Rozbłysk i zaćmienie Białej Gwiazdy. Wisła Kraków w erze Cupiała cz. 2

Postrach Europy

Sezon 2002/03 zapisał się w historii klubu głównie dzięki znakomitym występom Białej Gwiazdy w europejskich pucharach. Do dziś kibice wspominają tamte mecze z wielkim sentymentem i wciąż pojawiają się głosy, że przy odrobinie szczęścia Wisła mogła osiągnąć nawet więcej.

Wicemistrzostwo Polski dawało Wiśle prawo gry w Pucharze UEFA. Na początku ubiegłego stulecia polskie drużyny zwykle rozpoczynały udział w tych rozgrywkach od drugiej, czyli ostatniej rundy eliminacyjnej i w większości przypadków trafiały na rywali, z którymi bez problemu mogły sobie poradzić.

Tak też właśnie było w przypadku Wiślaków. W kwalifikacyjnym dwumeczu piłkarze Henryka Kasperczaka pewnie uporali się z północnoirlandzkim Glentoran. W pierwszym spotkaniu na wyjeździe napastnicy mieli problemy z właściwym ustawieniem celowników, ale w końcówce meczu Żurawski i Dubicki strzelili po golu i drużyna wróciła do Krakowa z dwubramkową zaliczką.

Przed rewanżem Kasperczak uczulał swoich piłkarzy, żeby nie lekceważyć przeciwników i nie traktować dwumeczu jako rozstrzygniętego. Zawodnicy wzięli słowa byłego Orła Górskiego do serc i pewnie wygrali 4:0, a na listę strzelców dwukrotnie wpisali się Uche i Kuźba.

Pierwsza runda Pucharu UEFA była jeszcze większym pokazem mocy wicemistrzów Polski, którzy po prostu rozjechali słoweński zespół NK Primorje, wygrywając na wyjeździe 2:0 i aż 6:1 u siebie. Dużo bardziej poważne wyzwanie czekało na Wisłę w II rundzie rozgrywek. Wisła trafiła na włoską Parmę.

Zapomnieć o przeszłości

Po losowaniu natychmiast odżyły wspomnienia wydarzeń z jesieni 1998 roku, kiedy doszło do poprzedniego starcia tych drużyn. Parma z 2002 roku była już ekipą dużo słabszą, przynajmniej na papierze. Największe gwiazdy drużyny, która wygrała Puchar UEFA w sezonie 1998/99 zostały już wyprzedane. Hernan Crespo trafił do Lazio Rzym, a Gianluigi Buffon oraz Lilian Thuram przenieśli się do Juventusu. Obrońców rywali Parmy nękał za to wypożyczony z Interu Mediolan Adriano, który rok wcześniej przedstawił się Wiślakom, a obok niego największymi gwiazdami Parmy byli Adrian Mutu, Hidetoshi Nakata oraz Fabio Cannavaro.  

Media przede wszystkim przywoływały zdarzenie, do którego doszło w meczu Wisły z Parmą w Krakowie. Pseudokibic Białej Gwiazdy Paweł M. pseudonim Misiek rzucił w kierunku boiska składany nóż, a przedmiot trafił w głowę Dino Baggio. Włochowi szczęśliwie nic się nie stało, ale Wisła została wykluczona z europejskich rozgrywek w sezonie 1999/00. To zdarzenie zostało szerzej przedstawione w pierwszej części cyklu.

Sami piłkarze podkreślali, że na tym etapie rywalizacji trudno byłoby trafić na rywala słabszego od siebie, choć zachowywali optymizm. Trener Kasperczak nie bawił się w żadną kurtuazję i po prostu powiedział piłkarzom, że dobrze byłoby osiągnąć taki wynik we Włoszech, który zapewniłby spokój przed rewanżem. Dla zawodników z polskiej ligi to było zupełnie nowe podejście, bo dotychczas w starciach z silniejszymi rywalami mieli zadbać przede wszystkim o to, aby rozmiary porażki nie były zbyt okazałe.

