Jak Kolumbia ratowała ducha futbolu?

Kolumbia 1962

Największymi piłkarskimi gigantami w Ameryce Południowej są Argentyna, Brazylia i Urugwaj. Inne nacje tylko okresowo potrafiły toczyć z nimi równorzędną walkę. Zwykle były to Peru i Chile, rzadziej Paragwaj. Z kolei Kolumbia na dobrą sprawę znakomitego pokolenia piłkarzy doczekała się dopiero w latach 90. i współcześnie. Warto jednak przypomnieć nieco wcześniejsze losy kolumbijskiej reprezentacji, która w 1962 r. po raz pierwszy w swojej historii wzięła udział w finałowym turnieju mistrzostw świata.

Późną wiosną 1998 r. przed mundialem we Francji tata sprezentował mi publikację magazynu Echa Stadionów, która dotyczyła historii piłkarskich mistrzostw świata. Ta kosztująca 5 zł mała książeczka była dla mnie tak naprawdę pierwszym spotkaniem z historią futbolu. Przedstawiono w niej eliminacje w formie kolorowych diagramów, wynotowano wszystkie wyniki meczów i strzelców goli na mundialach oraz podano składy finalistów. Były też statystyki, tabela wszechczasów i krótki przegląd wydarzeń. W tymże przeglądzie w kliku punktach streszczano przebieg poszczególnych turniejów i podawano kilka ciekawostek. Przy okazji turnieju w Chile w 1962 r. napisano:

Kolumbijczycy ratują „ducha futbolu”. W meczu z ZSRR demonstrują futbol ofensywny i ambitny.

Kiedy potem przewertowałem strony, żeby sprawdzić, jakie osiągnęli wyniki, okazało się, że w spotkaniu ze Związkiem Radzieckim zanotowali remis 4:4. Przez lata ten rezultat był jednym z najlepszych i najważniejszych, jakie osiągnęła reprezentacja Kolumbii. O występie Kolumbijczyków w Chile mało kto już dzisiaj pamięta. Myślę jednak, że warto przyjrzeć się temu bliżej i spróbować zrozumieć na czym owe ratowanie „ducha futbolu” polegało.

Zanim jednak prześledzimy występ Kolumbii na chilijskim turnieju, należałoby się zastanowić, jakie miejsce kolumbijski futbol zajmował wówczas w Ameryce Południowej. Drużyna narodowa Kolumbii należała do słabszych zespołów na kontynencie, a po zakończeniu złotego okresu El Dorado w lidze krajowy futbol pogrążył się w kryzysie. Już sam awans na mistrzostwa należy więc traktować jako duży sukces.

Początki

Korzenie zorganizowanego futbolu w Kolumbii sięgają 1924 r., kiedy to 12 października powołana do życia została Liga de fútbol del Atlántico. W lutym 1926 r. swój pierwszy mecz rozegrała reprezentacja, która w Barranquilli pokonała 4:0 Kostarykę. W 1935 r. krajowy związek zmienił nazwę na Asociación Colombiana de Fútbol, którą w skrócie określano mianem Adefútbol. Rok później Kolumbia została członkiem FIFA i mogła wystartować w eliminacjach do mistrzostwa świata. Batalię o swój pierwszy turniej Kolumbijczycy mieli stoczyć z zespołami z Ameryki Środkowej, ale ostatecznie w kwietniu 1938 r. podjęto decyzję o rezygnacji ze startu.

Do skutku nie doszły też planowane początkowo starty w mistrzostwach kontynentu. Mimo że Kolumbia od 1936 r. była też członkiem CONMEBOL, to reprezentacji zabrakło w turniejach w 1937, 1939, 1941 i 1942 r. Pierwszy raz z najlepszymi ekipami na kontynencie Kolumbijczycy zmierzyli się dopiero w styczniu 1945 r. Gospodarzem imprezy było wówczas Chile, a debiutująca Kolumbia była raczej tłem dla rywali. Wysoko przegrała z Urugwajem i Argentyną, a wyrównaną walkę była w stanie nawiązać jedynie z Boliwią (remis 1:1) i Ekwadorem (wygrana 3:1).

W kolejnych latach dystans do najlepszych ciągle pozostawał taki sam, a być może nawet się zwiększył. Na turniejach w 1947 r. w Ekwadorze i w 1949 r. w Brazylii Kolumbia była najsłabszą ekipą w stawce. Niewielu jednak wówczas przejmowało się grą reprezentacji, bo w swój złoty okres wchodziła kolumbijska liga. W lipcu 1948 r. powołano do życia División Mayor del Fútbol Colombiano i tym samym wprowadzono w kraju zawodowstwo.

Zobacz także:

Rozłam

Nowa organizacja, którą w skrócie określano Dimayor, zupełnie odmieniła obraz futbolu w Kolumbii. Adefútbol początkowo podchodziła do nowego tworu z rezerwą, a z czasem z coraz bardziej jawną niechęcią. Wprowadzenie zawodowstwa oznaczało pojawienie się coraz większych pieniędzy w klubach, a amatorska federacja nie chciała stracić nad nimi kontroli.

Początkowo obie organizacje próbowały się porozumieć, ale kiedy w 1949 r. władze ligi odmówiły zwolnienia zawodników na mistrzostwa kontynentu, to konflikt przybrał na sile. Adefútbol wyrzuciła Dimayor ze swoich struktur. Poparł ją w tym CONMEBOL, który krytykował zawodowców, że liczy się dla nich tylko zysk, a nie dobro sportu. W październiku 1949 r. po stronie kolumbijskiej federacji opowiedziały się też światowe władze. FIFA uznała ligę za nielegalną, a wszyscy grający w niej zawodnicy zostali zawieszeni.

Włodarze Dimayor w ogóle się tym jednak nie przejęli i działali tak, jakby nie było światowych władz piłkarskich. Liga wchodziła właśnie w swój złoty okres. Duże pieniądze potrafiły przyciągnąć gwiazdy z zagranicy. Zbiegło się to w czasie ze strajkami piłkarzy w Urugwaju i Argentynie, którzy wkrótce masowo zaczęli wyjeżdżać do Kolumbii. Kraj ten wówczas dość prężnie się rozwijał, licząc zyski z eksportu kawy. Odkryto też złoża rud żelaza i wydobywano ropę naftową, więc o dopływ funduszy kluby mogły być raczej spokojne.

Dzięki temu, że przy transferach pomijano wszelkie formalności i Kolumbijczycy nie płacili klubom, z których ściągli zawodników, mogli oni sprowadzonym graczom proponować dużo wyższe kontrakty. To w tamtych czasach na kolumbijskich boiskach czarowali swoją grą tacy piłkarze jak Heleno de Freitas, Adolfo Pedernera czy Alfredo Di Stéfano. Dwaj ostatni stali się fundamentami zespołu Millonarios, który kilkukrotnie sięgnie po prymat w kraju. Swoją grą wzbudzą tak duże uznanie w oczach kibiców, że ci zaczną określać drużynę mianem Ballet Azul, czyli niebieski (od koloru koszulek) balet.

Wielkie pieniądze przyciągały wielkie nazwiska, a wielkie nazwiska coraz większe rzesze kibiców na trybuny, za którymi szły kolejne pieniądze. To w tamtym czasie miłością do futbolu zapałał początkujący wówczas kolumbijski pisarz Gabriel García Márquez, który w swoich felietonach zachwycał się grą największych gwiazd. Zainteresowanych szczegółami odsyłam do bardzo dobrego tekstu Leszka Jarosza Liga pirata, który został opublikowany w drugim tomie Kopalni.

Zapaść

Sytuacja w Kolumbii nie podobała się jednak całej Ameryce Południowej. Pod koniec 1950 r. grało już tam ponad 300 zawodników z różnych krajów, w tym także z Anglii. Absencja niektórych z nich była zauważalna na mistrzostwach świata w Brazylii i stało się jasne, że trzeba znaleźć jakieś rozwiązanie. Pierwsze rozmowy odbyły się wiosną 1951 r., ale porozumienie udało się osiągnąć dopiero na październikowym kongresie CONMEBOL w Limie. Głównym ustaleniem zawartego paktu było to, że zawodnicy zatrudnieni nielegalnie do 15 października 1954 r. wrócą do swoich macierzystych klubów. Zakazano też kolejnych nieuczciwych transferów, a w zamian FIFA zalegalizowała ligę.

Przez kolejne miesiące kolumbijskie kluby wykorzystały ustalenia z Limy i ciągle mając w szeregach wielu znakomitych zawodników, odbywały szereg podróży po kontynencie, a niektóre pokazały się nawet w Europie. Dzięki orgaznizowanym przy tej okazji meczom towarzyskim mogły one zarobić jeszcze więcej niż w lidze. To był już jednak schyłek złotej epoki. Pierwsze kluby bankrutowały w 1952 r., a dwa lata później liga skurczyła się z 18 zespołów do 10. Publiczność dopisywała coraz mniej, a wielkie gwiazdy tak szybko, jak tu przyjechały, tak szybko zaczęły wracać.

W ślad za tym pogorszyła się też sytuacja finansowa wielu klubów. Nie udało się wykorzystać zwiększonego zainteresowania futbolem, żeby zadbać o rozwój tej dyscypliny na wszystkich szczeblach. Dla dużej części klubowych włodarzy liczyła się maksymalizacja zysków, a o długofalowych planach nikt wówczas nawet nie myślał. W efekcie po złotej epoce El Dorado kolumbijski futbol znalazł się w strzępach. Zarówno ten klubowy, jak i reprezentacyjny.

Drużyna narodowa przez cały ten okres była bowiem zawieszona. Oficjalnie nie mogła rozgrywać żadnych meczów i brać udziału w żadnych rozgrywkach. Dopiero po powrocie w szeregi FIFA wzięła udział w organizowanych w 1957 r.  w Limie kolejnych mistrzostwach Ameryki Południowej. Do tego czasu jedną z niewielu okazji do kontaktu z międzynarodowym futbolem był dla Kolumbijczyków udział w imprezach, gdzie występowały drużyny amatorskie czy młodzieżowe. Takimi turniejami były te organizowane przy okazji Igrzysk Ameryki Środkowej i Karaibów, na których pokazała się jeszcze przed wojną czy te rozgrywane w ramach Igrzysk boliwaryjskich.

