Svatopluk Pluskal – czeski rygiel

Czas czytania: 19 m.

W latach sześćdziesiątych czechosłowacki futbol stał na bardzo wysokim poziomie. W 1962 r. nasi południowi sąsiedzi dotarli do finału mistrzostw świata, a czeskie kluby na czele z praską Duklą były liczącą się siłą w Europie. Bardzo ważnym elementem obu ekip był Svatopluk Pluskal. Ten twardo grający zawodnik stanowił na boisku zaporę niemal nie do przejścia i jako jeden z pierwszych stosował grę wślizgami. Poza murawą zmieniał się w sympatycznego, skorego do żartów człowieka, który zawsze dbał o dobrą atmosferę w zespole.

Położona na wschodnich Morawach miejscowość Zlín na początku XX w. była małym, zapyziałym miasteczkiem, o którym Czesi mówili, że tam kończy się chleb, a zaczyna kamień. Jednak to właśnie w Zlínie przedsiębiorczy Tomáš Baťa postanowił otworzyć fabrykę obuwia, która wkrótce odmieniła oblicze miasteczka. Dzięki zamówieniom dla wojska i wizjonerskiemu spojrzeniu na biznes firma szybko stała się ważnym graczem nie tylko na krajowym, ale i na europejskim rynku.

Baťa zainstalował taśmy produkcyjne, zbudował lotnisko, otwierał szkoły i wprowadził pięciodniowy tydzień pracy z wolnymi sobotami. Pracownicy mieli pracować od siódmej do siedemnastej, ale w południe przysługiwała im dwugodzinna przerwa. Do dyspozycji mieli również największe w Europie Środkowej kino z dwoma tysiącami miejsc. Liczba ludności Zlína wzrosła od niespełna trzech tysięcy u progu XX stulecia do ponad 20 tysięcy w roku 1930.

Dbał również o rozwój sportu. Kiedy piłkarze z miejscowego klubu SK Zlín po zakończeniu I wojny światowej mieli problem ze znalezieniem miejsca do gry, o pomoc zwrócili się do Baťy. Przedsiębiorca udostępnił im położoną w pobliżu jego fabryki i linii kolejowej łąkę, którą wkrótce zamieniono na boisko z prawdziwego zdarzenia. W 1924 r. klub został członkiem krajowego związku i za namową przyrodniego brata Tomáša – Jana Antonína – przeszedł pod opiekę fabryki i został przemianowany na SK Baťa Zlín.

Dołącz do naszej grupy na Facebooku

Polub nasz profil na Facebooku

Korzenie

W takim właśnie otoczeniu we wtorek 28 października 1930 r. przyszedł na świat Svatopluk Pluskal. Jego ojciec Alois nie pracował jak większość mieszkańców w fabryce obuwia. Zajmował się krawiectwem i miał własny warsztat. Mieszkali na Cigánovie – biednym osiedlu nad brzegami Dřevnicy, nad którym górowało wzgórze, będące w przeszłości miejscem straceń. Ojciec pochłonięty pracą nie do końca zdawał sobie sprawę z pasji, jaka ogarniała dwójkę jego synów. Nie był też do końca zadowolony, że tuż obok wnosiło się ogrodzenie boiska klubu Letná Zlín.

Svatopluk i jego brat Jaroslav spędzali sporo czasu na obserwowaniu, jak grają starsi i marzyli, żeby samemu móc biegać za piłką. Wybitny czeski prozaik Ota Pavel pisze w swojej książce Dukla mezi mrakodrapy, że dla obu braci świat za ogrodzeniem miał zapach trawy i gorzkich mleczów. Często pomagali w usuwaniu tych kwiatków z murawy i w nagrodę za to zarządca obiektu nazwiskiem Talaša pożyczał im na trochę piłkę, żeby mogli pograć.

REKLAMA 2
Svatopluk Pluskal – czeski rygiel 7

Gra prawdziwą piłką była jednak dla nich rzadkością, więc postanowili, że założą młodzieżowy zespół Letnej. Na pierwszy mecz Talaša wręczył im jaskrawoczerwone koszulki, które zabrali do łóżek i z którymi spali całą noc. Ojciec początkowo uważał grę w piłkę na marnotrawstwo czasu, a chłopcy przywykli do zadawanych co wieczór pytań, gdzie tak długo byli i gdzie tak zniszczyli buty.

Widział jednak, z jak wielkim sercem podchodzą do gry i zrozumiał, jak wiele futbol dla nich znaczy. Odwiedzający go klienci często chwalili jego synów i Alois w końcu zdecydował się wybrać na boisko i zobaczyć swoich chłopców w akcji. Na jednym razie się nie skończyło i od tej pory regularnie obserwował grę Svaty i Jaroslava. Kierownictwo zespołu postanowiło nawet, że u podnóża wielkiej wierzby postawią dla pana Alosia ławeczkę, co na swój sposób było wyrazem szacunku dla umiejętności jego synów.

Zmiana

Ota Pavel pisze, że Svatopluk nie był może aż tak uzdolniony, jak jego brat, ale braki nadrabiał pracą. Nawet podczas przechadzek nad brzegami Dřevnicy podskakiwał do gałęzi i starał się głową sięgnąć do liści. To właśnie dobra gra w powietrzu stała się jednym z pierwszych jego znaków rozpoznawczych i obrońcy coraz baczniej zwracali na niego uwagę przy stałych fragmentach gry. Po zakończeniu II wojny światowej mógł w pełni skupić się na piłce i wkrótce zwrócił na siebie uwagę klubu SK Baťa Zlín. Lokalny potentat chciał podobno w pierwszej kolejności ściągnąć do siebie brata Svaty, ale niestety Jaroslav doznał urazu kręgosłupa w wyniku wypadku samochodowego i musiał przez jakiś czas zapomnieć o futbolu.