Plan Kasperczaka nie wypalił, bo Wisła przegrała na Stadio Ennio Tardini, choć naprawdę nieznacznie, bo tylko 1:2. Cieszyć mógł fakt, że wicemistrzowie Polski nie ograniczyli się do obrony i gry z kontrataku, ale poszli na otwartą wymianę ciosów i gdyby wykazali się lepszą skutecznością, to mogliby wywieźć z Włoch nawet zwycięstwo.

Spotkanie rewanżowe rozegrane w połowie listopada 2002 roku w Krakowie przeszło do historii klubu jako jeden z momentów największej chwały wielkiej Wisły. Trener Parmy Cesare Prandelli zapowiadał, że to będzie trudny mecz dla jego zespołu, ale prawdopodobnie w najczarniejszych snach nie wyśniłby takiego rozstrzygnięcia, tym bardziej, że gra rozpoczęła się dla Parmy bardzo dobrze.

W początkowych minutach obrońcy Wisły znów przekonali się, czym jest siła i technika Adriano. Brazylijczyk ograł Stolarczyka i Jopa, oddał mocny strzał lewą nogą, piłka odbiła się od Arkadiusza Głowackiego zmieniając niego tor lotu i wpadła do siatki. Bezradny Angelo Hugues tylko odprowadził ją wzrokiem.

Bramka dla gości wyraźnie podłamała Wiślaków. Tamtego wieczoru kibice Białej Gwiazdy zaprezentowali nową, imponującą sektorówkę w barwach klubowych, jednak doping długo nie mógł ponieść drużyny z podciętymi skrzydłami.

Przebudzenie nastąpiło tuż przed przerwą – Kalu Uche powinien doprowadzić do remisu, jego strzał w kierunku dalszego słupka był minimalnie niecelny, a chwilę po zmianie stron Szymkowiak trafił w poprzeczkę. Minuty mijały, wynik nie ulegał zmianie i co więksi pesymiści pogodzili się z końcem przygody wicemistrzów Polski w Europie.

Sytuacja zaczęła ulegać zmianie na niespełna 20 minut przed końcem regulaminowego czasu gry. Wisła miała rzut wolny w odległości 30 metrów od bramki Sebastiena Freya. Kamil Kosowski postanowił oddać bezpośredni strzał – uderzenie nie było najwyższej jakości, piłka sunęła po murawie kilkukrotnie podskakując na nierównościach. Po raz ostatni podskoczyła tuż przed francuskim bramkarzem gości, myląc go kompletnie. Mateusz Borek powiedział w jednej z transmisji, że w życiu trzeba mieć szczęście, żeby coś wielkiego wygrać i ono było z Kosowskim i Wisłą w tamtym momencie.

Gol bym punktem zwrotnym. Podopieczni Henryka Kasperczaka złapali wiatr w żagle i ruszyli do dalszego odrabiania strat. Potrzebowali jeszcze jednego gola, aby doprowadzić do dogrywki i co najmniej dwóch do wygrania rywalizacji. Wisła rosła w siłę z każdą kolejną minutą.

Kilka minut po golu skrzydłowego trybuny krakowskiego stadionu po raz kolejny eksplodowały z radości. Maciej Żurawski otrzymał podanie od swojego Stolarczyka, balansem ciała zwiódł obrońcę i strzałem z 14 metrów sprawił, że stan rywalizacji wyrównał się, a w związku z tym, że do końca regulaminowego czasu gry nikt już nie potrafił skierować piłki do bramki przeciwnika, sędzia zarządził dogrywkę.

Wisła kontynuowała swój koncert, w którym czołowymi muzykami byli Kosowski i Żurawski. To właśnie akcja tej dwójki dała Wiśle trzeciego gola. Skrzydłowy zszedł nieco do środka boiska, wyłożył piłkę jak na talerzu, a napastnik pozyskany z Lecha Poznań miał na koncie dublet. Żurawski wyróżniał się wtedy nie tylko znakomitą skutecznością, ale również włosami w kolorze blond.