W 1951 r. gospodarzem tych zawodów było Caracas w Wenezueli. W związku z konfliktem między władzami piłkarskimi w kraju Adefútbol wysłało tam reprezentację departamentu Valle del Cauca. Drużyna ta była jedną z lepszych w Kolumbii, ale na poziomie amatorskim. Mimo to w Caracas pokazali się z dobrej strony i trochę niespodziewanie zwyciężyli w całym turnieju.

Powrót

Ten sam manewr piłkarskie władze chciały powtórzyć przed turniejem w 1957 r. w Limie. Drużyna Valle del Cauca okazała się wówczas najlepsza w rozgrywkach regionalnych, a Adefútbol początkowo nie chciała korzystać z graczy ligi Dimayor. Trenerem tego zespołu był wówczas Węgier György Orth, a w składzie było kilku utalentowanych zawodników, z których na pierwszy plan wybijał się Delio Gamboa. Drużyna była jednak młoda i niedoświadczona, a żaden z piłkarzy nie miał styczności z profesjonalnym futbolem.

Ostatecznie po przeciągających się sporach i kłótniach zdecydowano, że do reprezentacji dołączą też najlepsi gracze ligi Dimayor. Dużą presję na decydentach wywarła wówczas kolumbijska prasa i to pod jej naciskami piłkarskie władze ustąpiły. W ten sposób skład wzmocnili zawodowcy, z których największymi gwiazdami byli bramkarz Efraín El Caimán Sánchez – jeden z najlepszych kolumbijskich piłkarzy na tej pozycji, który miał za sobą grę w argentyńskim San Lorenzo i Francisco El Cobo Zuluaga, który trzymał w ryzach obronę Millonarios w ich najlepszym okresie.

Mimo tego zaciągu w pierwszym meczu w Limie z Argentyną w składzie znalazło się miejsce tylko dla jednego profesjonalisty. Różnica klas była aż nadto widoczna. Bezradna Kolumbia przegrała aż 2:8, a ci, którzy myśleli, że można coś osiągnąć samymi młodzieżowcami i amatorami, musieli zrewidować swoje poglądy. Dystans, jaki dzielił Kolumbię od czołowych drużyn kontynentu nie był jednak nie do pokonania.

Przekonać się o tym można było już w kolejnym starciu, w którym naprzeciw jej stanął zespół Urugwaju. Dwukrotni mistrzowie świata byli wówczas w fazie przebudowy narodowej drużyny, ale ciągle należeli do najlepszych na kontynencie. Tym razem jednak w składzie Kolumbii znalazło się aż ośmiu profesjonalistów, co przełożyło się na wynik. Skazywani na pożarcie Kolumbijczycy dzielnie postawili się Urusom i wygrali 1:0 po golu Carlosa Arango. W bramce znakomicie wówczas spisywał się Efraín Sánchez, który nieustannie motywował kolegów.

Zwycięstwo przyjęto w kraju z wielkim entuzjazmem i nie brakowało głosów, że reprezentacja jest w stanie toczyć wyrównaną walkę  z najlepszymi. Kolejne rezultaty kazały jednak nieco uspokoić nastroje. Drużyna co prawda nieznacznie uległa Chile 2:3, ale najbardziej dotkliwe były porażki z Peru (1:4) i klęska z Brazylią (0:9). Na pocieszenie zawodnikom pozostała wygrana 4:1 z Ekwadorem, dzięki której ostatecznie zajęli piąte miejsce w klasyfikacji.

Kolumbia zaczyna walkę o mistrzostwa świata

Turniej w Limie, który w porywającym stylu wygrała reprezentacja Argentyny odbywał się w na przełomie marca i kwietnia, a już w czerwcu 1957 r. Kolumbia postawiła kolejny krok na drodze do zaznaczenia swojej obecności w piłkarskim świecie. Pierwszy raz w historii wystartowała w kwalifikacjach do mistrzostw świata. Przed wojną wycofała się przed startem eliminacji, przed turniejem w Brazylii nie zgłosiła się do udziału, a w czasie zmagań o przepustki do Szwajcarii była zawieszona.

Reprezentacja trafiła do grupy 3 w swojej strefie eliminacyjnej. Rywalami w walce o awans na szwedzkie zawody były zespoły Urugwaju i Paragwaju. Kolumbia nie była tu faworytem, ale atut własnego boiska w pierwszych dwóch meczach pozwalał kibicom zachować cień nadziei na sukces. Ciągle z nostalgią spoglądano też w kierunku La Platy i to w tamtejszym futbolu szukano odpowiednich wzorców dla rodzimej piłki. Stery reprezentacji powierzono więc w ręce Argentyńczyka Rodolfo Orlandiniego, który jako piłkarz był członkiem reprezentacji na igrzyskach w Amsterdamie i na pierwszym mundialuUrugwaju. Z kolei o przygotowanie fizyczne zadbać miał specjalista z Europy, którym był niemiecki ksiądz salezjanin.

Zabiegi te na niewiele się jednak zdały, choć początek był obiecujący. 16 czerwca w swoim premierowym starcie w eliminacjach Kolumbijczycy grali w Bogocie z Urugwajczykami. Po upływie kwadransa Carlos Arango dał swojej drużynie prowadzenie, które udało się utrzymać do końca pierwszej połowy. Tuż po przerwie jednak Urugwaj wyrównał i ostatecznie mecz zakończył się remisem 1:1. Cztery dni później umiejętności gospodarzy sprawdzili goście z Paragwaju. To spotkanie też było dość wyrównane, ale na trzy trafienia rywali Kolumbia była w stanie odpowiedzieć tylko dwoma bramkami, które uzyskali Jaime Gutiérrez i Ricardo Díaz i przegrała 2:3.

W rewanżowym spotkaniu w Montevideo przez większość czasu utrzymywał się bezbramkowy remis, co mimo wszystko było dość sporym zaskoczeniem. Urugwaj, nawet jeśli był w przebudowie, to na własnym terenie powinien pewnie wygrać. Tymczasem Urugwajczycy wystawili nerwy swoich kibiców na niemałą próbę i zwycięskie trafienie uzyskali dopiero po rzucie karnym podyktowanym w 89. minucie. Porażka oznaczała dla Kolumbii kres marzeń o Szwecji, a podłamani zawodnicy na koniec przegrali jeszcze w Asunción z Paragwajem 0:3, który finalnie okazał się najlepszy w stawce.

Szwedzkie mistrzostwa przyniosły małą zmianę w układzie sił piłkarskich potentatów Ameryki Południowej. Turniej okazał się klęską i punktem zwrotnym w argentyńskim futbolu, a dla Brazylijczyków był momentem jednego z największych triumfów. W kolejnym roku obie te ekipy walczyły ze sobą o prymat na kontynencie i w marcu i kwietniu w Buenos Aires górą byli gospodarze. Z kolei w kolejnym turnieju, który zorganizowano w grudniu tego samego roku Ekwadorze, najlepszy okazał się Urugwaj. Brazylijczycy musieli więc obejść się smakiem.

Marzenia

W obu tych imprezach zabrakło jednak piłkarzy z Kolumbii. Czołowe ekipy kontynentu ciągle były poza ich zasięgiem, a na korzystne rezultaty mogli oni liczyć jedynie w starciach z Ekwadorem i Boliwią. Żeby zagrozić Peru i Chile musieliby wnieść się na szczyt swoich umiejętności, a żeby prowadzić wyrównaną walkę z Brazylią i z Argentyną musieli jeszcze poczekać kilkanaście lat.

Organizację mistrzostw świata w 1962 r. powierzono Chile. Wielką rolę odegrał przy tym prezydent chilijskiej federacji Carlos Dittborn. Dzięki swojej nadzwyczajnej aktywności na salonach potrafił przekonać do pomysłu delegatów FIFA, a zapałem do pracy zdołał zarazić cały kraj. Ten nie osłabł nawet po tragicznym trzęsieniu ziemi, jakie nawiedziło Chile 21 maja 1960 r. Organizacja mistrzostw stanęła pod znakiem zapytania, ale władze kraju zapewniły, że zrobią wszystko, żeby sprostać oczekiwaniom. Ostatecznie z planowanych ośmiu miast-gospodarzy pozostały tylko cztery, ale mundial udało się uratować. Do historii przeszło wypowiedziane przez Dittborna zdanie:

Ponieważ nie mamy nic, zrobimy wszystko.

Niestety główny pomysłodawca organizacji turnieju nie doczekał jego otwarcia. Zmarł nagle w kwietniu 1962 r. na kilka tygodni przed inauguracją. Żeby uczcić jego pamięć, nowo otwarty stadion w Arice na północy kraju został nazwany jego imieniem. To na tym właśnie obiekcie swoje mecze rozgrywać będzie grupa A, a w niej Kolumbia.

Najpierw jednak trzeba było przebrnąć eliminacje. Ich losowanie i ustalenie regulaminu odbyło się 28 lutego 1960 r. na posiedzeniu komitetu organizacyjnego w Bazylei. Z Ameryki Południowej zgłosiło się dziewięć ekip, a wśród nich gospodarz i Brazylia, która broniła tytułu. Pozostałe siedem podzielono na trzy dwuzespołowe grupy, które utworzyły Ekwador z Argentyną, Boliwia z Urugwajem i Peru z Kolumbią. Paragwaj z kolei został przydzielony do barażu z drużyną ze strefy CONCACAF.