Od kiedy opiekę nad klubem roztoczyła firma Baťa, znacząco się on rozwinął. Pojawiało się coraz więcej klasowych zawodników i częstsze stały się kontakty międzynarodowe. O rosnącej klasie morawskiej ekipy dobrze świadczy fakt, że w towarzyskim meczu w Poznaniu pokonała ówczesnego mistrza Polski – Wartę. W 1937 r. w klubie utworzona została pierwsza w pełni profesjonalna drużyna. Po roku wywalczyła awans do pierwszej ligi z imponującym bilansem w swojej grupie (25 zwycięstw i jeden remis w 26 meczach). W najwyższej klasie rozgrywkowej swój premierowy sezon zakończyli na dobrym, piątym miejscu. W czasach Protektoratu Czech i Moraw dwukrotnie zajmowali w krajowych rozgrywkach trzecie miejsce (1942/43 i 1943/44).

Po wojnie zespół nadal utrzymywał dobrą formę. Podczas trzech wyjazdów na tournée do Francji wygrali piętnaście z szesnastu meczów. W pokonanym polu zostawili m.in. Olympique Marsylia, a gazeta Le Courier pisała po spotkaniu o spektakularnym pokazie piłki nożnej zespołu Baty. Podczas wizyty we Francji za granicą zdecydował się pozostać jeden z czołowych zawodników Josef Humpál. W zespole nie brakowało jednak innych klasowych graczy. O obliczu tamtej ekipy decydowali znakomity strzelec Vladimír Hönig, środkowy pomocnik Rudolf Bartonec, skrzydłowy Josef Janík i obrońca Stanislav Kocourek. Wszyscy oni zaliczyli też występy w drużynie narodowej. Sezon 1946/47 zakończyli tuż nad strefą spadkową. W ostatniej kolejce grali z SK Kladno i wygrali 2:0, dzięki czemu się utrzymali. Wkrótce jednak wyszło na jaw, że spotkanie było ustawione i oba kluby zostały zdegradowane.

Pluskal, kiedy dołączył do zespołu, miał ledwie 17 lat. Doskonale zdawał sobie sprawę, że niczego za darmo nie dostanie i pozycję w drużynie będzie musiał sobie sam wywalczyć ciężką pracą. Początki nie były jednak łatwe. Josef Hlobil, kiedy zobaczył młokosa na pierwszym treningu, stwierdził, że chodzi po boisku, jak bocian po oborniku. Svata jednak się nie poddawał i przez cały czas uczciwie pracował. Po zajęciach, kiedy inni zawodnicy udawali się już do domu, Pluskal zostawał i aplikował sobie dodatkowe porcje treningów. Potrafił pokonywać od dziesięciu do piętnastu okrążeni wokół stadionu, asystując tym samym średniodystansowym biegaczom. Wkrótce miał zacząć zbierać owoce swojej pracy.

W lutym 1948 r. doszło w Czechosłowacji do zamachu stanu. W konsekwencji pełnia władzy znalazła się w rękach komunistów na czele z Klementem Gottwaldem. Zmiany, jakie wprowadzali, dotyczyły nie tylko życia społecznego i politycznego, ale także sportu. Podobnie jak w Polsce pojawił się pomysł zrzeszeń sportowych, a zmiany nazw klubów stały się czymś powszednim. Nazwę klubu Pluskala z SK Baťa Zlín zmieniono na ZK Botostroj I. Zlín. 1 stycznia 1949 r. przemianowano z kolei miasto Zlín na Gottwaldov, żeby uhonorować w ten sposób sekretarza generalnego partii komunistycznej. Fabryka obuwia też zmieniła nazwę – z Baťa na Svit, a klub nazywał się już ZSJ Sokol Svit Gottwaldov.

Awans

Rok później z nazwy zniknął Sokol i jako ZSJ Svit Gottwaldov Pluskal wraz z kolegami wywalczyli awans do pierwszej ligi. W tabeli zajęli drugie miejsce za ZSJ Trojice Ostrava. Być może awansować udałoby się im szybciej, ale na przeszkodzie stawały ciągłe poszukiwania optymalnego formatu rozgrywek zaplecza ekstraklasy. Praktycznie co roku wyglądały one inaczej. Drużyna Pluskala zawsze była jednak w czołówce – zarówno wtedy, kiedy rozgrywki toczono w kilku regionalnych grupach, jak i wtedy, kiedy II liga była ogólnokrajowa (jak w roku 1950, kiedy awansowali).

W czasie, kiedy rywalizowali w grupach regionalnych, to jednym z ich głównych rywali do awansu, był zespół Vítkovické železárny, który swe mecze rozgrywał w Ostrawie. W skład tej ekipy wchodzili tacy piłkarze jak Josef Bican czy dobrze u nas później znany Jaroslav Vejvoda. W latach 1948 i 1949 Pluskal z kolegami dwukrotnie musieli uznać ich wyższość na finiszu rozgrywek. Sam Svata jednak w starciach z renomowanymi rywalami pokazał się z bardzo dobrej strony. Vejvoda, który później był jego trenerem w Dukli, tak zapamiętał pierwsze spotkanie z nim:

Poznałem go jeszcze jako zawodnik, w Vítkovicach. Tam Svata rozegrał swój pierwszy ligowy mecz dla Gottwaldova w drugiej lidze. Prowadziliśmy po bramce Bicana, a sędzia odgwizdał przeciw nam jedenastkę. Wśród rywali panowała spora nerwowość i nikt nie kwapił się do wzięcia odpowiedzialności. Nawet tak doświadczeni gracze jak Křižák, Sršeň, Majer czy Hlobil. Nagle zobaczyłem, jak chwytają za koszulkę najmłodszego zawodnika, takiego żylastego, chudego blondyna i ciągną go za rękę w pole karne. Wtedy usłyszałem jak mówią do niego: „Ananasku, jak nie trafisz, to rozbijemy ci dziób”. Svata wziął rozbieg, nasz bramkarz Petruška rzucił się w kierunku słupka, a piłka wylądowała w siatce na środku bramki – opowiadał po latach Jaroslav Vejvoda.

