Rozbłysk i zaćmienie Białej Gwiazdy. Wisła Kraków w erze Cupiała cz. 2

Najdziwniejszy format w historii

Jeżeli kibice uważają system ESA37, dzielenie punktów po zakończeniu rundy zasadniczej i inne współczesne reformy formatu rozgrywek polskiej ekstraklasy, to powinni sięgnąć pamięcią wstecz do sezonu ligowego 2001/02. Wówczas tęgie głowy polskiego futbolu wymyśliły naprawdę niespotykany format. Stawkę ligową podzielono na dwie ośmiozespołowe grupy, a po 14 kolejkach dokonano kolejnego podziału – tym razem na grupę mistrzowską i spadkową, w których rozegrano kolejnych 14 kolejek ligowych.

Efekt był taki, że w ciągu sezonu Wisła zagrała po cztery mecze z Polonią Warszawa, GKSem Katowice oraz Odrą Wodzisław, a ze Śląskiem Wrocław, Stomilem Olsztyn, RKSem Radomsko i Dyskobolią Grodzisk Wielkopolski nie spotkała się w ogóle. Czy wyłonienie mistrza kraju w sytuacji, w której niektóre drużyny w ogóle nie miały szansy zmierzyć się ze sobą miało jakikolwiek sens? Pytanie z gatunku retorycznych.

W lidze Wiślakom szło w kratkę. Po wspomnianym zwycięstwie nad KSZO podopieczni Smudy zremisowali z Polonią i przegrali z Widzewem. Szczególnie bolesna była porażka w Łodzi, ponieważ jej sprawcą był…wypożyczony do Widzewa Wiślak, Mariusz Jop. Środkowy obrońca, który do Wisły trafił z Ostrowca Świętokrzyskiego nie zdołał przebić się do składu i bez żalu został oddany do Łodzi, gdzie spędził trzy rundy. Podczas tamtego meczu z Wisłą strzelił dwa gole, najpierw w 86., a następnie w 90. minucie i tym sposobem zapewnił zwycięstwo w stosunku 3:2 swojej ekipy. Bramki Widzewa strzegł inny piłkarz niechciany przy Reymonta, Adam Piekutowski.

W kolejnych spotkaniach Wisła odnotowała cztery zwycięstwa z rzędu, w tym dwa efektowne – 4:0 z Zagłębiem Lubin i 5:1 z GKSem – w tym drugim meczu wszystkie gole dla Białej Gwiazdy strzelił Maciej Żurawski. Po serii wygranych przyszły dwie kolejne porażki, z KSZO i Polonią, a w ostatni dzień września 2001 roku piłkarze Smudy wygrali u siebie z Widzewem. Tym spotkaniem została zapoczątkowana seria bez porażki na stadionie przy Reymonta, która trwała ponad 5 lat i została przerwana 11 listopada 2006 roku po porażce z GKSem Bełchatów 2:4. Licznik meczów bez porażki zatrzymał się na 73 spotkaniach, z których Wiślacy wygrali aż 60, a 13-krotnie dzielili się punktami z przeciwnikami. Wynik doprawdy imponujący.

Rywalizacja w ligowej grupie A zakończyła się wygraną Odry Wodzisław Śląski. Wisła zajęła drugą pozycję, tracąc do lidera trzy punkty. Następnie dokonano podziału ligowej stawki na grupę mistrzowską oraz spadkową, a każdy zespół miał na koncie połowę zdobytych punktów.

Pierwsze dwie kolejki w grupie mistrzowskiej rozegrano jeszcze w listopadzie 2001 roku. Biała Gwiazda zgarnęła w nich komplet punktów i objęła prowadzenie w tabeli. Kłopoty rozpoczęły się dopiero na początku 2002 roku, czyli w czasie, kiedy do kin wchodziły pierwsze części Harry’ego Pottera i Władcy Pierścieni, na listach przebojów królował Nickelback z piosenką How do you remind me, Adam Małysz zdobywał medale w Salt Lake City, a do obiegu weszła wspólna europejska waluta.

W styczniu 2002r. Smuda ściągnął do Wisły Igora Sypniewskiego. Napastnik, który jeszcze niedawno strzelał gole w Lidze Mistrzów i znalazł się w orbicie zainteresowań działaczy AC Milan nie poradził sobie sam ze sobą i zamiast w jednym z wielkich klubów Starego Kontynentu wylądował w RKS Radomsko, skąd trafił do Krakowa.

Przyjście kolejnego napastnika rodziło nowy problem dla szkoleniowca – jak pomieścić na boisku Żurawskiego, Frankowskiego i Sypniewskiego. Smuda wpadł zatem na pomysł zmiany systemu gry i przejście z ustawienia 4-4-2 na system 4-3-3. Zespół zupełnie nie mógł się odnaleźć na boisku, a Smuda de facto przypieczętował tym swoje odejście z klubu.

O ile w pierwszym wiosennym meczu piłkarze Wisły zdołali jeszcze wygrać, o tyle w dwóch kolejnych zawodnicy krakowskiej drużyny dwukrotnie przegrali w stolicy – najpierw 2:4 z Polonią, a tydzień później 0:1 z Legią. Tuż po porażce na Łazienkowskiej Smuda stracił pracę.