Trudno mówić o nastrojach, jakie panowały w Kolumbii po losowaniu. Z Peru parokrotnie mierzono się w przeszłości, ale bilans tych spotkań korzystny był dla rywali i to oni byli faworytami. Poza tym mało kto poważnie liczył na to, że Kolumbia może awansować do finałów. Jednym z nielicznych, którzy pokładali wiarę w sukces, był opiekujący się wówczas reprezentacją Adolfo Pedernera. Ten noszący przydomek Maestro zawodnik był jedną z największych gwiazd czasów El Dorado, a dziś uznaje się go za jednego z najlepszych piłkarzy wszech czasów w Argentynie. Dobrze radził sobie też jako szkoleniowiec. Już podczas swojego pobytu w Millonarios objął posadę grającego trenera, a olśniewający styl, w jakim grała tamta drużyna, to w dużej mierze jego zasługa.

Kolumbia vs. Peru

W reprezentacji nie dysponował zawodnikami tej klasy, co w klubie, ale nie zamierzał się poddawać. Wiedział, że żeby liczyć na wygraną z Peruwiańczykami, musi maksymalnie wykorzystać potencjał ludzki, jakim dysponowała drużyna narodowa. W tym celu zdołał przekonać do powrotu do kraju jednego z najzdolniejszych kolumbijskich zawodników. Był nim wspominany już wcześniej Delio Gamboa, który z 1958 r. wyjechał do Meksyku i przez dwa sezony stanowił o sile Club Deportivo Oro. Uległ jednak namowom Pedernery i wrócił do ojczyzny, gdzie potem kontynuował karierę w Millonarios.

Z zespołem Peru Kolumbijczycy mieli małe rachunki do wyrównania. W przeszłości trzykrotnie spotykali się ze sobą na Igrzyskach boliwaryjskich i dwa razy górą było Peru. Co gorsza, obie porażki Kolumbia poniosła jako gospodarz imprezy, a szczególnie bolesna była przegrana z 1938 r. W tamtej premierowej edycji zawodów jedyny raz w turnieju piłkarskim rywalizowały bowiem pierwsze reprezentacje. W Bogocie Kolumbia musiała uznać wyższość rywali i już na otwarcie przegrała 2:4.

Motywacji wśród zawodników raczej nie brakowało. Chcieli pokazać się z jak najlepszej strony i udowodnić swoją wartość. W czasach El Dorado wielu rodzimych graczy przegrywało rywalizację z gwiazdami z zagranicy i było zawodnikami drugiej kategorii. Teraz wreszcie nadchodził ich czas. Pedernera o bojowe nastawienie swoich podopiecznych nie musiał się więc zbytnio martwić.

Zdawał sobie jednocześnie sprawę, że w starciu ważną rolę odegra odpowiednia taktyka i wykorzystanie słabych punktów rywala. Żeby lepiej poznać przeciwników, przed pierwszym starciem w Bogocie postanowił obejrzeć ich trening z trybun. Nie chciał, żeby go ktokolwiek rozpoznał, więc przed wyjściem na stadion miał się przebrać w ponczo, sombrero i założyć ciemne okulary. Schował się w stadionowej wieży i stąd podglądał ekipę Peru.

Pierwszy krok

W niedzielę 30 kwietnia 1961 r. położony w Bogocie Estadio Nemesio Camacho El Campín wypełnił się do ostatniego miejsca, a wielu chętnych, żeby zobaczyć starcie z Peru na żywo, musiało obejść się smakiem. Oczy zgromadzonej na trybunach publiczności zwrócone były na głównych aktorów widowiska. Rozum podpowiadał kibicom, że to rywale są faworytami i o występie na mundialu można raczej pomarzyć. W wielu jednak tliła się nadzieja na korzystny wynik.

Miejscowi najbardziej liczyli na takich graczy jak Rolando Serrano, Germán Aceros, Marcos Coll, Marino Klinger czy Delio Gamboa. To oni mieli znaleźć sposób na bramkarza rywali i napisać nowy, chwalebny rozdział piłkarskiej historii Kolumbii. Względny spokój w tyłach zapewniali z kolei bramkarz Efraín Sanchez oraz obrońcy Francisco Zuluaga i Jaime Gonzaléz. Trener motywując ich w szatni, przekonywał, że jeśli okażą się lepsi, to wszyscy oni przejdą do historii jako pierwsza kolumbijska drużyna, która grała na mundialu.

Obserwacje poczynione przed meczem przez Pedernerę przyniosły wymierne skutki i to Kolumbia wyszła z tego bardzo ważnego pojedynku zwycięsko. Taki wynik przed meczem mało kto obstawiał. Brano pod uwagę niską porażkę, remis przyjęty zostałby jako sukces, ale wygrana była nie do pomyślenia. Peru liczyło się dużo bardziej na kontynencie niż Kolumbia, a mimo to, to właśnie ona wygrała 1:0.

Jeśli chodzi o strzelca historycznego gola, to napotykamy na sprzeczne informacje. Ten sam problem pojawi się też przy spotkaniu rewanżowym. Część źródeł, łącznie z Andrzejem Gowarzewskim, podaje, że był nim Héctor El Zipa González. Jednak w większości hiszpańskojęzycznych artykułów jako autora trafienia wskazuje się Eusebio Escobara. Autorzy jednego z takich tekstów Thomas Blanco i Camilo Amaya podają nawet, w jakich okolicznościach padł gol.

Na bramkę gości strzał oddał Delio Gamboa, ale peruwiański bramkarz Rigoberto Felandro zdołał odbić piłkę. Do futbolówki najszybciej dopadł jednak Escobar i dał swojej drużynie prowadzenie. Wersję tę zdaje się potwierdzać artykuł opublikowany na łamach El Tiempo, w którym po latach wspominano tamto spotkanie, a którego skan jest dostępny w Internecie.

Niezależnie od tego, kto wepchnął piłkę do bramki, to kiedy zatrzepotała w siatce, 40 tys. kibiców zgormadzonych na trybunach ogarnął szał radości. Kolejnych 15 tys., które nie zmieściło się na stadionie, świętowało w jego najbliższej okolicy. W domach przy tranzystorowych radiach w ciągłym napięciu relacji radiowej słuchały kolejne rzesze kibiców. Udało się odnieść historyczne zwycięstwo i przed zaplanowanym tydzień później w Limie rewanżem Kolumbia miała skromną, jednobramkową zaliczkę. Perspektywa występu na mistrzostwach świata nie wydawała się już taka odległa. Zwycięstwo zaskoczyło wszystkich, łącznie z przyzwyczajoną do pisania o porażkach prasą.

Kolumbia nie przegrała – brzmiał nagłówek gazety „El Espectador” nazajutrz po meczu.

Rewanż

Gdyby Peru zwyciężyło na własnym terenie, to niezależnie od różnicy bramek, do wyłonienia zwycięzcy eliminacji potrzebny byłby trzeci mecz, który ewentualnie miał odbyć się w chilijskim Valparaiso. Peruwiańscy kibice nie przejęli się zbytnio porażką w Bogocie i wielu z nich będąc pewnym wygranej w Limie, rozglądało się już za biletami na trzeci, decydujący pojedynek. Do tego jednak nigdy nie doszło.

7 maja wychodząc na boisko Estadio Nacional, piłkarze z Kolumbii musieli się także zmierzyć z ogłuszającym dopingiem miejscowej publiczności. Na trybunach trudno było o wolne miejsce, a po całym stadionie niosło się głośne Peru! Peru! Peru! wykrzykiwane z gardeł tysięcy kibiców. Zgodnie z oczekiwaniami od pierwszego gwizdka do ataku ruszyli piłkarze Peruwiańczycy. Skromną przewagę z własnego boiska Kolumbijczycy roztrwonili już na samym początku.

Gospodarze odrobili straty 3. minucie meczu. W polu karnym gości znalazł się wówczas Ángel Uribe, którego nieprzepisowo powstrzymywał Héctor Echeverri. Urugwajski arbiter Esteban Marino wskazał na jedenasty metr, a rzut karny na bramkę zamienił Faustino Delgado (według niektórych źródeł strzelcem miał być José de la Vega). Wszystko więc szło zgodnie z planem. Straty zostały odrobione i faworyzowani Peruwiańczycy mieli mnóstwo czasu, żeby strzelić rywalom jeszcze kilka goli. Słuchający radiowej transmisji kolumbijscy kibice spodziewali się najgorszego i w obawie przed pogromem w napięciu oczekiwali na kolejne doniesienia z Peru.

Między słupkami bardzo dobrze tego dnia spisywał się jednak Sanchez, a defensywą mądrze kierował Zuluaga, który jako jeden z liderów zespołu nie wahał się też instruować swoich mniej doświadczonych kolegów. Ofensywne starania gospodarzy okazały się bezskuteczne, a Kolumbia konsekwentnie odpierała ataki przeciwników. Wreszcie gościom udało się doprowadzić do wyrównania i korzystny wynik dowieźli do końca meczu.

Andrzej Gowarzewski jako strzelca gola wskazuje Germána Acerosa, ale sporo hiszpańskojęzycznych źródeł podaje informację, że wyrównującą bramkę zdobył po strzale głową Héctor González. Nie ma też zgody, co do minuty, w której padł gol. Jedni wskazują na 23. minutę pierwszej połowy, a inni podają, że padł on w 23. minucie, ale drugiej części gry.

Wątpliwości zdaje się rozwiewać pomeczowa relacja autorstwa Jorge Uribe, który był specjalnym wysłannikiem El Tiempo na to spotkanie. Wyraźnie wskazuje on Delgado jako strzelca pierwszej bramki i Gonzáleza jako tego, który doprowadził do wyrównania. Wylicza też, że w pierwszej połowie sporą przewagę w grze mieli Peruwiańczycy, choć Kolumbia także potrafiła zagrozić rywalom. Dobrych okazji nie wykorzystali jednak Escobar i Gamboa, a wynik 1:0 utrzymał się do przerwy.

Zwycięski remis

Według relacji Uribe w drugiej części spotkania obraz gry nie uległ większym zmianom. Ciągle więcej z gry mieli Peruwiańczycy, ale nie potrafili tej przewagi wykorzystać. Sporo było też twardej walki na boisku, obie drużyny nie szczędziły sobie fauli, a paru graczy zostało solidnie poturbowanych. Kolumbijczycy dzielnie stawiali opór i w końcu uśmiechnęło się do nich szczęście. Kiedy zegar wskazywał 23. minutę drugiej połowy, Germán Aceros posłał precyzyjne podanie w pole karne Peru. Na piętnastym metrze do piłki doszedł Héctor González i mocnym strzałem głową doprowadził do upragnionego wyrównania.

