie poczynać. Bouderbala dzielił i rządził na boisku, przyćmiewając swoją grą angielskich gwiazdorów. To on i Timoumi swoimi uderzeniami sprawili najwięcej kłopotów Shiltonowi. Maroko uzyskało przewagę, ale niewiele z niej wynikało, bo brakowało skuteczności i może podjęcia nieco większego ryzyka. Końcówka meczu nie mogła się podobać kibicom – Marokańczycy grali wyraźnie na czas, a Anglicy nie byli w stanie śmielej zaatakować, toteż nie może dziwić fakt, że taka postawa spotkała się z gwizdami ze strony publiczności.

Mecz zakończył się wynikiem 0:0. Maroko było chwalone za swoją postawę i organizację gry, choć niektórzy zauważali, że przeciwko dziesiątce Anglików mogli zagrać nieco bardziej odważnie. Brytyjska prasa nie szczędziła krytyki rodzimym piłkarzom. Pisano o kompromitacji, katastrofie i największym upokorzeniu od czasów porażki z USA w 1950 r. w Brazylii.

Angielski futbol zmarł po długich cierpieniach pod paraliżującym słońcem Monterrey. Kraj, któremu świat zawdzięcza tę grę, został poniżony – pisano na łamach Daily Mail.

Robson po meczu nie chciał komentować decyzji sędziego o wyrzuceniu Wilkinsa, ale zauważał, że punkt, który zdobyli, grając w dziesiątkę, może okazać się bardzo cenny. Mówił też, że nie chcieli podejmować ryzyka i bardziej się otworzyć, bo Marokańczycy byli do samego końca bardzo groźni.

Ten wynik w pełni nas satysfakcjonuje. Do awansu wystarczy teraz remis z Portugalią. Mając jeden punkt zdobyty z Polakami, nie prowadziliśmy z Anglią otwartej gry. Nie leżało to w naszym interesie. Przyjechaliśmy do Meksyku z zamiarem awansu do drugiej rundy i zrobimy wszystko, by ten cel osiągnąć. W decydującym spotkaniu z Portugalią nie zamierzam zmieniać taktyki ani składu. Jesteśmy jedynym zespołem grupy F, który gra z trzema napastnikami w podstawowym składzie. Zamierzamy udowodnić, iż potrafią oni celnie strzelać. Dotychczas na szczególne pochwały zasługiwała druga linia – teraz przyszedł czas, by pokazali się napastnicy – mówił z kolei po meczu José Faria.

Krimau Merry nie mógł sobie po meczu odmówić złośliwości i określił Anglików mianem drużyny z średniowiecza.

Maroko triumfuje, Portugalia pokonana

Odwagi, której zabrakło w starciu z Anglią, dodał marokańskim piłkarzom sam król Hassan II. Podczas turnieju był on w stałym kontakcie telefonicznym z ekipą. Na dwie godziny przed meczem z Portugalią w hotelu w Guadalajarze zadzwonił telefon. Rozmowa była zamówiona z pałacu królewskiego w Rabacie.

Grajcie ofensywnie, zaryzykujcie. Dobrze reprezentowaliście nasz kraj w Meksyku, nikt nie będzie miał pretensji, gdy przegracie, spróbujcie jednak zwyciężyć – dopingował swoich piłkarzy monarcha.

W przeszłości pomiędzy Marokiem a Portugalią nie brakowało konfliktów zbrojnych, więc historyczne zaszłości dodawały tylko smaczku sportowej rywalizacji. Portugalczycy dysponowali wówczas bardzo utalentowanym pokoleniem, które swoją klasę potwierdziło w czasie Euro ’84, gdzie w półfinale dopiero po dogrywce ulegli Francji z Platinim. Na meksykańskim turnieju po wygranej nad Anglią Portugalia wyrosła na głównego faworyta grupy, ale porażka z Polską sprawiła, że w starciu z Marokiem nie było już miejsca na potknięcie.