Sam Pluskal zapytany po latach o tę sytuację odpowiedział z przymrużeniem oka, że tak naprawdę chciał posłać piłkę przy słupku. Bramkarz zauważył to w jego ruchu i rzucił się w dobrą stronę, ale Pluskal nieczysto trafił w futbolówkę i ta poleciała w środek bramki. Sam Vejvoda z kolei mówił, że takie żartobliwe umniejszanie swoich dokonań i zasług było typowe dla Pluskala.

REKLAMA 2
Svatopluk Pluskal – czeski rygiel 8

Svit Gottwaldov długo w pierwszej lidze nie zabawił. W dość wyrównanej stawce czternastu zespołów zajęli dwunaste miejsce, co oznaczało spadek. Do utrzymania zabrakło im dwóch punktów. Grali jednak bez kompleksów i nie bali się ofensywnego futbolu, o czym świadczy fakt, że tylko jeden zespół strzelił więcej bramek niż oni. Gottwaldov po roku wróci do elity, ale już bez Svaty w składzie. W swoim debiutanckim sezonie na najwyższym szczeblu Pluskal był podstawowym zawodnikiem zespołu i wystąpił w 23 meczach, strzelając jedną bramkę. Pokazał się jednak z tak dobrej strony, że postanowił po niego sięgnąć praski ATK. Ten wojskowy klub w 1953 r. zostanie przemianowany na ÚDA, a trzy lata później na AS Dukla. Nazwa pochodziła od Przełęczy Dukielskiej na Słowacji, gdzie armia czechosłowacka pod koniec II wojny światowej toczyła wyjątkowo krwawe boje z Niemcami.

Duet

To w Pradze Pluskal stworzył znakomity duet z Josefem Masopustem. Nie był może tak błyskotliwy, jak on i nie imponował takim wyszkoleniem technicznym, ale w dużej mierze dzięki Pluskalowi, który zabezpieczał tyły, Masopust mógł grać tak odważnie. Panowie poznali się jeszcze zanim trafili do Pragi. Pluskal grał wówczas w Zlínie, a Masopust był zawodnikiem Vodotechny Teplice. Obaj otrzymali powołania na zgrupowanie młodzieżowej reprezentacji.

Byłem jeszcze wtedy w Teplicach, a on był w Zlínie. Spotkaliśmy się na zgrupowaniu narodowej drużyny „lwiątek” (jak nazywano reprezentację juniorów – przyp. aut.) w Klánovicach. Przywiózł ze sobą torbę z bułkami od mamy. Ostatecznie nie zagraliśmy, ale zjedliśmy wszystkie bułeczki i wróciliśmy do domu. Od tamtej pory jesteśmy przyjaciółmi – wspominał pierwsze spotkanie z Pluskalem Josef Masopust.

Wspólne początki w Pradze nie należały jednak do najlepszych. Swój pierwszy sezon w stolicy Pluskal i Masopust zakończyli dopiero na ósmym miejscu w tabeli. Udało im się jednak zdobyć krajowy puchar po wygranej 4:3 nad Sokolem Hradec Králové, choć trzeba zaznaczyć, że nie wszystkie kluby brały udział w tych rozgrywkach.

Początek lat 50. to jednak czas, kiedy w Pradze zaczyna powstawać naprawdę klasowa ekipa. Do wojskowego klubu ściągano najzdolniejszych piłkarzy ze Sparty czy Slavii. Zatrudniano cenionych szkoleniowców i nie szczędzono pieniędzy na sprzęt i boiska. Działacze postawili sobie za cel stworzenie drużyny, która zawojuje Europę i świat.

Najpierw jednak trzeba było zawojować Czechosłowację. Pierwszy sukces na krajowym podwórku prażanie odnieśli już w 1953 r. W sezonie, na którego wyniki składała się tylko jedna runda spotkań, ÚDA zajęła pierwsze miejsce i Pluskal z Masopustem mogli cieszyć się ze swojego pierwszego mistrzostwa. Obaj bardzo szybko wypracowali na boisku nić porozumienia. Na pamięć potrafili odczytywać wzajemne intencje i rozumieli się niemal bez słów. W systemie 4-2-4 stanowili prawdziwy kręgosłup drużyny.

Święta trójca

Trzecim znakomitym zawodnikiem, który zasilił szeregi praskiej ekipy w tym samym czasie, co Pluskal i Masopust był obrońca Ladislav Novák. Swoją grą bardzo szybko zdobyli serca kibiców, którzy zaczęli ich nazywać świętą trójcą. Do zdobytego w 1953 r. mistrzostwa dołożyli kolejne w 1956 r. już jako Dukla. Sukces powtórzyli też w sezonie 1957/58, który był przejściowym, wydłużonym ze względu na zmianę systemu rozgrywek na jesień-wiosna.

Mistrzowski tytuł zdobyty w 1956 r. otworzył Dukli możliwość występu w Pucharze Europy. Pierwszy raz czechosłowacki klub wziął udział w rozgrywkach w trakcie drugiej edycji i był to Slovan Bratysława. Teraz wielki europejski futbol miał zawitać do Pragi. Do rywalizacji Dukla przystąpiła od pierwszej rundy. Los nie był dla nich szczególnie łaskawy, bo trafili na będący wówczas w bardzo dobrej formie Manchester United.

Prowadzona przez Matta Busby’ego ekipa, w której ważne role odgrywali młodzi, utalentowani zawodnicy grała bez kompleksów. Piłkarze Dukli mieli dotąd raczej ograniczony kontakt z brytyjskim futbolem. Na Old Trafford w Manchesterze nie byli w stanie upilnować będącego w świetnej formie Duncana Edwardsa i przegrali 0:3. Rewanż wydawał się formalnością, ale czeska ekipa odrobiła lekcje. W Pradze zagrali dużo uważniej w defensywie, nie spuszczali oka z Edwardsa i mieli przewagę w posiadaniu piłki. Ta przełożyła się jednak tylko na jedną bramkę, a to było za mało, żeby myśleć o awansie.