Wygląda więc na to, że Aceros nie strzelał, lecz asystował. Być może stąd te rozbieżności w źródłach. Wersję tę uwiarygadnia też sam Aceros. Z okazji 50. rocznicy awansu na łamach El Espectador podzielił się wieloma wspomnieniami z przygotowań do turnieju, ale ani słowem nie wspomniał o rzekomo strzelonej przez siebie bramce w Limie. A ta jakby nie było, dała jego krajowi pierwszy awans na mundial. Dwa lata później na podobne zwierzenia dał się namówić Héctor González i przyznał, że to on zdobył wyrównującą bramkę, ale nie podał żadnych szczegółów.

Pojedynek zakończył się remisem 1:1. Kolumbijczycy mogli to spotkanie nawet wygrać, bo po faulu na Gamboi w ostatnich minutach meczu sędzia po raz drugi w tym starciu wskazał na wapno. Przed szansą stanął Rolando Serrano, ale nie wykorzystał rzutu karnego, trafiając w słupek. Nikt się tym jednak zbytnio nie przejął, bo remis 1:1 oznaczał dla Kolumbii pierwszy, historyczny awans na piłkarskie mistrzostwa świata.

Bohaterem spotkania okrzyknięty został bramkarz Efraín Sanchez i to jemu w największej mierze Kolumbijczycy zawdzięczali korzystny wynik. Dwoił się i troił, dokonując cudów pod własną bramką, a po latach postawę zespołu w końcowych minutach określił jako heroiczną. Grę gości docenili też miejscowi kibice, którzy nagrodzili ich oklaskami, ale najwięcej braw ze wszystkich zebrał Sanchez.

Kiedy wieści o wyniku starcia w Limie dotarły do Kolumbii, kibice nie posiadali się ze szczęścia. Radość z sukcesu piłkarzy rozlała się po całym kraju. W Bogocie w jednym z teatrów przerwano wystawianie sztuki, żeby powiadomić widzów o rezultacie pojedynku z Peru. Publiczność na wieść o wygranej spontanicznie wstała z miejsc i uroczyście odśpiewano hymn narodowy.

Nastroje po sukcesie

Po powrocie do kraju osiągnięcie piłkarzy zostało też zauważone przez prezydenta kraju, który zaprosił drużynę na kolację. Alberto Lleras Camargo nie był jednak wielkim miłośnikiem sportu, czego dał wyraz przed wyruszeniem reprezentacji do Chile. Miał się wówczas do nich zwrócić słowami:

Mam nadzieję, że wiele razy traficie do kosza.

Dla zwykłych obywateli piłka nożna była jednak bardzo ważną dziedziną życia i byli oni dumni z postawy swoich reprezentantów.

Futbol stanowi bardzo ważny element jedności narodowej. Jednak to wielkie znacznie, jakie piłka nożna miała dla Kolumbii, nie znalazło odzwierciedlenia w wynikach w skali międzynarodowej – pisał o ówczesnym poziomie kolumbijskiego futbolu pisarz Juan Gabriel Vásquez.

Dziennikarze sportowi w awansie widzieli szansę na poprawę poziomu piłki nożnej w całym kraju. Magazyn Afición żywił nadzieję, że od teraz nastąpi swoiste przebudzenie sportowego ducha rywalizacji w całym narodzie. Zwracano jednocześnie uwagę na konieczność odpowiedniego wykorzystania czasu, który pozostał do turnieju. Do mistrzostw został co prawda jeszcze rok, ale niewielu się przejmowało przygotowaniami. Piłkarze wrócili do swoich klubów, a kontrakt Pedernery dobiegł końca.

Kolumbijczycy awansując na mistrzostwa, stanęli przed wielką szansą zaznaczenia swojej obecności w futbolowym świecie. W piłkarskich władzach niewielu było takich, którzy zdawali sobie z tego sprawę. Zamiast skupić się na wspólnym celu i razem konsekwentnie dążyć do jego realizacji, to znowu pojawiły się tarcia na najwyższym szczeblu. Między szefami Adefútbol i Dimayor ciągle dochodziło do kłótni, a widoki na załagodzenie sporów nie były najlepsze. Na łamach Afición zaczęto się nawet zastanawiać, czy nie lepiej byłoby wycofać się ze startu w Chile.

Nie jesteśmy potęgą. Nigdy nie byliśmy. Szczęście odegrało ogromną rolę w naszych kwalifikacjach. Jesteśmy jak Kopciuszek, jak ubodzy krewni, nie mamy nadziei – gorzko pisano na stronach magazynu w lipcu 1961 r.

Nienajlepszy nastrój wokół kadry udzielił się również samym piłkarzom. W lutym 1962 r., a więc na ledwie parę miesięcy przed startem imprezy, niektórzy z nich anonimowo dzielili się refleksjami z dziennikarzami:

Pojedziemy do Chile, ale lanie, które tam dostaniemy, będzie spektakularne.

Przygotowania

Pod koniec lutego zorientowano się w końcu, że czasu do startu jest coraz mniej i podjęto wreszcie kroki zmierzające ku polepszeniu sytuacji. Kluby Dimayor co prawda niechętnie, ale zgodziły się zwolnić piłkarzy, żeby ci mogli wziąć udział w przygotowaniach do mundialu. Na trzy miesiące przed startem rozesłano zawodnikom powołania. W określonym terminie mieli stawić się w Bogocie, zabierając ze sobą potrzebny sprzęt. Początkowo powołano 35 graczy, z których potem wyselekcjonowano 22, który pojechali do Chile.

Z pomocą przyszedł też główny architekt kolumbijskiego awansu, czyli Adolfo Pedernera. Ponownie wziął zespół pod swoje skrzydła i pragnął natchnąć tych chłopaków do zrobienia wielkich rzeczy. Żeby tych wielkich rzeczy dokonać niezbędne było odpowiednie przygotowanie fizyczne piłkarzy. To zadanie spadło na barki trenera José Claudio Costanzo. Na miejsce trzymiesięcznego zgrupowania, gdzie zawodnicy mieli wykuwać formę, sztab wybrał położony w mieście Palmira ośrodek wojsk inżynieryjnych. Piłkarzy czekał ciężki obóz przygotowawczy, zwłaszcza że obaj trenerzy cenili sobie dyscyplinę, a warunki zakwaterowania były dość surowe.

W tamtych czasach nie mieszkaliśmy w luksusowych hotelach, miejscem zgrupowania był ośrodek wojskowy w mieście Palmira. Byliśmy tam jak więźniowie! Jeśli ktoś chciał opuścić ośrodek, to musiał okazać pisemne pozwolenie podpisane przez trenera Pedernerę – wspominał Aceros.

Piłkarz opowiadał, że wielu z jego kolegów zwracało się do trenera z taką prośbą. Długi czas spędzony z dala od bliskich ciągle w tym samym gronie z pewnością niektórym dawał się we znaki i potrzebowali oni chwili przerwy od trudów zgrupowania.

Nie ja, byłem zaręczony i powiedziałem mojej dziewczynie, że pobierzemy się, kiedy wrócę z mundialu. Tak też się stało i byliśmy razem aż do jej śmierci, 12 lat temu – mówił Aceros w 2012 r.

Mimo że gracze byli z różnych części kraju i zwyczajnie mieli różne charaktery, to w zespole panowała dobra atmosfera. Piłkarze potrafili się razem zebrać, żeby wyjść do kina czy pograć w karty. Aceros zwracał uwagę, że dużą rolę w budowaniu harmonii w drużynie odegrała trójka Ignacio Calle, Hernán Echeverry i Rolando Serrano. Ich żarty porównał do występów popularnego wówczas w Kolumbii komika Guillermo Zuluagi, który lepiej był znany jako Montecristo. Choć na chwilę pozwalały one osłodzić rozłąkę z rodziną i konieczność spania na twardych, żołnierskich łóżkach. Niewygodne posłania nie były zresztą jedyną niedogodnością, z jaką mierzyć się musieli zawodnicy.

Problem polegał na tym, że nie było ciepłej wody. Wstawaliśmy o szóstej rano, żeby wykąpać się w lodowatej wodzie. Niektórzy nie kąpali się przed treningiem, ale potem i tak musieli wytrzymać, bo woda ciągle była zimna. Wchodziłeś tam wściekły – opowiadał o warunkach sanitarnych Germán Aceros.

Zawodnicy dawali z siebie wszystko i wylewali litry potu na treningach. Prasa wreszcie zaczęła nieco przychylniej patrzeć na szanse Kolumbii w Chile. Zachęcano graczy, żeby wznieśli się ponad podziały i stworzyli prawdziwą drużynę. Pedernera często odwoływał się do symboli patriotycznych, a jego podopieczni w końcu zaczęli w siebie wierzyć i zapewniali, że zrobią wszystko co w ich mocy, żeby przynieść chwałę swojej ojczyźnie.

Sparingi

Niestety optymizmem nie napawały mecze kontrolne. Na początku kwietnia w Kolumbii gościła reprezentacja Meksyku. Goście z Ameryki Środkowej dwukrotnie sprawdzili formę podopiecznych Pedernery. 1 kwietnia w Bogocie na Estadio El Campín wygrali 1:0, a trzy dni później w Cali był remis 2:2.

Kolumbijczycy co prawda odrobili lekcję i po porażce w pierwszym meczu, zaprezentowali się już dużo lepiej w rewanżu. To oni jako pierwsi wyszli na prowadzenie, a gole strzelali Marino Klinger i Antonio Rada. Rywale zdołali jednak zdobyć kontaktową bramkę jeszcze przed przerwą, a w drugiej połowie udało im się doprowadzić do wyrównania. Meksyk nie był wówczas tak silną ekipą, jak choćby osiem lat później na mundialu u siebie, więc trudno było być zadowolonym po takich wynikach.