Wspomniałem wcześniej, że Daniel Dubicki miał swój moment chwały w Krakowie – właśnie w meczu z Parmą. Były napastnik Łódzkiego Klubu Sportowego ustalił wynik meczu na 4:1 i to w nie byle jaki sposób – po otrzymaniu doskonałego prostopadłego podania z głębi pola od Kosowskiego wyszedł sam na sam z Freyem, minął Francuza i nie pozostało mu nic innego niż skierowanie piłki do pustej bramki.

„Parma na kolanach, Parma na łopatkach” – tak trafienie Dubickiego podsumował komentujący to spotkanie Janusz Basałaj. Choć do końca pozostawało jeszcze kilkanaście minut, nikt nie miał wątpliwości – Wiśle nie mogło się już stać nic złego.

Wielka Wisła była zupełnie nowym zjawiskiem w polskim futbolu. Dawno nie widziano krajowego zespołu, który bez żadnych kompleksów byłby w stanie rozbić – bo trudno tu było mówić po prostu o pokonaniu – bardziej renomowany zespół. To właśnie dzięki temu spotkaniu wiele osób zakochało się w jednym z najstarszych polskich klubów (spory o to, który krakowski klub powstał wcześniej pewnie pozostaną nierozstrzygnięte na zawsze), w tym niżej podpisany. Miałem wtedy 10 lat i dopiero odkrywałem uroki tej niezwykłej gry.

Pomścić mistrza

Wisła wywołała w narodzie duży optymizm, który nie ustawał nawet wtedy, gdy wylosowała Schalke 04 Gelsenkirchen. Ówcześni wicemistrzowie Niemiec w poprzedniej rundzie wyeliminowali…warszawską Legię. Z trzech polskich drużyn grających w II rundzie Pucharu UEFA tylko Wisła zameldowała się w kolejnej. Legia przegrała z Schalke, a Amica Wronki z hiszpańską Malagą.

Dzień po losowaniu par III rundy Przegląd Sportowy obwieścił na okładce, że Wielka Wisła pomści Legię. Mobilizacja w zespole była ogromna. Arkadiusz Głowacki powiedział w jednym z wywiadów, że woli popracować jeszcze kilka tygodni dłużej (mecze z Schalke odbywały się już po zakończeniu rundy jesiennej w lidze) i zagrać w pucharach, niż wyjechać na urlop do ciepłych krajów, no jeśli uda się osiągnąć dobry wynik, to będzie o czym opowiadać wnukom.

Tym razem Wisła zaczynała pucharowy dwumecz spotkaniem u siebie. Kibice z Krakowa liczyli na kolejny popis umiejętności ich ulubionych zawodników, jednak ci tonowali nastroje mówiąc, że Schalke to drużyna z wyższej półki niż Parma. Trudno było nie przyznać im racji.

Pierwszy mecz zakończył się remisem 1:1, w obozie Wisły uznanym za dobry wynik, bo więcej klarownych sytuacji stworzyli sobie rywale, choć z drugiej strony do remisu zabrakło niewiele. Na przerwę Wiślacy schodzili z jednobramkowym prowadzeniem. Wrzutka Szymkowiaka w pole karne została zamieniona na gola, a jego autorem był pomocnik Schalke Christian Poulsen, który zamiast wybić piłkę z szesnastki skierował ją do własnej bramki.

Jeszcze przed przerwą gospodarze powinni otrzymać rzut karny po ewidentnym faulu na Kalu Uche. Arbiter spotkania pozostał niewzruszony, podobnie jak kilka minut wcześniej, gdy w polu karnym Schalke padł Marcin Kuźba.

W drugiej części spotkania zarysowała się przewaga Schalke. Zespół z Niemiec zmarnował kilka dogodnych okazji, najlepszą z nich miał Emile Mpenza, który z odległości czterech metrów najpierw trafił w słupek, a dobitka była niecelna. Belg doprowadził do wyrównania na dziesięć minut przed końcem, wykorzystując fatalny błąd Angelo Huguesa. Francuz wyszedł przed pole karne, minął się z piłką, tę przechwycił napastnik Die Koeningsblauen i skierował do pustej bramki.

