The Gerrard Final. Spektakl czerwonego aktora

Każdy szanowany na świecie twórca posiada w swoim artystycznym dorobku tak zwane opus magnum, czyli takie dzieło, które przez szeroko rozumianą opinię publiczną jest uznawane za jego najwybitniejsze, najbardziej znaczące. Dla Szekspira takim osiągnięciem był ,,Hamlet”, David Lean miał swojego ,,Lawrence’a z Arabii”, a zespół The Beatles mógł poszczycić się albumem ,,Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”. Rzesze sympatyków Liverpoolu po dziś dzień utrzymuje natomiast, że obok finału Ligi Mistrzów w Stambule najbardziej zjawiskowym występem Stevena Gerrarda w czerwonym trykocie The Reds był finał FA Cup z 2006 roku. Ostatni akord sto dwudziestej piątej edycji najstarszych piłkarskich rozgrywek, który angielska prasa okrzyknęła jako The Gerrard Final.

Liverpoolu życie po Stambule

Sezon 2005/2006 Liverpool rozpoczął, jak na klubowego mistrza Europy przystało. Jedenastka Rafaela Beníteza po pasjonującym meczu pokonała po dogrywce piłkarzy moskiewskiego CSKA 3:1 w spotkaniu o Superpuchar Europy.

Bohaterem tamtego wieczoru okazał się wprowadzony z ławki w końcówce drugiej połowy Djibril Cissé, który wrócił do gry po złamaniu nogi, do którego doszło w październiku roku poprzedniego. Zwycięstwo na stadionie Ludwika II w Monako napawało więc optymizmem przed dalszą częścią pasjonująco zapowiadającego się sezonu.

Pierwsze problemy podopiecznych hiszpańskiego trenera dało się zauważyć jak na dłoni już jednak pod koniec października. W Premier League po ośmiu kolejkach The Reds mieli na koncie zaledwie dziesięć punktów. Na taki stan rzeczy wpływ miały między innymi klęski odniesione z Chelesa na Anfield 1:4 oraz na Craven Cottage z Fulham 0:2.

Bolesne były również porażki w Pucharze Ligi z Crystal Palace (1:2 w Londynie) oraz w rewanżowym meczu kwalifikacji do Ligi Mistrzów z CSKA Sofia (0:1 u siebie, które w ostatecznym rozrachunku dało jednak Liverpoolowi awans do fazy grupowej).

KLIKNIJ I DOŁĄCZ DO NASZEJ GRUPY NA FACEBOOKU

Wyniki podopiecznych Beníteza nie napawały optymizmem. Jednym z punktów zwrotnych sezonu okazał się jednak pierwszy mecz rozegrany ze stołecznym West Hamem. 29 października The Reds po golach Xabiego Alonso i Boudewijna Zendena odprawili z kwitkiem piłkarzy Alana Pardew.

Jak się miało okazać, nie było to jednak najważniejsze spotkanie obydwu drużyn w tamtym sezonie. Sukces w owej batalii dał początek serii dziesięciu zwycięskich meczów w lidze. Dzięki niej hiszpańskiemu szkoleniowcowi udało się uzyskać tytuł najlepszego trenera Premier League w listopadzie oraz grudniu.

Załamanie przyszło na przełomie stycznia i lutego, gdy piłkarze Beníteza nie potrafili znaleźć sposobu na Manchester United oraz obrońców tytułu, czyli londyńską Chelsea. Czarę goryczy przelewała kompromitująca porażka na The Valley z Charltonem, po której popularnemu Rafie zaczął osuwać się grunt pod nogami.

Kolejną bolesną lekcją było odpadnięcie z rozgrywek Ligi Mistrzów, w której piłkarze z miasta Beatlesów bronili tytułu. W 1/8 finału zbyt mocna okazała się Benfica.

Do zmiany trenera nie doszło jednak, gdyż w następnych czternastu spotkaniach w lidze The Reds udało się wygrać aż dwanaście razy. Starczyło to do zajęcia trzeciego miejsca, które w powszechnej opinii zostało uznane jednak za niewystarczające.

Przy okazji pod koniec sezonu nagrodę dla najlepszego piłkarza kwietnia odebrał kapitan The Reds Steven Gerrard, który w trakcie swojej kariery w Anglii zawodnikiem miesiąca zostawał łącznie sześć razy.


Rafael Benítez do dziś jest bardzo szanowany przez fanów Liverpoolu z powodu sukcesów, jakie osiągnął z klubem z Anfield. W marcu 2006 roku nie chroniły go one jednak przed wszechobecną krytyką z ich strony. Źródło: Sportskeeda

Rozgrywki Pucharu Anglii stały się więc dla Liverpoolu czymś w rodzaju odkupienia za niepowodzenia na innych frontach. Droga do występu na Millennium Stadium była jednak długa i wyboista, o czym piłkarze The Reds przekonali się już na pierwszej przeszkodzie.

7 stycznia udali się oni do położonego 50 kilometrów na północ od Londynu miasta Luton, w którym mieli zmierzyć się z tutejszą drużyną Luton Town w ramach trzeciej rundy owych rozgrywek.


W dwunastej minucie gola dającego prowadzenie strzelił najlepszy zawodnik sezonu w ekipie The Reds, czyli Steven Gerrard. Radość nie trwała jednak długo, gdyż jeszcze przed przerwą bramki dla popularnych The Hatters zdobyło dwóch Steve’ów, a mianowicie Howard i Robinson.

Po zmianie stron obraz gry dawał gospodarzom nadzieję, że uda im się osiągnąć korzystny rezultat. Niewykorzystana jedenastka przez Cissé oraz pewnie wyegzekwowany strzał z jedenastu metrów przez Kevina Nichollsa zdawały się potwierdzać tę tezę.

Broniący tego dnia dostępu do bramki gości Scott Carson dwoił się i troił, aby zatrzymać będących w wyśmienitej dyspozycji gospodarzy. Ostatnie pół godziny gry to jednak esencja tego czym jest Liverpool F.C. Rozgrywający swój chyba najlepszy mecz w czerwonym trykocie Florent Sinama-Pongolle oraz jeden z bohaterów finału Ligi Mistrzów Alonso zdobyli po dwie bramki i sprawili, że drużyna The Reds zaliczyła kolejny spektakularny comeback w swojej historii. W pamięci sympatyków Liverpoolu zapadła zwłaszcza ostatnia bramka, która została zdobyta przez Hiszpana po strzale z przeszło 60 metrów.

Następną przeszkodą była drużyna Portsmouth, którą podopieczni Beníteza pokonali na wyjeździe 2:1 po bramkach Gerrarda z rzutu karnego oraz Johna Arne Risse. Dla kapitana Liverpoolu był to już szesnasty gol w sezonie, czym jeden z najbardziej znanych scouserów (potoczna nazwa mieszkańców Liverpoolu) pracował sobie na powołanie do kadry na zbliżający się powoli niemiecki mundial. Gospodarze potrafili odpowiedzieć tylko trafieniem Seana Davisa.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…