Oba spotkania przyciągnęły na stadiony ponad 30 tys. widzów, więc reprezentacja wzbudzała całkiem spore zainteresowanie wśród coraz liczniejszych rzesz kibiców. Tłumy na trybunach oznaczały zwiększone wpływy do związkowej kasy, a ta potrzebowała funduszy, żeby odpowiednio móc zabezpieczyć wyjazd na turniej. Podróż do Chile może nie była ekstremalnie droga, ale w połączeniu z pobytem na miejscu stanowiła już zauważalny wydatek. Oprócz Meksyku Kolumbia mierzyła się też z innymi rywalami w grach kontrolnych.

Jeszcze w marcu ich przeciwnikami w ramach przygotowań do mistrzostw świata były dwie klubowe drużyny z Kostaryki. Pierwszą z nich było Heredieano, z którą Kolumbia zremisowała 4 marca 1:1. Drugim zespołem było odbywające wówczas częste podróże zagraniczne Alajuelaense. Z tą eksportową kostarykańską drużyną Kolumbijczycy mierzyli się dwukrotnie. Pierwsze spotkanie 11 marca wygrali 3:1, ale w drugim, które rozgrywano 23 marca przegrali 2:3.

Rozegrano też spotkanie z reprezentacją departamentu Atlántico, które zakończyło się nieoczekiwaną porażką, a także z klubami brazylijskimi. Były to drużyny São Cristovão i Bangu. Z drugą z tych drużyn mierzono się aż trzykrotnie. Dwa razy był remis, a raz wygrali Brazylijczycy. Remisem również zakończył się pojedynek z São Cristovão. Wyniki więc nie powalały. Do tego doliczyć należy średnie mecze z Meksykiem z początku kwietnia i rozegrany pod koniec miesiąca trzeci mecz z tym rywalem. Tym razem grano na wyjeździe i znów górą byli gracze z Ameryki Środkowej.

Swój debiut na mundialu Kolumbia miała zaliczyć 30 maja, więc po ostatnim sprawdzianie z Meksykiem pozostawało już niewiele czasu na poprawki. Pedernera rozczarowany taką formą zespołu postanowił w pewnym momencie zrezygnować z posady i złożyć rezygnację, ale włodarzom udało się go przekonać do zmiany zdania. Humory nieznacznie poprawiły dwie wygrane nad odbywającym południowoamerykańskie tournée niemieckim klubem Karsruhe S.C., ale trudno było oczekiwać, że Kolumbia zdoła coś ugrać na mistrzostwach świata.

Rywale

Im bliżej turnieju, tym więcej uwagi poświęcano mu też w prasie. Gazety prezentowały drużyny finalistów oraz grupowych rywali. Kolumbia trafiła do grupy 1, w której jej przeciwnikami były reprezentacje Urugwaju, ZSRR i Jugosławii. Grupa swoje mecze rozgrywała w położonej tuż przy granicy z Peru Arice, bo ponoć gospodarze zamiast Kolumbii spodziewali się Peru i liczyli na przyjazd dużej liczby kibiców z tego kraju.

Spośród grupowych rywali Kolumbijczycy znali tylko drużynę Urugwaju, z którą potykali się na mistrzostwach kontynentu i to z całkiem niezłymi rezultatami. Największymi gwiazdami tego zespołu byli doświadczeni Horacio Troche, Néstor Gonçalves i José Sasía, ale sporo wnosili też młodzi, ale bardzo zdolni Pedro Rocha czy Luis Cubilla. Selekcjonerem tamtej reprezentacji był Juan Carlos Corazzo – prywatnie dziadek Diego Forlana.

Zespoły europejskie były dla Kolumbijczyków sporą tajemnicą. Niewiele wiedziano o nich w związku, nie wspominając nawet o znajomości ich wśród kibiców. W prasowych artykułach tłumaczono czytelnikom, na czym polega amatorski futbol w krajach socjalistycznych i przestrzegano przed meczami z ZSRR i Jugosławią. Rywali przedstawiano jako twardych i nieustępliwych oraz mających za sobą przeszkolenie wojskowe.

Ekipa z Kraju Rad była aktualnym mistrzem Europy, a o jej sile stanowili Lew Jaszyn, Igor Netto, Anatolij Maslonkin, Walentin Iwanow czy Slawa Metreweli. Jugosłowianie, którzy w premierowej edycji mistrzostw Europy byli rywalem Sowietów w finale, dysponowali jednym z najbardziej uzdolnionych pokoleń w swojej historii. W Chile ostatecznie zajmą czwarte miejsce, co obok wyniku z Urugwaju jest ich najlepszym osiągnięciem w dziejach. Główne role w tej drużynie odgrywali Milutin Šoškić, Vladimir Durković, Dragoslav Šekularac, Milan Galić i Dražan Jerković.

Przed wyjazdem

Po ciężkim obozie przygotowawczym kolumbijscy zawodnicy przenieśli się do położonej na obrzeżach Bogoty Escuela de Caballería de Usaquén, czyli szkoły dla kawalerii. To tutaj chciano ostatecznie doszlifować formę. Mniej było ćwiczeń fizycznych, a więcej treningów z piłką. Warto pamiętać, że piłki były wówczas zupełnie inne niż dzisiaj i ważyły dużo więcej. Aceros wspominał, że po paru uderzeniach takich półkilogramowych piłek głową, solidnie dzwoniło im później w uszach. Z dużym uznaniem byli reprezentanci wypowiadają się nie tylko o Pedernerze, ale też o José Claudio Costanzo, który zyskał sobie ich uznanie innowacyjnym podejściem do treningów. Sporo było zajęć z piłką, ale trener nie zapominał też o kondycji i nieraz o poranku zabierał piłkarzy na oddalone o kilkanaście kilometrów od szkoły kawalerii górujące nad miastem wzgórze Monserrate.

Ćwiczenia odbywały się z piłką, to było coś, czego w tamtych czasach raczej nie widziano. Ale potrafił też czasami rozkazać zabrać nam ze sobą nasze mleko i wysłać nas na Monserrate. To był dla nas postęp – opowiadał o treningach Hernando Tovar, który na turnieju był rezerwowym.

Im bliżej było do wyjazdu, tym bardziej dało się odczuć w kraju wzmożone zainteresowanie futbolem. Atmosferę piłkarskiego święta próbowano wykorzystać też w handlu. Po raz pierwszy w sprzedaży pojawiły się bluzy, które wyglądem nawiązywały do strojów reprezentacji. Były białe, a na piersiach umieszczono niewielki emblemat, w którym wokół piłki widniał napis Copa Mundo – Colombia. Z kolei producent piwa Costeña udział reprezentacji w mistrzostwach świata uczcił wprowadzeniem nowej etykiety, na której przedstawiono sytuację z meczu piłkarskiego.

Wiele redakcji prasowych i rozgłośni radiowych szykowało się do wysłania swoich przedstawicieli do Chile. Mieli oni relacjonować finałowy turniej na niespotykaną wcześniej skalę i gorączkowo starali się dopinać wszystkie szczegóły wyjazdu i pobytu na miejscu. Entuzjazm udzielał się też zwykłym kibicom, którzy byli dumni, że flaga ich kraju będzie dumnie powiewać obok barw takich futbolowych potęg jak Brazylia, RFN, Włochy czy Urugwaj.

Dla fachowców z zagranicy Kolumbijczycy byli jednak autsajderami. Kiedy przed startem mistrzostw przeprowadzono w Chile ankietę, w której pytano o to, która z ekip okaże się najlepsza, wygrała oczywiście Brazylia. Obrońcy tytułu zebrali 4156 głosów, a Kolumbia z ledwie 12 uplasowała się na szarym końcu finałowej stawki.

Skład

Po wielu godzinach treningów i sporej liczbie gier kontrolnych nadszedł wreszcie czas, żeby wyłonić ostateczny skład na turniej. Pedernera zdecydował, że do Chile zabierze 22 zawodników. Byli to:

NrImię i nazwiskoPozycjaData urodzeniaKlubMecze
1Efraín SánchezB26.02.1926Independiente Medellín3
2Achito VivasB01.03.1934Deportivo Pereira0
3Francisco Zuluaga (k)O04.02.1929Independiente Santa Fe1
4Aníbal AlzateO31.01.1933Deportes Tolima2
5Jaime GonzálezO01.04.1938América de Cali3
6Ignacio CalleO21.08.1931Atlético Nacional0
7Carlos AponteO24.01.1939Independiente Santa Fe0
8Héctor EcheverriO10.04.1938Independiente Medellín3
9Jaime SilvaP10.10.1935Independiente Santa Fe1
10Rolando SerranoP13.11.1938América de Cali2
11Óscar LópezO02.04.1939Once Caldas3
12Hernando TovarP17.09.1938Independiente Santa Fe0
13Germán AcerosN30.09.1938Deportivo Cali3
14Luis PazN23.05.1939América de Cali0
15Marcos CollP23.08.1935América de Cali3
16Ignacio PérezN19.12.1934Once Caldas0
17Marino KlingerN07.02.1936Millonarios3
18Eusebio EscobarN02.07.1936Deportivo Pereira0
19Delio GamboaN28.12.1936Millonarios1
20Antonio RadaN13.06.1937Deportivo Pereira2
21Héctor GonzálezN07.07.1937Independiente Santa Fe2
22Jairo AriasN02.11.1938Atlético Nacional1

Kilku przedstawicieli w kadrze miał klub Independiente Santa Fe, który w 1961 r. pokazał się z bardzo dobrej strony w Copa Libertadores. Dotarł wówczas do półfinału, gdzie musieli uznać wyższość brazylijskiego Palmeiras. Ważne role w zespole odgrywali też piłkarze występujący na co dzień w Cali i w Medellín. Pedernerze udało się stworzyć drużynę, w której każdy znał swoje miejsce i każdy, nawet jeśli był tylko rezerwowym, czuł się pełnoprawnym jej członkiem. Wszyscy też byli zawodnikami kolumbijskich klubów, a tylko dwójka z nich – Efraín Sánchez i Delio Gamboa posmakowała klubowego futbolu poza granicami kraju.