Lepiej późno niż wcale

Jedną z możliwych przyczyn chimerycznej postawy Wiślaków w pierwszej części sezonu był brak jakichkolwiek przeprowadzonych latem 2001 roku, które były też pośrednią przyczyną odejścia Adama Nawałki przed rozpoczęciem sezonu. Jak pisze Mateusz Miga w swojej książce Wisła Kraków. Sen o potędze późniejszy selekcjoner reprezentacji Polski poprosił zarząd klubu o pozyskanie trzech zawodników, lecz jego żądania zostały odrzucone. Biorąc pod uwagę fakt, że we wcześniejszych latach Bogusław Cupiał nie szczędził pieniędzy na wzmocnienia, jego niechęć do wydawania gotówki mogła zaskakiwać. Nowi zawodnicy pojawili się w klubie dopiero jesienią. Byli to Nigeryjczyk, Argentyńczyk mający też włoski paszport i polskie korzenie oraz Słowak, a dokładniej Kalu Uche, Mauro Cantoro i Ivan Trabalik.

Mauro Cantoro przyszedł jako napastnik, a został najlepszym defensywnym pomocnikiem w lidze

Nigeryjski pomocnik trafił do Wisły z rezerw Espanyolu Barcelona. W chwili transferu miał niespełna 19 lat i upatrywano w nim zawodnika dobrze rokującego na przyszłość, choć sam trener Smuda nie był w pełni przekonany do jego umiejętności. Uche został wypożyczony do grudnia 2002 roku. Zadebiutował w lidze we wspomnianym spotkaniu z Widzewem, od którego narodziła się twierdza przy Reymonta. Rozegrał wówczas 28 minut.

Cantoro i Trabalik pojawili się w Krakowie w październiku. Argentyńczyk miał za sobą występy w rodzimej lidze oraz w Peru, a na koncie dwa mistrzostwa tego drugiego kraju. Po grze dla Velez Sarsfield, Universitario de Deportes i Atletico de Rafaela Cantoro przeniósł się do Europy i podpisał umowę z występującym w Serie C (trzeci poziom rozgrywkowy we Włoszech) Ascoli Calcio. Po jednej rundzie spędzonej na Półwyspie Apenińskim podpisał umowę z Wisłą, do której przychodził jako napastnik.

Powiedzieć, że Cantoro miał udany początek przygody z klubem, to nic nie powiedzieć. On po prostu wszedł do klubu z drzwiami. Zadebiutował 26 października 2001 roku w meczu z Zagłębiem Lubin i w czterech pierwszych spotkaniach pięciokrotnie pokonywał bramkarzy rywali.

Pomimo tak imponującego początku kariery Cantoro pod Wawelem trener Smuda uznał, że piłkarzowi brakuje niezbędnej napastnikowi szybkości, jednocześnie dostrzegając jego boiskową zadziorność i wolę walki. O takich zawodnikach mówi się, że włożą głowę tam, gdzie inny nie włożyłby nogi. Tym sposobem Cantoro został przesunięty na pozycję defensywnego pomocnika i na wiele lat został najlepszym graczem na tej pozycji w polskiej lidze. A skąd polskie korzenie Argentyńczyka? W 1915 roku jego dziadek mieszkający na terenie zaboru austriackiego wyemigrował do Ameryki Południowej.

Ivan Trabalik przyszedł do Wisły ze słowackiego Rużomberoka. Był na testach razem z Bułgarem Radostinem Stanewem. Słowak imponował warunkami fizycznymi – 201 cm wzrostu i 114 kilogramów żywej wagi. Taki golkiper potrafił zasłonić sobą znaczną część bramki, niestety u Trabalika nie szło to w parze ze sprawnością. Smudzie najwyraźniej to nie przeszkadzało. Podpisał kontrakt ze Słowakiem, a Stanewa wzięła Legia.

Wisła potrzebowała bramkarza, bo w tamtym czasie tylko Artur Sarnat nadawał się do gry. Maciej Szczęsny doznał poważnej kontuzji, która zakończyła jego karierę, a Adam Piekutowski był na wypożyczeniu w Widzewie. Ivan Trabalik miał zatem pełnić rolę zmiennika Sarnata.

Bramkarz dostał szansę debiutu na początku listopada 2001 roku, po odejściu Artura Sarnata do tureckiego Diyarbakirsporu. Został zapamiętany przede wszystkim przez błąd popełniony w meczu Pucharu Polski ze Stomilem Olsztyn. Wiślacy prowadzili już 6:0, na kilka minut przed końcem Trabalik próbował wybić bezpańską piłkę. Zamiast w futbolówkę trafił jednak w murawę i – jak pisze Mateusz Miga – omal nie urwał sobie nogi. Błąd Słowaka wykorzystał napastnik Stomilu Piotr Bajera. Do końca rundy jesiennej sezonu 2001/02 Trabalik zagrał w barwach Białej Gwiazdy 15 razy. I choć Wisła nie przegrała ani jednego spotkania ze Słowakiem w bramce, to sam zawodnik 12-krotnie musiał wyciągać piłkę z siatki. Zespół z takimi aspiracjami nie mógł pozwolić sobie na nieskutecznego bramkarza, dlatego po zakończeniu sezonu pożegnano się z rosłym golkiperem. Na szczęście dla Wisły do klubu szybko wrócił Sarnat, bowiem rozwiązał kontrakt w Turcji z powodu zaległości finansowych. Dziś Trabalik jest wymieniany w gronie najgorszych bramkarzy, którzy pojawili się w Wiśle Bogusława Cupiała, obok Angelo Huguesa i Ilie Cebanu.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…