Wbrew zapowiedziom José Faria dokonał paru korekt w składzie. Mustapha Merry zaczął tym razem mecz na ławce, a partnerem jego brata w ataku miał być Abderrazak Khairi. Ta zmiana okazała się kluczowa. Maroko, które bywało określane mianem Brazylii Afryki, zaczęło mecz odważnie i ofensywnie. Szybko narzucili rywalom swój styl gry, grali radośnie i z polotem. W ciągu pierwszego kwadransa znakomitych sytuacji nie wykorzystali Bouderbala, Krimau i El Biyaz. Przewaga Maroka była jednak coraz bardziej wyraźna i w końcu udało się ją udokumentować.

Najpierw w 19. minucie na 1:0 trafił Khairi, który przejmując piłkę po nieudanym zagraniu Jaimego Pacheco, popisał się precyzyjnym i silnym strzałem z dwudziestu metrów, zdobywając pierwszą bramkę dla Maroka na tym turnieju. Niecałe dziesięć minut później ten sam zawodnik podwyższył na 2:0. W pole karne dośrodkowywał El Haddaoui, a niepilnowany, wbiegający w szesnastkę Khairi mocnym uderzeniem z pierwszej piłki nie dał najmniejszych szans Vitorowi Damasowi.  Wynik ten utrzymał się do przerwy. Portugalczycy byli na deskach i nie zapowiadało się, żeby w drugiej połowie coś miało się zmienić.

Po przerwie obraz gry nie uległ zmianie. Maroko przeważało i kontrolowało przebieg wydarzeń na boisku. Piłkarze byli świetnie zorganizowani i nie pozwolili rywalom na zbyt wiele. W 62. minucie Krimau wykorzystał znakomite podanie od Timoumiego i wychodząc sam na sam, podwyższył na 3:0. Dla Portugalczyków to był szok. Próbowali później jeszcze odwrócić losy spotkania, ale przy tak dobrze grających przeciwnikach było to bardzo trudne. Niewielką przewagę uzyskali dopiero w końcówce. Na dziesięć minut przed końcowym gwizdkiem Zakiego pokonał Manuel Diamantino, ale to było wszystko, na co tego dnia stać było Portugalczyków.

Maroko jako pierwsza afrykańska drużyna awansowało do drugiej rundy i jako pierwsza afrykańska drużyna wygrała swoją grupę. Sztab i piłkarze nie posiadali się ze szczęścia.

Zakończyć na pierwszym miejscu rywalizację w grupie z Anglią, Portugalią i Polską – to piękne osiągnięcie. Będzie miało ono wpływ na rozwój futbolu w Trzecim Świecie. Jestem przekonany, że potrafimy także pokonać kolejną przeszkodę i awansować do ćwierćfinału. Nie spodziewałem się dziś tak wysokiego zwycięstwa. Pamiętam, jak angielski trener Bobby Robson powiedział po losowaniu w Zurychu, iż pokonanie Maroka nie będzie dla jego zespołu żadnym problemem. Tak bardzo chciałem, żeby się pomylił. Dziś oceniam, że spotkanie z Polską i Anglią rozpoczęliśmy zbyt ostrożnie, ale już z Portugalią zagraliśmy inaczej, wykorzystując wielką szansę. Zadanie, z którym przyjechaliśmy do Meksyku, zostało wypełnione – oceniał na gorąco José Faria.

Portugalski szkoleniowiec José Torres zwracał uwagę, że mecz mógł ułożyć się inaczej, gdyby sędzia podyktował dla Portugalczyków rzut karny, który według szkoleniowca się im należał. Przyznawał też, że zagrali gorzej niż dwa lata wcześniej na mistrzostwach Europy, ale tłumaczył to absencją kilku podstawowych zawodników.

Zostaliśmy powaleni na kolana dwiema bramkami w pierwszej połowie, a zawinili je obrońcy. Staraliśmy się odwrócić bieg wydarzeń, okresami mieliśmy sporą przewagę, ale tak dobry zespół, jak Maroko, wykorzystał szansę – mówił po meczu Torres.

Bohaterem meczu został Abderrazak Khairi, dla którego mecz z Portugalią był dwudziestym występem w narodowych barwach. W jednej chwili stał się idolem w ojczyźnie i piłkarską gwiazdą całego kontynentu. Natychmiast pojawiły się pogłoski o jego przenosinach do Europy, ale zawodnik mówił, że nie interesują go zagraniczne oferty i że to w Maroku czuje się najlepiej. Z niecierpliwością czekał też na pojedynek w 1/8 finału.