Podróż

Wreszcie nadszedł długo oczekiwany dzień wyjazdu. We wtorek 22 maja na ulice Bogoty wyszły tysiące kibiców, którzy chcieli pożegnać swoich bohaterów. Ustawili się oni wzdłuż trasy, jaką pokonywał reprezentacyjny autokar w drodze na lotnisko. Na samym lotnisku też zgromadziło się wielu fanów, którzy szczelnie wypełnili je narodowymi flagami i gorącymi okrzykami wsparcia dla piłkarzy.

Kilka minut przed startem odrzutowca  członkowie zespołu wyszli na platformę i pożegnali się z licznymi fanami, którzy przybyli na lotnisko, pozdrawiając ich słowami „Viva Columbia!”, co spotkało się z gromkim odzewem zgromadzonych – pisano 23 maja na łamach „El Tiempo”.

Podróż do Chile przebiegała w kilku etapach. Na pokładzie samolotu Douglas DC-3 linii lotniczych Pan American-Grace Airways oprócz zawodników i sztabu znalazło się też miejsce dla przedstawicieli związku i dwóch dziennikarzy. Jednym z nich był pracujący dla El Espectador Mike Forero Nougués, który już na miejscu w Chile pokłócił się z Adolfo Pedernerą, co wzbudziło zdegustowanie wśród innych członków delegacji. Według Acerosa poszło o to, że obaj panowie mieli inne spojrzenie na ustawienie drużyny.

Najpierw z Bogoty Kolumbijczycy polecieli do Limy, a stamtąd na południe Peru do położonego niedaleko granicy z Chile miasta Tacna. Tutaj przesiedli się do autokaru, którym przekroczyli granicę i który dowiózł ich na miejsce zawodów, czyli do miasta Arica.

Dojechaliśmy do El Morro, bardzo wygodnego hotelu z widokiem na morze, basenem i zapleczem treningowym. Chile ucierpiało dwa lata wcześniej w wyniku trzęsienia ziemi w Valdivii i stan infrastruktury stał pod znakiem zapytania. Obiekty okazały się być jednak w bardzo dobrym stanie – wspominał Germán Aceros.

Kolumbia vs. Urugwaj

Swój historyczny pierwszy mecz na mistrzostwach świata Kolumbijczycy rozegrali z reprezentacją Urugwaju. Spotkanie odbyło się 30 maja na Estadio Carlos Dittborn, gdzie na trybunach zasiadło niemal osiem tysięcy kibiców, a pierwszy gwizdek wybrzmiał o godzinie 15:00.

Węgierski arbiter Andor Dorogi niemal od samego początku miał sporo pracy, bo żadna ze stron nie zamierzała odpuszczać. Urugwajczycy byli wyraźnymi faworytami tego starcia i już na samym początku mogli wyjść na prowadzenie, ale w sytuacji sam na sam bardzo dobrze zachował się Efraín Sánchez.

Selekcjoner Urugwaju Juan Carlos Corazzo dążył do zwycięstwa za wszelką cenę. Jego podopieczni słynęli z twardej i nieustępliwej gry, czemu bardzo szybko dali wyraz. Niestety często przy tym przekraczali przepisy. Po jednej z takich interwencji pod własną bramką usłyszeli jednak gwizdek węgierskiego sędziego, który podyktował rzut karny za zagranie ręką.

Przed szansą zdobycia pierwszego historycznego gola dla Kolumbii w finałach mistrzostw świata stanął Francisco Zuluaga. Obok bramkarza był najbardziej doświadczonym zawodnikiem w zespole i wyprowadzał drużynę na boisko jako kapitan. Kiedy w 19. minucie stanął naprzeciw Roberto Sosy, oczy wszystkich na stadionie były zwrócone w jego stronę, a zgromadzeni przed radioodbiornikami kibice wstrzymali oddech. Zuluaga jednak udźwignął presję i myląc golkipera rywali, pewnym strzałem posłał piłkę do siatki.

Kolumbia wyszła nieoczekiwanie na prowadzenie i to ona miała przewagę w pierwszej połowie. Zawodnicy nie potrafili jej jednak przełożyć na kolejne gole, choć po jednej z akcji piłka trafiła w słupek bramki Urugwaju. Do przerwy wynik się nie zmienił. Coraz bardziej za to zaostrzała się gra. Twardo grający Urugwajczycy nie przejmowali się ewentualnymi urazami rywali, co miało mieć swoje konsekwencje po meczu.

Na drugą połowę Urusi wyszli bardzo zdeterminowani, chcąc jak najszybciej doprowadzić do wyrównania. Ich wysiłki przyniosły skutek już po dziesięciu minutach. Strzelcem wyrównującej bramki był Luis Cubilla, który najlepiej zachował się w podbramkowym zamieszaniu i z bliska umieścił piłkę w siatce. Nie zamierzali na tym poprzestać i konsekwentnie dążyli do wygranej. W tym dążeniu do wygranej sporo było jednak brutalności.

Po jednym ze starć w narożniku boiska urazu doznał Francisco Zuluaga. Po meczu okazało się, że ostre wejście rywala kosztowało go trzy złamane żebra. Inny bardzo ważny zawodnik drużyny Delio Gamboa też padł ofiarą twardej gry rywali, co w konsekwencji oznaczało dla niego koniec turnieju. W czasach gdy nie można było przeprowadzać zmian osłabieni Kolumbijczycy nie byli już w stanie przeciwstawić się naporowi Urugwaju.

Na kwadrans przed końcem José Sasía dał wreszcie urugwajskiej ekipie zwycięskiego gola, choć według piłkarzy z Kolumbii miał on być na pozycji spalonej. Protesty na nic się zdały. Sędzia uznał bramkę, a Urugwajczykom udało się skromne prowadzenie dowieźć do końca meczu.

Byliśmy dobrzy. Przegraliśmy z weteranami spośród zakwalifikowanych drużyn, którzy w drugiej połowie uzyskali przewagę – mówił po meczu Delio Gamboa.

Gamboa i Zuluaga resztę turnieju musieli oglądać w roli widza. Obaj byli jednymi z kluczowych graczy zespołu i ich brak w perspektywie pojedynku z ZSRR nie wróżył zbyt dobrze. Po spotkaniu Kolumbijczycy narzekali na zbyt twardą grę Urugwajczyków, ale Adolfo Pedernera przyczyn porażki szukał raczej w znikomym doświadczeniu swoich graczy.

Zapłaciliśmy frycowe za swój pierwszy występ na mundialu. Mamy dobrą drużynę, ale przegraliśmy przez zbyt dużą nerwowość i brak doświadczenia – oceniał na gorąco szkoleniowiec.

Wielka polityka w tle

Żal było straconej szansy choćby na jeden punkt, ale należało się już skupić na meczu z ZSRR. Starciem z Urugwajem Kolumbia pokazała jednak, że potrafi sobie radzić całkiem nieźle i przy odrobinie szczęścia mogła się pokusić o sporą niespodziankę. Krajowa prasa pisała, że Kolumbia nie była łatwą zdobyczą, a występami reprezentacji żył już niemal cały kraj. Porażka ujmy im nie przynosiła, ale przed pojedynkiem z mistrzami Europy trudno było o optymizm.

Pojedynek z ZSRR miał też wymiar polityczny. Początek lat 60. to czas największego zimnowojennego napięcia, które nie ominęło też Kolumbii. Kiedy w kwietniu 1948 r. w wyniku zamachu śmierć poniósł Jorge Eliécer Gaitán, który był kandydatem na prezydenta z ramienia Kolumbijskiej Partii Liberalnej, w wielu regionach kraju wybuchły zamieszki. Konserwatywny rząd prezydenta Laureano Gómeza rozpoczął przeciwko liberałom i komunistom represje, które zmieniły się w wojnę domową. Walki z różnym nasileniem trwały przez 10 lat. W wyniku konfliktu zginęło od 200 do 300 tys. ludzi, a ponad dwa miliony musiało opuścić swoje domy.

Przez parę lat krajem rządziła wojskowa junta, ale w 1957 r. reżim generała Gustavo Rojasa Pinilli został obalony. Po nim władza przeszła w ręce Frontu Narodowego, który stanowił koalicję pomiędzy liberałami a konserwatystami. Nowe władze przyczyniły się do stabilizacji politycznej kraju, ale jednocześnie ograniczyły demokrację. Ciągle jednak różne lewicowe kolektywy chłopskie działały na obszarach wiejskich, nie uznając rządu centralnego. Ten niespokojny czas przeszedł do historii kraju jako La Violencia.

Działania komunistycznych bojówek w Kolumbii budziły niepokój Stanów Zjednoczonych. To tam właśnie szukał wsparcia Front Narodowy, który chciał się stać głównym sojusznikiem USA i prezydenta Kennedy’ego w walce z komunistami w tej części świata. Po rewolucji kubańskiej Amerykanie nie chcieli pozwolić na podobne działania w innych krajach Ameryki Łacińskiej. W tym celu w 1962 r. wprowadzono w życie Plan Lazo. Jego celem w uproszczeniu było szkolenie personelu cywilnego i wojskowego do walki z komunistycznymi rebeliantami. Tak więc w przededniu starcia z ZSRR kolumbijskie władze przedstawiały komunistów jako największych wrogów narodu.

Radziecki walec

Mecz budził zatem wielkie zainteresowanie nie tylko ze względów sportowych. W Kolumbii ludzie gromadzili się na stadionach, żeby wspólnie słuchać transmisji radiowej i razem dzielić emocje. Nadziei na korzystny wynik dodawał im fakt, że przed mundialem piłkarze ZSRR rozegrali kilka meczów towarzyskich, ale nie imponowali w nich zbyt wysoką formą. W drodze na chilijski turniej odwiedzili też Kolumbię.