Reprezentacja

Dobre występy w klubie nie mogły pozostać niezauważone przez sztab reprezentacji. Pluskal pierwszy raz w narodowych barwach zagrał 11 maja 1952 r. w przegranym 1:3 meczu z Rumunią, a swój debiut uświetnił bramką. Jak się później okazało, było to jego pierwsze i jedyne trafienie dla reprezentacji. Kilka miesięcy po nim swój reprezentacyjny debiut zliczył też Novák. Masopust na swoją kolej musiał jeszcze poczekać dwa lata.

Pluskal i Novák znaleźli się w kadrze na mistrzostwa świata w 1954 r. Lepsze wejście do reprezentacji miał Novák, który zdołał uzbierać jedenaście występów, a na turnieju pełnił funkcję kapitana. Pluskal miał na koncie ledwie trzy mecze w narodowych barwach. Czechosłowacja nie jechała na mistrzostwa jako faworyt. Ich futbol ciągle był na etapie budowania i do Szwajcarii jechali głównie po naukę.

W grupie ich rywalami były Szkocja, Austria i mistrz świata Urugwaj. Po porażce z Urusami 0:2 w pierwszym meczu musieli pokonać Austrię, żeby myśleć o awansie. Pluskal, który nie grał w pierwszym meczu, miał zagrać jako obrońca. Obok niego linię defensywną tworzył Novák i inny kolega z klubu František Šafránek. Żaden z nich nie może jednak miło wspominać tego meczu. Pierwszą bramkę stracili już w 3. minucie po trafieniu Stojaspala, a ledwie minutę później Probst podwyższył na 2:0. Dwadzieścia minut później było już 4:0 po kolejnych dwóch golach Probsta, wynik w 65. minucie ustalił Stojaspal. Tak wysoka porażka pokazała Czechom i Słowakom, że jeszcze sporo im brakuje do europejskiej i światowej czołówki. Zdobyte doświadczenie miało jednak zaprocentować w przyszłości.

Cztery lata później w Szwecji w grupie znowu trafili na mistrzów świata – RFN. Oprócz Niemców rywalami Czechosłowacji były Irlandia Północna i wracająca na mistrzostwa po długiej nieobecności Argentyna. Reprezentację prowadził Karel Kolský. Ten sam szkoleniowiec był też wtedy trenerem Dukli. Pluskal, Masopust i Novák byli już wówczas pełnoprawnymi reprezentantami i odgrywali główne role w drużynie. Bogatsi o pucharowe doświadczenia jechali do Szwecji z nadziejami na dobry wynik. Tym bardziej że w sierpniu 1956 r. potrafili ograć na Maracanie Brazylijczyków, co wcześniej nie udało się żadnemu z europejskich zespołów.

Mecz otwarcia na szwedzkiej imprezie znów im jednak nie wyszedł. Przegrali 0:1 z Irlandczykami i mocno skomplikowali sobie sytuację w grupie. W drugiej kolejce ich przeciwnikiem był zespół RFN. W starciu z mistrzami świata nie byli faworytami. Przed meczem atmosfera w drużynie była dość napięta, bo każdy zdawał sobie sprawę, że kolejna porażka przekreśli ich szanse na dobry wynik w turnieju. Dodatkowo napięcie podnosił fakt, że przed rozpoczęciem pojedynku piłkarze mieli zostać przedstawieni królowi Gustawowi Adolfowi VI. Ta ceremonia miała dość sztywną i mocno oficjalną oprawę, ale podniosły nastrój szybko się ulotnił, kiedy król podszedł do Pluskala.

Guten Tag, Herr König! – rzekł z rozbrajającą szczerością Pluskal do monarchy.

To był właśnie cały Pluskal – jednym żartobliwym stwierdzeniem potrafił rozładować napiętą atmosferę w zespole. W życiu codziennym nie zawsze mu się układało, ale do drużyny za każdym razem wnosił dużo radości i potrafił odpowiednio zmotywować kolegów. Z Niemcami zagrali dość spokojnie i nad wyraz skutecznie. Do przerwy po bramkach Dvořáka z karnego i Zikána prowadzili 2:0. Jednak piłkarze RFN nie po raz pierwszy pokazali, że zawsze grają do końca i w drugiej połowie odrobili straty. Wynik 2:2 sprawiał, że Czechosłowacy ciągle zachowali szanse na wyjście z grupy. W ostatnim meczu bez Pluskala w składzie rozbili aż 6:1 Argentynę i razem z Irlandczykami mieli na koncie po trzy punkty. W myśl ówcześnie obowiązującego regulaminu konieczne stało się rozegranie dodatkowego meczu. Po 90 minutach był remis 1:1, ale gol McParlanda w 99. minucie dał wygraną Irlandczykom. Czechosłowacja na swoją szansę musiała jeszcze poczekać, ale już niedługo.

Ameryka

Koniec lat sześćdziesiątych to czas, kiedy w Pradze była już drużyna, którą można się było pochwalić za granicą. Kluby, które pozostawały pod opieką państwa, a zwłaszcza kluby wojskowe, jakim była Dukla, mogły za pośrednictwem swoich działaczy załatwić naprawdę wiele. Kierownictwo praskiego klubu skrzętnie z tego korzystało. Niczym niezwykłym nie były już zimowe zgrupowania na jugosłowiańskim wybrzeżu Adriatyku. Zdawano sobie również sprawę, że żeby podnosić swoje umiejętności, konieczny jest jak najczęstszy kontakt z zespołami zagranicznymi.

Rozgrywane w europejskich pucharach mecze nie były jedynym kontaktem Dukli z drużynami z innych państw. W celu znalezienia odpowiednich partnerów chętniej zaczęto spoglądać za ocean. Pod koniec grudnia 1958 r. Dukla wybrała się na małe tournée do Ameryki. Najpierw wzięła udział w Torneo Cuadrangular w San José w Kostaryce. Nie zaprezentowali się tu najlepiej, wygrywając tylko jeden mecz z Alajuelense i przegrywając dwa (z Saprissą i Bangu z Brazylii). Nieco lepiej poszło czechosłowackiej ekipie na turnieju w Meksyku. W stawce pięciu ekip – América, Guadalajara, León i brazylijski Santos – zajęli drugie miejsce. Mocno we znaki dawały im się miejscowe upały, ale w każdym meczu dawali z siebie wszystko. Ostatnie spotkanie rozgrywali z Santosem z ciągle jeszcze młodziutkim Pelé w składzie. Po pierwszej połowie przegrywali już 0:2. Po przerwie jednak rzucili się do odrabiania start i wygrali 4:3.