Teraz czekam na mecz z RFN lub Danią, to dla nas zaszczyt zmierzyć się z rywalem tej klasy. Gdyby tak jeszcze wygrać… – mówił dziennikarzom Khairi.

Drugim marokańskim zawodnikiem, który zbierał znakomite recenzje za swoje występy był Mohamed Timoumi. Niektórzy zaczęli go nawet nazywać Sócratesem Afryki z uwagi na podobny do brazylijskiego piłkarza styl gry.

Jestem szczęśliwy. Dowiedliśmy, że na naszym kontynencie futbol czyni stałe postępy, że nie ustępujemy najlepszym, może Algieria pójdzie naszym śladem – powiedział po starciu z Portugalią Timoumi.

Lwy Atlasu poskromione

Dwa dni po wygranej Maroka nad Portugalią w Queretaro odbył się mecz, który miał zadecydować o pierwszym miejscu w grupie E. Mierzyły się w nim Dania i RFN, które miały już zapewniony awans do drugiej rundy. Wiedzieli też już na kogo trafią w 1/8 finału. Przegrany z tego pojedynku miał grać z Marokiem, a zwycięzca z Anglią. Franz Beckenbauer dał odpocząć w tym spotkaniu paru podstawowym zawodnikom, a Duńczycy nie kalkulowali i zagrali z pełnym zaangażowaniem. Ich trenerem był Niemiec Sepp Piontek, który rywalizację z RFN traktował bardzo prestiżowo. Dania wygrała 2:0 i zajęła pierwsze miejsce w grupie. Trudno dziś dociekać, czy Niemcy celowo odpuścili ten mecz, żeby nie trafić na podbudowanych wygraną nad Polską Anglików. Patrząc jednak na to, jak RFN podchodziło do grupowych pojedynków na poprzednich mundialach, kiedy już mieli pewny awans, wnioski nasuwają się same.

Pojedynek o ćwierćfinał rozgrywano w Monterrey. Marokańczycy zdążyli się już przyzwyczaić do panujących w tym mieście warunków, ale dla Niemców, którzy wcześniej grali na większych wysokościach, wilgotny i duszny klimat Monterrey był czymś nowym. Wpływ warunków pogodowych było widać podczas gry. Niemcy zaczęli dość ostrożnie i spokojnie. Po raz pierwszy na turnieju od pierwszych minut wystąpił Karl-Heinz Rummenigge. To ten napastnik właśnie sprawiał najwięcej kłopotów marokańskiej defensywie, która w tym meczu musiała sobie radzić bez El Biyaza.

Między słupkami jednak po raz kolejny bez zarzutu spisywał się Zaki. Dwukrotnie popisał się on znakomitymi interwencjami. Pierwszy raz po uderzeniu głową Rummenigge, a potem obronił groźny strzał Lothara Mathhäusa. Mathhäus dawał drużynie bardzo dużo nie tylko w ofensywie, ale też przede wszystkim w defensywie. To on właśnie odpowiadał za krycie Timoumiego, którego praktycznie całkowicie wyłączył z gry.

REKLAMA 2
Afryka wstaje z kolan, czyli Maroko na mundialu w 1986 r. 2

Bezbramkowy remis utrzymał się do końca pierwszej połowy i przez większość drugiej. Po przerwie w miejsce Rudiego Völlera Beckenbauer wprowadził Pierre’a Littbarskiego, ale niewiele to zmieniło. Maroko pokazywało, że wyniki osiągnięte w grupie nie były przypadkowe. Dzięki świetnej technice, ruchliwości i dojrzałości taktycznej grali z Niemcami jak równy z równym. Wicemistrzowie świata musieli się bardzo natrudzić, żeby przechylić szalę wygranej na swoją korzyść. Maroko też jednak miało swoje szanse i kilka razy groźnie kontrowało.

Kiedy do końca meczu pozostawało parę minut i wydawało się, że do wyłonienia zwycięzcy potrzebna będzie dogrywka, sędzia Zoran Petrović z Jugosławii podyktował dla Niemców rzut wolny. Do bramki było niewiele ponad 30 metrów, a wykonawcą stałego fragmentu był Mathhäus. Zauważył on, że marokański mur nie jest najlepiej ustawiony i wykorzystując błąd przeciwników, posłał piłkę tuż przy lewym słupku bramki strzeżonej przez Zakiego. Marokański bramkarz, który w tym meczu grał znakomicie, był wściekły na złe ustawienie muru.