Rozegrali wtedy towarzyskie spotkanie z zespołem América de Cali. Pojedynek zakończył się bezbramkowym remisem. Wielu sympatyków drużyny narodowej miało wobec tego nadzieję, że skoro Sowieci nie byli w stanie poradzić sobie z zespołem klubowym, to tym trudniej będzie im pokonać reprezentację całego kraju. Okazało się jednak, że trener Gawriił Kaczalin powiedział wówczas swoim podopiecznym, żeby zbytnio się nie wysilali, chcąc w ten sposób ukryć swoje największe atuty przed startem mistrzostw. Dodatkowo, żeby wprowadzić jeszcze większy zamęt w szeregi rywala, pozmieniał zawodnikom numery na koszulkach.

Kolumbia po porażce w pierwszym meczu stanęła pod ścianą i żeby zachować szanse na awans, nie mogła przegrać. Wyjście z grupy ciągle pozostawało jednak w sferze marzeń i skupiano się raczej na tym, żeby godnie się zaprezentować i nie przynieść wstydu, a wynik schodził na dalszy plan. Kontuzjowanych Zuluagę i Gamboę zastąpili Aníbal Alzate i Antonio Rada. Zwłaszcza drugi z nich okaże się bardzo dobrym wyborem.

Sowieci w pierwszym swoim meczu na chilijskim turnieju pokonali 2:0 Jugosławię po golach Walentina Iwanowa i Wiktora Poniedielnika. Obaj panowie strzelą też gole Kolumbii. Zabiegi Kaczalina przyniosły wymierne skutki, bo w niedzielę 3 czerwca gracze ZSRR już na samym początku wypracowali sobie sporą przewagę. Strzelanie w 8. minucie po błędzie obrony rozpoczął uderzeniem sprzed pola karnego Iwanow. Dwie minuty później na listę strzelców wpisał się Igor Czislenko, który wykorzystując podanie Iwanowa, wpadł w pole karne, balansem ciała minął obrońcę i płaskim strzałem pokonał Sancheza. Kolumbijczycy nie zdążyli się jeszcze otrząsnąć, a chwilę potem na tablicy wyników było już 3:0 po drugim golu Iwanowa.

Wyglądaliśmy jak karaluchy w kurniku – wspominał Aceros.

Zapowiadało się na pogrom, a kolumbijscy kibice spodziewali się najgorszego. Przed meczem w prasie zapowiadano to spotkanie jako starcie Dawida z Goliatem, ale po pierwszych minutach wyglądało na to, że Dawid nie ma nic do powiedzenia. Nie trwało to jednak długo. W 20. minucie nieco nadziei w serca Kolumbijczyków wlał Germán Aceros, któremu w pamięci utkwiły słowa, jakimi motywował go Pedernera.

Powiedział mi: „Aceros, jesteś chudy, ale wygrywasz z nimi swoją szybkością”. Postępowałem więc zgodnie z instrukcjami – wspominał zawodnik.

Marcus Coll podał do Antonio Rady, który między obrońcami zagrał w pole karne, gdzie czekał już Aceros. Kolumbijczyk przyjął piłkę i bez zastanowienia uderzył na bramkę, trafiając w jej górny róg nad zaskoczonym Jaszynem. To było bardzo ważne trafienie, bo Kolumbijczycy uwierzyli, że można pokonać Jaszyna. Przed meczem nie mieli zbyt wielu informacji o rywalach, ale postać radzieckiego bramkarza kojarzyli doskonale. Jawił się im jako czarny pająk, który jest w stanie dosięgnąć każdej piłki. Okazało się jednak, że był tylko człowiekiem. Człowiekiem, któremu też przydarzają się błędy.

Marcus Coll i gol olimpijski

Wynik 3:1 utrzymał się do końca pierwszej połowy. W szatni po uwagach taktycznych Pedernera starał się natchnąć zespół do odrobienia strat. Mimo wielkiego zmęczenia swoich chłopaków zagrzewał ich do walki, przypominając im, że reprezentują cały kraj i wielu ludzi wierzy w ich umiejętności.

Miał też zebrać zespół wokół siebie i zapytać piłkarzy, czy potrafią śpiewać. Zawodnicy spojrzeli po sobie ze zdziwieniem i paru z nich odparło nieśmiało, że tak. Pedernera zapytał raz jeszcze, tym razem bardziej dobitnie i w końcu cała drużyna odpowiedziała twierdząco. Następnie argentyński szkoleniowiec zaintonował odśpiewanie narodowego hymnu Kolumbii. Natychmiast dołączył do niego cały zespół i na drugą połowę gracze wychodzili przepełnieni patriotyzmem i gotowi do walki o każdy metr boiska.

Gracze z ZSRR nie dopuszczali jednak innej możliwości niż wysoka wygrana w tym spotkaniu. Mimo że Kolumbijczycy wyszli na drugą połową niesamowicie zmotywowani, to w 56. minucie Efraín Sánchez, który pełnił w tym meczu funkcję kapitana, po raz czwarty tego dnia musiał wyciągać piłkę z siatki. Tym razem pokonał go Wiktor Poniedielnik. Wysokie prowadzenie 4:1 dla wielu oznaczało w praktyce rozstrzygnięcie losów spotkania. Ale ambitna Kolumbia nie zamierzała rezygnować i coraz częściej gościła pod bramką rywali.

W 68. minucie na wysokości pola karnego dwójkową akcję próbowali przeprowadzić Marcos Coll i Héctor González. Kiedy ten drugi próbował zwodem minąć rywala, Giwi Czocheli nie dał się zaskoczyć i wybił piłkę na rzut rożny. Germán Aceros wspominał, że zazwyczaj to on wykonywał ten stały fragment gry. Tym razem jednak Coll poprosił go, żeby samemu mógł spróbować szczęścia.

Pochodzący z Barranquilli pomocnik, który był synem byłego sędziego, ustawił piłkę w narożniku i niezbyt silnym uderzeniem posłał ją podkręconą w kierunku bliższego słupka. Widział, że Jaszyn szykuje się na zwykłe dośrodkowanie i postanowił go zaskoczyć. Przy słupku stał Czocheli, który nie spodziewając się takiego obrotu spraw, nie był w stanie skutecznie zainterweniować, a Jaszyn tylko odprowadził wzorkiem wpadającą do siatki futbolówkę. Oglądając powtórki trudno oprzeć się wrażeniu, że obrońca miał aż nadto czasu, żeby wybić zmierzającą do bramki piłkę. Nic dziwnego, że złapał się za głowę i uderzył ze złości ręką w murawę. Dostał też solidną burę od wściekłego Jaszyna, ale sam golkiper w tej sytuacji również się nie popisał.

Rozległ się ogromny ryk, ponieważ strzeliłem bramkę najlepszemu bramkarzowi na świecie. Dla mnie to była ogromna radość, że Bóg pozwolił mi strzelić tego olimpijskiego gola. Przez 50 lat żaden inny gracz tego nie powtórzył. To trafienie bez wątpienia uwieczniło moje nazwisko – wspominał strzelec gola po latach.

Bezpośrednie trafienie Colla z rzutu rożnego było pierwszym i jak dotąd jednym w historii piłkarskich mistrzostw świata. Określane jest mianem „gola olimpijskiego” na pamiątkę bramki Argentyńczyka Cesário Onzariego. W 1924 r. pokonał on w ten sposób w towarzyskim meczu bramkarza Urugwaju. Urugwajczycy parę miesięcy wcześniej zostali mistrzami olimpijskimi w Paryżu – stąd „olimpijski” w tym określeniu. Marcos Coll wielkiej międzynarodowej kariery nie zrobił i po powrocie z mundialu nadal grywał w krajowych rozgrywkach. Dzięki bramce strzelonej Jaszynowi zyskał jednak przydomek El Olimpico, który towarzyszył mu aż do emerytury.

Miejscowa publiczność, wśród której sporo było kibiców z Peru nie posiadała się z radości i zaczęła gorąco wspierać swoim dopingiem Kolumbijczyków. Coll swoim trafieniem wzbudził na tyle duże uznanie wśród kibiców, że w Peru pojawiły się nawet plotki, że jest naturalizowanym Argentyńczykiem.

Kolumbia odrabia straty

Niesieni dopingiem Kolumbijczycy ruszyli do odrabiania strat, a pod bramką Jaszyna robiło się coraz goręcej. Cztery minuty po trafieniu Colla Marino Klinger mimo asysty obrońcy zdołał się utrzymać przy piłce z boku pola karnego i odegrać futbolówkę do Héctora Gonzáleza. Ten wykorzystując nieporadność defensorów rywali, podał piłkę w kierunku Antonio Rady. Rada okazał się szybszy od Łeonida Ostrowskiego i bez przyjęcia uderzył na bramkę, zmuszając Jaszyna do kapitulacji po raz trzeci.

Na tym jednak nie koniec. Sowieci próbowali odpowiedzieć, ale nadziali się na kontrę Kolumbijczyków. Po błędzie Micheila Meschiego z piłką na połowę rywali ruszył rozgrywający bardzo dobry mecz Rada. Kiedy wydawało się, że akcja straciła tempo i niewiele z niej wyniknie, Rada zdołał posłać prostopadłe podanie w kierunku Klingera. Występujący na co dzień w Millonarios napastnik nic nie zrobił sobie z obrońców i wpadł w pole karne. Jaszyn wyszedł z bramki, próbując interweniować, ale pechowo mijając się z piłką, zdołał ją tylko lekko trącić. Naciskany Klinger poszedł za nią do końca i padając na murawę, skierował ją do siatki ku rozpaczy interweniujących obrońców.

W ciągu zaledwie dziewięciu minut radziecki bramkarz trzykrotnie musiał skapitulować. Kolumbia pokazała ogromną wolę walki i ambicję, czym zyskała sobie uznanie i sympatię w oczach publiki. ZSRR próbowało jeszcze coś zdziałać, ale na próżno. Wynik 4:4 utrzymał się do końca spotkania, choć mało brakowało, a Kolumbijczykom udałoby się strzelić piątą bramkę.