Pluskal podczas tournée się rozchorował i nie zagrał w meczu z Santosem, ale to jak ważnym jest zawodnikiem w drużynie, pokazał podczas innej wizyty na kontynencie amerykańskim. W 1960 r. William D. Cox wcielił w życie pomysł utworzenia w Stanach Zjednoczonych Interligi, w której rywalizowałyby czołowe europejskie kluby, co miało przełożyć się na wzrost zainteresowania piłką nożna w USA.

REKLAMA 2
Svatopluk Pluskal – czeski rygiel 9

W 1961 r. do udziału w drugiej edycji zaproszono Duklę. Rozgrywki toczyły się w dwóch ośmiozespołowych grupach, których zwycięzcy spotkać się mieli w finale. Prażanie w siedmiu meczach strzelili aż 36 bramek, tracąc tylko sześć. Pewnie wygrali swoją grupę, a w pokonanym polu zostawili takie ekipy jak AS Monaco, Crvena Zvezda, Español czy wiedeński Rapid. W finałowym dwumeczu ich przeciwnikiem był Everton. Zespół z Czechosłowacji nie pozostawił nikomu złudzeń. Wygrali 7:2 i 2:0 i w pełni zasłużenie mogli cieszyć się z sukcesu.

Rok później nieco zmieniła się formuła rozgrywek. Znów były dwie grupy i znów ich zwycięzcy mierzyli się ze sobą w dwumeczu. Wygrany zostawał mistrzem Interligi i w kolejnym dwumeczu ze zwycięzcą sprzed roku grał o Puchar Ameryki. To właśnie w tej fazie do rywalizacji przystępowała praska Dukla. Ich przeciwnikiem miała być brazylijska drużyna América ze stanu Rio de Janeiro.

Pierwszy mecz zakończył się remisem 1:1, a drugi też nie zapowiadał się na łatwą przeprawę. Brazylijczycy postawili bardzo twarde warunki i prażanom ciężko było sforsować ich szyki obronne. Wtedy Pluskal przypomniał wszystkim, że znakomicie potrafi grać głową. Często, kiedy drużynie nie szło, ruszał do przodu i szukał swojej szansy po centrach kolegów. Tak też było w tym meczu. Pluskal wziął długi rozbieg i wyskoczył do dośrodkowania. Uderzył piłkę głową na linii pola karnego i nie dał szans bramkarzowi rywali. Dukla wygrała drugi mecz 2:1, a gol Pluskala na długo zapadł kibicom w pamięć.

Czesi posiadali wreszcie drużynę, z której mogli być dumni. Dukla była na ustach wszystkich, a duża część piłkarskiego świata z zazdrością i podziwem spoglądała na praską ekipę. Władze chciały wykorzystać sukces z 1961 r. W tym celu razem z piłkarzami wysłali do Ameryki wspomnianego już wyżej Otę Pavla, który miał napisać książkę o drużynie. Przez cały czas towarzyszył ekipie i bez końca zadawał piłkarzom pytania, ale, co ważne, potrafił też słuchać z nieustającym zaangażowaniem.

Przeżyłem z nimi sławę i owacje, przeżyłem szał kibiców, którzy wygrażali im pięściami i pluli na szyby autokaru. W nowojorskim Central Parku biegałem z nimi w strasznym amerykańskim upale, dusiłem się i spływałem potem, krótko mówiąc, harowałem jak dziki osioł – wspominał Pavel.

Efektem jego pracy jest znakomita książka Dukla mezi mrakodrapy (w wolnym tłumaczeniu Z Duklą wśród drapaczy chmur). Pavel opisuje w niej pobyt zespołu w Ameryce, rozgrywane przez nich mecze i przybliża sylwetki zawodników. Historię tę opowiada naprawdę pięknie, niektórzy mówią, że wręcz baśniowo i wielka szkoda, że książka nie doczekała się jeszcze polskiego wydania.

Do Ameryki wracali jeszcze trzykrotnie. W 1963 r. wygrali z West Hamem, który wcześniej okazał się lepszy od Górnika Zabrze. Rok później w wielkim finale pokonali sosnowieckie Zagłębie i dopiero w 1965 r. musieli uznać wyższość Polonii Bytom z Edwardem Szymkowiakiem, Janem Liberdą i Zygmuntem Anczokiem w składzie.

Chile

Sukcesy na amerykańskiej ziemi cieszyły, ale prawdziwą weryfikacją umiejętności czechosłowackich piłkarzy miały być mistrzostwa świata w Chile w 1962 r. Nasi południowi sąsiedzi pierwszy sygnał, że ich futbol wchodzi na coraz wyższy poziom, wysłali już w 1960 r. Wtedy to w premierowym turnieju o mistrzostwo Europy zajęli trzecie miejsce. Pluskal zagrał co prawda tylko w dwóch spotkaniach eliminacyjnych, ale swoją małą cegiełkę do sukcesu dołożył.

O bilety do Chile Czechosłowacja walczyła ze Szkocją i Irlandią. U siebie nie dali szans rywalom, wygrywając odpowiednio 4:0 i 7:1. Na wyjeździe w Dublinie wygrali 3:1, ale w Glasgow grając bez Pluskala minimalnie przegrali 2:3. Wobec równej liczby punktów o awansie decydował wówczas trzeci mecz. W Brukseli do wyłonienia zwycięzcy potrzebna była dogrywka. Ostatecznie jednak Czechosłowacja wygrała 4:2 i mogła się szykować do wyjazdu na swój kolejny mistrzowski turniej.