Zasygnalizowałem kolegom, że mur jest źle ustawiony. Kiedy oni się przesunęli, Matthäus strzelił. Nie wiedziałem piłki, gdy rzuciłem się, było już za późno – opowiadał po meczu Zaki.

Więcej bramek w tym spotkaniu nie padło. Niemcy, jak to Niemcy, grali do końca, ale niczego wielkiego w tym meczu nie pokazali. Możliwe, że wpływ na ich grę miał miejscowy klimat i kto wie, jak potoczyłby się losy meczu, gdyby doszło do dogrywki. Trudno jednak mieć pretensje do Maroka, którego postawa przeszła najśmielsze oczekiwania. Zabrakło im nieco koncentracji i doświadczenia, ale trzeba też uczciwie przyznać, że z Niemcami mało kto wówczas potrafił wygrywać. Beckenbauer po meczu chwalił i doceniał dobrą postawę rywali.

Nie oczekiwałem tak trudnej przeprawy z piłkarzami Maroka, chociaż w poprzednich meczach dowiedli, że są drużyną solidną i niebezpieczną. Sądziłem już, że rozstrzygnięcie zapadnie w dogrywce i miałem pewne obawy o koedycję moich zawodników. W Monterrey jest bardzo gorąco i duszno. Na szczęścia Mathhäus swoim skutecznym strzałem z rzutu wolnego oszczędził nam nerwów i sił, które będą potrzebne w ćwierćfinałowym spotkaniu z Meksykiem. Jestem pełen uznania dla postawy naszych rywali – mówił niemiecki selekcjoner.

Mimo porażki z postawy swoich piłkarzy zadowolony był też trener Faria. Żałował trochę przypadkowo straconej bramki, ale w ogólnym rozrachunku uważał, że Maroko w Meksyku osiągnęło bardzo dobry wynik.

Nasz awans do 1/8 finału był już olbrzymim sukcesem. Przed meczem z RFN nie liczyłem na zwycięstwo, ale w trakcie gry, która układała się po naszej myśli, mój optymizm był coraz większy. Szkoda, że obrońcy zlekceważyli rzut wolny i niedokładnie ustawili mur. Zasłonięty Zaki interweniował zbyt późno. Tej bramki mogło nie być. W dogrywce natomiast wszystko było możliwe. Żegnamy się z Meksykiem szczęśliwi z osiągniętego sukcesu. Zrobiliśmy i tak wiele. Chyba nikt nie będzie miał do naszych chłopców pretensji, że po równej walce przegrali z aktualnym wicemistrzem świata – oceniał José Faria.

Najbardziej porażkę przeżywał Zaki, który schodząc z boiska do szatni, miał łzy w oczach. Ciągle rozpamiętywał straconą bramkę, ale cieszył się, że razem z kolegami pokazali, że potrafią jednak grać w piłkę.

Taki jest futbol, trzeba grać przez 90 minut. Ta porażka to nie katastrofa. Mundial dowiódł, że nie jesteśmy już „chłopcami do bicia”. Poważnie liczą się z nami nawet najlepsi. Przecierałem oczy ze zdumienia, czując respekt, z jakim rozpoczęli mecz piłkarze RFN. Teraz przez kilka dni będziemy odpoczywali, a później wracamy do Maroka. Trzeba „przetrawić” mundial, który zakończył się tak gorzko… – opowiadał dziennikarzom marokański bramkarz.

***

Piłkarze marokańscy zebrali szereg pochwał ze strony fachowców, dziennikarzy i kibiców. Pokazali, że przy futbolowym stole trzeba zrobić więcej miejsca dla ekip z Afryki. Coraz więcej afrykańskich piłkarzy zaczęło trafiać do silnych europejskich lig i nie byli tam już tylko uzupełnieniem składu, ale nierzadko stanowili o sile swoich klubowych zespołów.