Gdy do końca gry pozostawała minuta, Coll trafił słupek. Mogło być 5:4. Nadal nie mogliśmy w to uwierzyć. Nie chodzi o to, że oni mieli większe umiejętności, ale byli też zespołem o mocniejszej mentalności, a nasza gra była dokuczliwa. Kiedy dotarliśmy do hotelu, to w ubraniach rzuciliśmy się do basenu. Pedernera zabronił nam potem świętowania, choć niektórzy w tajemnicy wypili kilka piw, żeby wznieść triumfalne toasty – opowiadał Aceros.

Remis jak zwycięstwo

Po ostatnim gwizdku rozradowani kibice, którzy w kraju nasłuchiwali wieści z Chile, wylegli na ulice i wypełnili je radosnymi śpiewami i tańcami. W Cali, Barranquilli, Medellín i Bogocie zorganizowano spontaniczne przemarsze miłośników futbolu, którzy pośród narodowych flag i dymu odpalanych rac świętowali uzyskanie tak korzystnego wyniku. Nazajutrz prasa prześcigała w komplementach pod adresem reprezentacji.

Największy wyczyn kolumbijskiego dokonał się dziś po południu. W końcu mogliśmy zobaczyć mecz z kategorii tych, które przynoszą radość na trybunach, a podrażniona kolumbijska drużyna potrafiła zwrócić się przeciwko wielkiej jakości bramkarza Jaszyna. Nasze zwycięstwo jest prawdziwym triumfem piłki nożnej nad brutalną siłą. I jest to zwycięstwo, ponieważ tak naprawdę występu, który przyniósł nam punkt, nie można sklasyfikować w żaden inny sposób – pisał na łamach „El Tiempo” specjalny wysłannik tej gazety na mistrzostwa Humberto Jaimes.

W podobnym tonie wypowiadał się po meczu Adolfo Pedernera. Dla niego remis z ZSRR też znaczył tyle, co wygrana.

To zwycięstwo klasycznego futbolu, futbolu całego naszego życia, futbolu dobrze rozgrywanego. Z ciągłymi podaniami, krótkimi i długimi, z utrzymaniem się przy piłce i z dryblingiem. To triumf futbolu, który dało nam Río de la Plata i musimy teraz zrobić wszystko, żeby zachować go przed próbami innowacji – mówił trener.

Swoje trzy grosze wtrącili też politycy. Po wyjeździe reprezentacji do Chile w kraju przeprowadzono wybory prezydenckie. Nowym prezydentem wybrany został Guillermo León Valencia. Kończący swoją kadencję Alberto Lleras Camargo wysłał do zawodników telegram, w którym napisał po prostu dobra robota, a nowo wybrany prezydent elekt uderzył w bardziej patetyczne tony.

To triumf demokracji nad totalitaryzmem. Mam nadzieję, że następnym razem wolność zatriumfuje nad niewolnictwem – mówił Valencia.

Rysownicy przedstawiali w ogólnokrajowych gazetach karykatury, w których sowiecki Goliat jest pokonywany przez kolumbijskiego Dawida. Umieszczony na koszulkach radzieckiej drużyny akronim CCCP tłumaczono z kolei jako Contra Colombia Casi Perdemos, czyli prawie przegraliśmy z Kolumbią.

Jugosławia nie pozostawia złudzeń

Ostatnim grupowym rywalem Kolumbii była Jugosławia. Gracze z Bałkanów w drugim swoim meczu pokonali 3:1 Urugwaj. W przeddzień starcia kolumbijsko-jugosłowiańskiego rozegrano spotkanie ZSRR z Urugwajem. Piłkarze radzieccy nie bez kłopotów pokonali 2:1 Urusów, zwycięską bramkę strzelając w samej końcówce. Wobec tego jasne stało się, że jeśli Kolumbijczycy marzą o wyjściu z grupy, to muszą ekipę z Europy pokonać.

Mecz z ZSRR kosztował ich jednak bardzo wiele sił, co było widać w starciu z Jugosłowianami. Lepiej wyszkoleni i bardziej doświadczeni rywale od początku przejęli inicjatywę. Pierwszym, któremu tego dnia udało się wyprowadzić w pole kolumbijską obronę był Milan Galić, który w 20. minucie dał swojej drużynie prowadzenie. Pięć minut później na 2:0 podwyższył Dražan Jerković i Jugosłowianie mogli nieco uspokoić grę.

Kolumbijczycy byli w stanie odpowiedzieć ledwie kilkoma atakami, ale kiedy już znaleźli się pod polem karnym przeciwników brakowało im i sił i pomysłu na wykończenie akcji. Do przerwy utrzymało się dwubramkowe prowadzenie Jugosławii.

Po zmianie stron ciągle przewaga była po stronie piłkarzy z Europy. Kontrolowali oni przebieg spotkania i nie pozwalali rywalom na zbyt wiele. Kolumbia starała się im przeszkadzać, ale sporo było w tym nieporadności. W bramce całkiem dobrze spisywał się Sanchez, który wygrał kilka powietrznych pojedynków, ale po kwadransie drugiej części gry musiał skapitulować po raz trzeci. Wtedy to strzałem głową z kilku metrów pokonał go Galić.

Trzybramkową stratę już raz udało się na tym turnieju Kolumbijczykom odrobić, ale nie tym razem. Co prawda swoje szanse mieli Rada, Aceros i Klinger, ale Milutin Šoškić w jugosłowiańskiej bramce nie dał się zaskoczyć żadnemu z nich. Im bliżej końca meczu, tym bardziej Kolumbijczycy opadali z sił, co skrzętnie wykorzystali rywale. W 82. minucie silnym strzałem sprzed pola karnego na 4:0 podwyższył Vojislav Melić, a na dwie minuty przed końcem wynik meczu na 5:0 ustalił Jerković.

Humberto Jaimes w swoim pomeczowym komentarzu twierdził, że tak wysokie zwycięstwo Jugosławii nie do końca oddaje przebieg gry.

Zespół zasłużył na przynajmniej jednego gola, o czym świadczy jego postawa przez całe 90 minut. Ale porażka nie powinna w żadnym wypadku być powodem do żarliwej krytyki, ponieważ jugosłowiańska drużyna to skład, który z pewnością zajdzie bardzo daleko w tym mundialu – oceniał dziennikarz.

Miał rację. Jugosławia dotarła aż do półfinału, gdzie musiała uznać wyższość Czechosłowacji z MasopustemPluskalem w składzie. W spotkaniu o trzecie miejsce z kolei minimalnie ulegli gospodarzom, którzy wcześniej w ćwierćfinale odprawili z kwitkiem reprezentację ZSRR.

Kolumbia swoją postawą wstydu jednak nie przyniosła. Cztery bramki strzelone drużynie mistrzów Europy musiały budzić uznanie, a Coll swoją bramką na zawsze już zapisał się w annałach. Zawodnicy wykonali pierwszy krok do ugruntowania swojej pozycji w światowym futbolu, ale na drugi przyszło kolumbijskim kibicom jeszcze trochę poczekać. Formę Kolumbijczyków doceniali też dziennikarze zagraniczni.

Kolumbia wyjedzie do Bogoty pokonana, ale nie zhańbiona – mówił Buck Canel, który był specjalnym wysłannikiem agencji AFP na turnieju.

Powrót do kraju

Jego zdanie podzielali też kibice w kraju. Wysoka porażka w ostatnim meczu nie miała większego wpływu na ich nastroje. Piłkarze po powrocie do kraju byli witani, jak bohaterowie.

Przybycie do Kolumbii było imponujące. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem, kiedy wysiadłem z samolotu, był mój tata, który przyjechał samochodem z Bucaramanga do Bogoty. Był owinięty w kolumbijską flagę, skacząc i krzycząc razem z milionem ludzi. Umieścili naszą drużynę w wozie strażackim na Avenida Caracas. Nikt nie mógł w to uwierzyć. W hotelu Intercontinental zaproszono nas na grilla i tam wypiliśmy też kilka drinków. Następnego dnia zabrano nas do Casa de Nariño i tam udekorowano – opowiadał o przyjęciu po powrocie Gérman Aceros.

Przywitanie drużyny po powrocie do kraju

Niestety po chilijskim turnieju reprezentacja Kolumbii znowu usunęła się w cień nie tylko światowego, ale i południowoamerykańskiego futbolu. Na mistrzostwach kontynentu, które w 1963 r. rozegrano w Boliwii zajęli ostatnie miejsce w stawce siedmiu ekip. W sześciu meczach strzelili co prawda 10 bramek, ale marne to pocieszenie, jeśli stracili aż 19 i zanotowali tylko jeden remis z Peru, a resztę spotkań przegrali. Fiaskiem kończyły się też kolejne próby zakwalifikowania się na mistrzostwa świata.

Dopiero w 1975 r. pojawiło się światełko w tunelu. Prowadzona wówczas przez Efraína Sáncheza reprezentacja dotarła do finałów Copa América. Spotkali się tam ze swoimi starymi znajomymi z Peru i do wyłonienia zwycięzcy potrzebne były trzy spotkania. Lepsi ostatecznie okazali się Peruwiańczycy, którzy mogli poszczycić się takimi zawodnikami w składzie jak Héctor Chumpitaz, Teófilo Cubillas czy Hugo Sotil. Kolumbia na swoje złote pokolenie musiała jeszcze nieco poczekać, ale René Higuita, Carlos Valderrama, Arnoldo Iguarán czy Freddy Rincón swoją grą z nawiązką to oczekiwanie wynagrodzili.

BARTOSZ DWERNICKI

Źródła

Przy pisaniu posiłkowałem się następującymi publikacjami:

Autor: Bartosz Dwernicki

Pierwsze piłkarskie wspomnienia to dla niego triumf Borussii Dortmund w Lidze Mistrzów i mecze francuskiego mundialu w 1998 r. Później przyszła fascynacja Raúlem i madryckim Realem. Z biegiem lat coraz bardziej jednak kibicuje konkretnym graczom niż klubom. Wielbiciel futbolu latynoskiego i afrykańskiego, gdzie szuka pozostałości futbolowego romantyzmu. Ciekawych historii poszukuje też w futbolu za żelazną kurtyną. Lubi podróże i górskie wędrówki.

Zobacz wszystkie wpisy autorstwa: Bartosz Dwernicki.