Nastroje przed mistrzostwami nie były jednak najlepsze. Reprezentacja nie zachwycała swoją grą i pojawiały się nawet głosy, żeby zrezygnować z udziału w turnieju. Na szczęście tak się nie stało. Trener Rudolf Vytlačil postawił na mieszankę rutyny z młodością. Najbardziej doświadczonymi zawodnikami byli oczywiście kapitan Ladislav Novák, Josef Masopust i Svatopluk Pluskal. To oni byli niekwestionowanymi liderami zespołu i to na nich opierała się gra drużyny.

REKLAMA 2
Svatopluk Pluskal – czeski rygiel 10

W grupie trafili na Meksyk, Hiszpanię i po raz trzeci z rzędu na aktualnego mistrza świata, którym tym razem była Brazylia. Pierwszy mecz Czechosłowacja grała z Hiszpanami. Bój był wyrównany i długo utrzymał się bezbramkowy remis. Hiszpanie grali bez di Stéfano, ale w ataku nie brakowało wielkich graczy. Jednak ani Francisco Gento, ani Ferenc Puskás, ani Luis Suárez nie potrafili rozbić szyków obronnych rywali. W bramce Czechosłowacji świetnie spisywał się Viliam Schrojf, a obronę w ryzach trzymali Pluskal, Popluhár i Novák. Ostatecznie wygrali nasi południowi sąsiedzi, a autorem zwycięskiej bramki na dziesięć minut przed końcem był młody Jozef Štibrányi.

Drugie spotkanie Pluskal i spółka grali z Brazylią. Canarinhos również wygrali swój pierwszy mecz i obu ekipom w pierwszej kolejności zależało na tym, żeby nie przegrać. Pojedynek z aktualnym mistrzem świata to jednak zawsze duże wydarzenie. Nie dziwi więc fakt, że w czechosłowackiej szatni przed pierwszym gwizdkiem było spore napięcie. Wszyscy w milczeniu i w nerwach czekali na rozpoczęcie spotkania, ale Pluskal po raz kolejny pokazał, że potrafi zadbać o dobrą atmosferę w zespole.

Chłopcy! Ale ci Brazylijczycy muszą się nas bać! Spotkałem teraz Djalmę Santosa, a on ze strachu jest cały biały! – zawołał do kolegów, którzy momentalnie wybuchnęli śmiechem.

Spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem. Obie ekipy nie zrobiły sobie krzywdy, ale w dość przypadkowym starciu Pelé doznał urazu, który wykluczył go z gry do końca turnieju. Przed ostatnim grupowym meczem z Meksykiem Czechosłowacja była już pewna awansu. Trener mówił swoim podopiecznym, żeby nieco odpuścili, ale ci byli innego zdania. Już w 1. minucie wyszli na prowadzenie i myśleli, że mecz sam się wygra. Ambitni Meksykanie jednak wyrównali i potem wyszli na prowadzenie. Ostatecznie wygrali 3:1.

Dzięki temu Czechosłowacja w ćwierćfinale trafiła na Węgrów zamiast na Anglię. Po dość wyrównanym boju wygrali 1:0 po golu Scherera i po raz pierwszy od 1934 r. znaleźli się w sferze medalowej. W półfinałowym meczu z Jugosławią nie brakowało twardej gry i ostrych starć. Zresztą cały chilijski turniej zapisał się w historii jako jeden z bardziej brutalnych. W 48. minucie Czechosłowację na prowadzenie wyprowadził strzałem głową Kadraba, ale dwadzieścia minut później wyrównał Jerković. Czas płynął i coraz więcej kibiców zaczynało myśleć o dogrywce. Jednak na dziesięć minut przed końcem Scherer strzelił na 2:1, a w 84. minucie z rzutu karnego ustalił wynik na 3:1 i Czechosłowacja mogła szykować się na finał.

W wielkim finale spotkali się w wielką Brazylią. Przewaga była po stronie Canarinhos, ale nieoczekiwanie to nasi południowi sąsiedzi pierwsi strzelili bramkę. W 15. minucie trafił Masopust, ale radość nie trwała długo, bo już dwie minuty później było 1:1. Błąd Schrojfa wykorzystał Amarildo, który zastąpił w składzie Pelégo. W drugiej połowie Zito wyprowadził Brazylię na prowadzenie, a Vavá ustalił wynik meczu na 3:1. Brazylia była wtedy poza zasięgiem. Czechosłowacja pokazała się jednak z bardzo dobrej strony. Chwaleni byli przede wszystkim za grę w defensywie. Świetny turniej rozegrał bramkarz Schrojf i cała linia obrony z Pluskalem na czele.

Europa i Górnik

Spotkania Dukli z polskimi zespołami w Stanach Zjednoczonych nie były jednymi kontaktami naszych klubów z czeską ekipą. Kiedy na początku lat sześćdziesiątych Górnik Zabrze powoli pukał do bram piłkarskiej Europy, to właśnie Dukla stawała w progu i nie przepuszczała zabrzan dalej.

Pierwszy raz obie ekipy mogły się spotkać już w sezonie 1961/62. Górnik jednak dość pechowo przegrał rywalizację z Tottenhamem już w rundzie wstępnej. Anglicy dotarli do ćwierćfinału, gdzie ich rywalem była właśnie Dukla. Czesi po drodze odprawili CSKA Sofia i Servette FC. Jednak w zderzeniu z twardym, angielskim futbolem polegli. Podobnie jak Górnik wygrali pierwszy mecz u siebie, ale w rewanżu nie byli w stanie obronić zaliczki. Kolejny ćwierćfinał Pluskal, Masopust i koledzy zaliczyli sezon później. Tym razem musieli uznać wyższość Benfiki z Eusébio w składzie, z którą przegrali 1:2 w Lizbonie.