Taki rezultat stawiał zespół z Niemiec w lepszej sytuacji. Do awansu wystarczał mu bezbramkowy remis. Sztab Wisły obawiał się utraty dyscypliny w drużynie po zakończeniu rozgrywek ligowych, więc przed meczem w Gelsenkirchen zabrał piłkarzy na krótkie zgrupowanie w holenderskim Sittard, skąd zespół udał się do Niemiec.

O ile zwycięstwo nad Parmą zapisało się w historii Wisły Kraków, tak mecz rozegrany 10 grudnia 2002 na Arena AufSchalke zapisał się złotymi zgłoskami w dziejach polskiej piłki w ogóle. Już w pierwszej minucie Wisła mogła wyjść na prowadzenie, lecz Kosowski nie zdołał wykorzystać dobrego podania od Szymkowiaka.

To, co nie udało się tuż po pierwszym gwizdku, udało się na pięć minut przed przerwą. Kamil Kosowski posłał dobre podanie ze skrzydła w kierunku Żurawskiego, a ten mocnym uderzeniem z woleja pokonał Franka Rosta. Niestety podopiecznym Kasperczaka nie udało się dowieźć prowadzenia do końca. Dwie minuty po golu Krakowian Mariusz Jop za krótko wybił dośrodkowanie Joerga Boehme, piłka spadła wprost pod nogi Tomasza Hajty, a obrońca reprezentacji Polski strzałem w kierunku bliższego słupka wyrównał stan gry. Bramka obciążała konto Huguesa, który powinien odbić piłkę, a zamiast tego pozwolił jej wpaść do bramki po jego rękach.

Po zmianie stron to Schalke mocniej ruszyło do ataku, ale z gola cieszyła się Wisła. Kosowski zanotował drugą asystę, po jego dograniu piłki w szesnastkę z rzutu wolnego Kalu Uche wyprowadził polski zespół na prowadzenie, dzięki czemu kibice mogli obejrzeć jego salto w powietrzu, prezentowane za każdym razem, kiedy Nigeryjczyk trafiał do siatki rywali. W tym momencie zespół Franka Neubartha potrzebował dwóch goli do awansu i natychmiast przystąpił do ataków. Wisła próbowała ugryźć rywali swoimi szybkimi kontrami, dzięki którym stworzyła kilka niezłych okazji.

Kamil Kosowski zanotował dwie asysty i gola w Gelsenkirchen

Pięć ostatnich minut należało do Wisły. Najpierw przytomnie zachował się Grzegorz Pater, który przechwycił piłkę, oddał ją Żurawskiemu, a najlepszy napastnik Wisły wpisał się na listę strzelców po raz drugi. Wtedy stało się jasne, kto zagra wiosną w 1/8 finału. Tuż przed końcowym gwizdkiem Kamil Kosowski zwieńczył doskonały występ golem. Po bardzo szybkim kontrataku lewoskrzydłowy dostał bardzo dobre podanie od Szymkowiaka, strzał prawą nogą obronił Frank Rost, ale wobec dobitki głową był bezradny. Komentujący ten mecz Janusz Basałaj powtarzał w euforii: Schalke 1:4, Schalke 1:4.

To był wielki wieczór i wielki mecz krakowskiej drużyny. Zdeklasowanie renomowanego rywala znacząco podniosło reputację Wisły w Europie. Dodatkowo UEFA przyznała Białej Gwieździe tytuł drużyny miesiąca. Zawodnicy i trenerzy mieli świadomość, że razem są w stanie zrobić coś wielkiego. Według niektórych relacji w samolocie, który wylądował w Krakowie trzeźwy był jedynie pilot.

Jeszcze w grudniu 2002 roku rozlosowano pary 1/8 finału Pucharu UEFA. Wynik przyjęto w Krakowie bez szczególnego entuzjazmu, ale i z wiarą w sukces, tym bardziej, że te rozgrywki europejskie nigdy nie były priorytetem włoskich drużyn.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…