Ezzaki Zaki Badou trafił później do Hiszpanii, gdzie reprezentował barwy RCD Mallorca. Na koniec roku został uznany za najlepszego piłkarza Afryki, a jego reprezentacyjny kolega Aziz Bouderbala zajął w plebiscycie drugą lokatę. Kiedy w 2006 r. CAF ogłosiło listę 200 najlepszych afrykańskich piłkarzy ostatniego 50-lecia, to wśród wyróżnionych znalazło się sześciu Marokańczyków, którzy brali udział w meksykańskim turnieju. Byli to Aziz Bouderbala, Mustapha El Biyaz, Mustafa El Haddaoui, Mohamed Timoumi, Ezzaki Badou i Abdelmajid Dolmy. Na zawsze już zapisali się w piłkarskiej historii swojego kraju.

Maroko bardzo mocno zaakcentowało swój powrót na mistrzostwa świata. Wiele nie brakowało, a pokusiliby się o kolejną niespodziankę i być może wyeliminowaliby Niemców, którzy dotarli w Meksyku aż do finału. Cztery lata późnej we Włoszech Maroka zabraknie, ale ich śladem podąży Kamerun, który pójdzie nawet krok dalej i awansuje do najlepszej ósemki jako pierwsza reprezentacja z Afryki.

Występ Maroka w Meksyku wpłynął na wzrost zainteresowania futbolem w tym kraju. Po powrocie z turnieju piłkarzy witało na ulicach ponad 100 tys. miłośników piłki nożnej. Wielkim kibicem był też król Hassan II, którego marzeniem była organizacja w Maroku mistrzostw świata. W 1994 r. nieznacznie przegrali rywalizację z USA, a cztery lata później więcej głosów otrzymała kandydatura Francji. Później Maroko jeszcze kilkukrotnie zgłaszało gotowość do organizacji imprezy, ale za każdym razem uznanie w oczach decydentów zdobywali inni.

Kolejne występy na mundialu Maroko zaliczyło w 1994 i 1998 r. Na obu tych turniejach co prawda nie wyszło z grupy, ale swoimi występami, zwłaszcza na francuskich boiskach, nie przynieśli wstydu swoim kibicom. Podobnie zresztą było na ostatnim turnieju w Rosji, gdzie również pokazali się z bardzo dobrej strony. Kiedy więc już Lwy Atlasu pojawiają się na mistrzostwach świata, to za każdym razem zostawiają serce na boisku. Na kolejny awans do drugiej rundy ciągle jednak muszą dalej czekać.

BARTOSZ DWERNICKI

Statystyki występów Maroka w finałach i w eliminacjach opracował Mariusz Kłosowski.

Przy pisaniu posiłkowałem się następującymi publikacjami:

Bartosz Dwernicki
Bartosz Dwernicki
Pierwsze piłkarskie wspomnienia to dla niego triumf Borussii Dortmund w Lidze Mistrzów i mecze francuskiego mundialu w 1998 r. Później przyszła fascynacja Raúlem i madryckim Realem. Z biegiem lat coraz bardziej jednak kibicuje konkretnym graczom niż klubom. Wielbiciel futbolu latynoskiego i afrykańskiego, gdzie szuka pozostałości futbolowego romantyzmu. Ciekawych historii poszukuje też w futbolu za żelazną kurtyną. Lubi podróże i górskie wędrówki.

Więcej tego autora

Powiązane

Advertismentspot_img

Najnowsze

Najlepsze i najgorsze drużyny w Polsce

W tym artykule postanowiliśmy sprawdzić, które polskie drużyny grały najskuteczniejszą oraz najmniej skuteczną piłkę. Przejrzeliśmy tabele wszystkich klas rozgrywkowych w Polsce i przygotowaliśmy tabele...

Orły niezgody. Szwajcaria – Serbia 2018

Spotkanie Szwajcarii z Serbią nie zapowiadało się na najciekawsze starcie Mundialu w 2018 roku. Ten mecz okazał się spotkanie bardzo dobrym pod względem piłkarskim,...

Ciąg dalszy REMANENTU. Od korupcji do dopingu i z powrotem

Trzecia część Remanentu od Jerzego Chromika już w sprzedaży! Niezapomniane teksty o ciemnych stronach polskiej piłki nożnej.