REKLAMA 2
Svatopluk Pluskal – czeski rygiel 11

Sezon 1963/64 Górnik zaczął od zwycięskiego trzymeczowego boju z Austrią Wiedeń. Dukla z kolei w rundzie wstępnej trafiła na mistrza Malty – Vallettę FC, z którą nie miała żadnych kłopotów. Łatwej przeprawy prowadzeni przez Jaroslava Vejvodę piłkarze spodziewali się też z Górnikiem. Tymczasem nieoczekiwanie dla prażan zespół z Zabrza wygrał 2:0 i sam Vejvoda przed rewanżem nie był w najlepszym nastroju. Dukla miała jednak w składzie kilku wicemistrzów świata i była nieznacznie, ale jednak lepszym zespołem od Górnika. Ta przewaga uwidoczniła się podczas meczu w Pradze, gdzie Dukla pewnie wygrała 4:1 i awansowała dalej. Tam trafili na Borussię Dortmund. Porażka 0:4 w pierwszym meczu praktycznie przekreśliła ich szanse, a Pluskal rozegrał wtedy jeden ze swoich słabszych meczów.

Jak niewielu innych, dość rzetelnie przestrzegał założeń taktycznych. Większość graczy daje się ponieść grze i często nie realizuje lub zapomina o otrzymanych instrukcjach. To się nie przytrafiało Svatopulkowi. Zapomniał o nich tylko raz podczas meczu Pucharu Europy z Borussią Dortmund – wspominał po latach Jaroslav Vejvoda.

Rewanż w Dortmundzie wygrali co prawda 3:1, ale na tym ich pucharowa przygoda w tamtym sezonie się zakończyła.

Nie będzie chyba wielką przesadą stwierdzenie, że Dukla i Górnik były w połowie lat sześćdziesiątych czołowymi klubami wschodniej socjalistycznej Europy. W sezonie 1964/65 los skrzyżował ich drogi już w rundzie wstępnej. Po porażce 1:4 w Pradze kibicom Górnika trudno było wierzyć, że Lubański, Oślizło, Pohl i spółka będą w stanie odwrócić losy rywalizacji. Tymczasem 20 września na Stadionie Śląskim w Chorzowie Górnik wygrał 3:0. Zasada bramek strzelonych na wyjeździe jeszcze wtedy nie obowiązywała i o awansie miał rozstrzygnąć trzeci mecz. Ten rozegrano w Duisburgu, ale przez 120 minut żadna ze stron nie była w stanie strzelić gola. O tym, że do następnej rundy przejdzie Dukla, zadecydowało losowanie. Tam jednak prażanie musieli uznać wyższość Realu Madryt.

Największy sukces w Pucharze Europy Dukla odniosła w 1967 r., kiedy dotarła aż do półfinału. Po drodze ograli duński Esbjerg, Anderlecht i Ajax. Na drodze do finału stanęła im świetna ekipa Celtiku. Pluskala jednak nie było już wówczas w Pradze.

Pluskal = wślizg

Svatopluk Pluskal nie był wybitnym technikiem. Zawsze jednak grał z pełnym zaangażowaniem, nigdy nie odstawiał nogi, a jego koszulka po meczu często była tak mokra, że można było ją wyżymać. Był dobrym kolegą, któremu inni często się zwierzali. Swoim humorem i optymizmem potrafił zarażać innych i często też podnosił kolegów na duchu. Na boisku czasami grał ryzykownie. Jako jeden z pierwszych zaczął wykorzystywać w swojej grze wślizgi. Nieważne czy boisko było trawiaste, czy żużlowe – kiedy sytuacja tego wymagała, Pluskal odważnie atakował piłkę. Dzięki swoim długim nogom mógł praktycznie otoczyć nimi rywala i odebrać mu piłkę.

Całe generacje rozgrywających nauczyły się od Pluskala bardzo skutecznego elementu gry – czystego wejścia wślizgiem pod nogi przeciwnika. To jest wkład Pluskala w rozwój futbolu, który przetrwa wieki – mówił o jego grze legendarny Sepp Herberger.

To właśnie z gry wślizgiem uczynił jeden ze swoich największych atutów. Nie był piłkarzem wybitnym i wszystko, co osiągnął, było efektem wielu godzin ciężkich treningów. Vejvoda wspominał, że Pluskal pracował nawet więcej, niż trzeba było. I to właśnie ta pracowitość pozwoliła mu się wybić ponad przeciętność. Niezbyt przywiązywał wagę do dbałości o sprzęt. Kiedy Novák i Masopust starali się, żeby zawsze mieć czyste buty, to Pluskal bez skrępowania zakładał ubłocone po poprzednim meczu obuwie, tłumacząc, że to zwycięskie błoto.

Częsta gra wślizgiem pociągała za sobą liczne urazy, ale ani trochę nie osłabiało to jego woli walki i nigdy nie narzekał. Nawet kiedy w jednym z meczów doznał kontuzji łąkotki, to nie chciał nawet słyszeć o zejściu z boiska i mimo ogromnego bólu w kolanie dokończył mecz. Nawarstwiające się przez lata mikrourazy i nie zawsze zaleczone kontuzje odcisnęły jednak piętno na jego silnym organizmie. W końcu Pluskal musiał pogodzić się z faktem, że nie jest już w stanie grać na takiej intensywności jak kiedyś i dawać drużynie tyle, ile by chciał. Z reprezentacją pożegnał się w przegranym 0:1 meczu z Portugalią 25 kwietnia 1965 r. Z kolei w 1966 r. opuścił Duklę i przeniósł się do zespołu LIAZ Jablonec, gdzie po jednym sezonie zawiesił swoje pewnie ubłocone buty na kołku.

Pluskal wśród gwiazd

Swoim występem na chilijskim mundialu czechosłowaccy piłkarze zrobili spore wrażenie na dziennikarzach i ekspertach. Kiedy w 1963 r. z okazji stulecia angielskiej federacji zorganizowano na Wembley mecz Anglii z zespołem reszty świata, to przeciw Anglikom zagrało aż trzech piłkarzy z Czechosłowacji. Byli to Ján Popluhár, Josef Masopust i oczywiście Svatopluk Pluskal. Gospodarze wygrali 2:1, ale dla takich piłkarzy jak Pluskal, sam udział w takim meczu był ogromnym wyróżnieniem.

Stoją od lewej: Ferenc Puskás, Djalma Santos, Svatopulk Pluskal, Lew Jaszyn, Ján Popluhár, Karl-Heinz Schnellinger, Milutin Šoškić, Josef Masopust, Luis Eyzaguirre, Jim Baxter (zasłonięty), Uwe Seeler; dolny rząd: Raymond Kopa, Denis Law, Alfredo Di Stéfano, Eusébio, Francisco Gento

Zawsze podkreślał, że kiedy grał w narodowych barwach, to czuł wielką radość w sercu, ale kiedy został wybrany do zespołu reszty świata, to odczuwał naprawdę wielką dumę. Mówił, że dzięki temu, że otrzymali od organizatorów po 100 funtów, to po raz pierwszy czuł się jak prawdziwy zawodowiec. Nie wiedział nawet za bardzo, co zrobić z taką gotówką. Nie było zbytnio czasu na zakupy w Londynie, a oficjalnie do Czechosłowacji pieniędzy nie mógł za bardzo przywieźć. Schował więc je do butów.

Emerytura

Po zakończeniu czynnej kariery próbował swoich sił jako trener. Doprowadził praski Bohemians do awansu do I ligi, a później trenował jeszcze Škodę (dzisiejsza Victoria) Pilzno. Jako jeden z pierwszych Czechów pracował w klubach cypryjskich, gdzie zdobył sobie całkiem sporą renomę. Zdecydowanie lepiej jednak radził sobie na boisku niż na ławce trenerskiej.

Kiedy skończył 70 lat, to w przeprowadzonym wywiadzie z rozrzewnieniem wspominał czasy swojej gry w piłkę. Żalił się też, że we znaki daje mu się kolano. Podbiegnięcie na tramwaj czy wejście po schodach do mieszkania były już dla niego dość dużym wysiłkiem. Z domu wychodził rzadko, dwa lub trzy razy w miesiącu. Głównie na pocztę, żeby opłacić rachunki. Zaznaczał jednak przy tym, że zawsze przy okazji wstępował do pubu, gdzie wypijał parę piw ze znajomymi, którzy często zachęcali go do piłkarskich wspomnień. W domowym zaciszu cenił sobie szklaneczkę dobrej szkockiej whisky, a popielniczka już po południu zwykle była pełna.

Palił też w trakcie swojej kariery. Trener Vejvoda o tym wiedział, ale uważał, że te kilka papierosów dziennie nie jest w stanie zaszkodzić tak silnemu organizmowi. Pluskal po latach wspominał, że palenie wciągnęło go po sukcesach w USA. W nagrodę piłkarze dostali wojskowe awanse. Svata został kapitanem. Nocami nie mogąc zasnąć, palił i zastanawiał się, czy dobrze zrobił, przyjmując nominację.

W 2004 r. czeskie media poinformowały, że Pluskal miał ciężki udar. Został przykuty do łóżka i wymagał stałej opieki, przez co trafił do domu spokojnej starości w Uściu nad Łabą. Tam też zmarł 29 maja 2005 r. Miał 74 lata.

REKLAMA 2
Svatopluk Pluskal – czeski rygiel 12

W pamięci kibiców najczęściej zapisują się ci, którzy grali najbardziej efektownie i strzelali najwięcej bramek. Gracze mniej błyskotliwi, tacy jak Pluskal często popadają w zapomnienie i odchodzą w samotności. Bez nich jednak ci najwięksi wirtuozi nie mogliby sobie pozwolić na tak efektowną grę. Pluskal jest też znakomitym przykładem piłkarza, który do wszystkiego doszedł ciężką pracą. Od pierwszych treningów w Zlínie do końca kariery zawsze dawał z siebie wszystko. Zawsze też najważniejsze dla niego było dobro zespołu. Świetnie dbał o atmosferę, zarażał uśmiechem, ale kiedy trzeba było na murawie nieco podostrzyć, to w tej roli też się znakomicie odnajdował. To od niego wślizgów uczył się Stefan Florenski i całe rzesze innych obrońców. Kiedy był w formie, stanowił na boisku zaporę niemal nie do przejścia. Nie sposób było go ominąć dołem, bo świetnie grał wślizgiem, ani górą, bo w powietrzu radził sobie równie dobrze. Tacy zawodnicy są na wagę złota. Nie będzie chyba przesadą nazwanie go defensorem kompletnym i jednym z fundamentów sukcesów czechosłowackiej piłki w latach sześćdziesiątych.

Nie urodził się wielkim piłkarzem, ale stał się takim dzięki swoim cechom – trafnie podsumował go Jaroslav Vejvoda.

BARTOSZ DWERNICKI

[/su_spoiler]
Bartosz Dwernicki
Bartosz Dwernicki
Pierwsze piłkarskie wspomnienia to dla niego triumf Borussii Dortmund w Lidze Mistrzów i mecze francuskiego mundialu w 1998 r. Później przyszła fascynacja Raúlem i madryckim Realem. Z biegiem lat coraz bardziej jednak kibicuje konkretnym graczom niż klubom. Wielbiciel futbolu latynoskiego i afrykańskiego, gdzie szuka pozostałości futbolowego romantyzmu. Ciekawych historii poszukuje też w futbolu za żelazną kurtyną. Lubi podróże i górskie wędrówki.

Więcej tego autora

Powiązane

Advertismentspot_img

Najnowsze

Jan Woś – Legenda Odry Wodzisław

Przez ekstraklasę prześlizgnęło się w przeszłości wielu zawodników, którzy pozostali kompletnie anonimowi, niczym się nie wyróżniając. Nieraz narzekamy na brak dobrego poziomu, ale także...

Puchar Mistrzów 1964-65 – statystycznie

Zapraszamy do kolejnej części serii statystycznego podsumowania kolejnych edycji Pucharu Mistrzów. Tym razem sprawdzamy statystyki i ciekawostki związane z szóstą edycją tych rozgrywek, czyli sezonem 1964/64. Puchar Mistrzów...

Kultowe zdjęcia w historii piłki nożnej

Zdjęcie może zaciekawić równie mocno, co film. Zapraszamy do zestawienia kultowych piłkarskich fotografii.