Porwanie Alfredo Di Stefano, czyli domino, karty i odwiedziny masażysty

Porwanie Alfredo Di Stefano, czyli domino, karty i odwiedziny masażysty

Ameryka Południowa znana jest z tego, że porwania znanych osobistości lub członków ich rodzin, są jednymi z głównych form zarobku dla grup przestępczych. Nie omija to również przedstawicieli sportu, którzy nieodłącznie kojarzeni są z blichtrem i wysokimi zarobkami. Nie zawsze jednak porwania przybierały swój klasyczny charakter, a za ich genezą stały pieniądze. W przeszłości dochodziło do porwań, które w głównej mierze miały zwrócić uwagę świata na toczący się w danym miejscu konfliktem. W tego rodzaju sytuacji postawiony został sam Alfredo Di Stefano, który w 1963 roku mimowolnie znalazł się w samym środku politycznej rozgrywki, a jego porwanie przybrało raczej mało standardowy charakter…

Lata 60. nie należały do najspokojniejszych w Ameryce Południowej i Środkowej. Kontynent stał się kluczową areną osiągającej swój szczyt Zimnej Wojny, a postacie takie jak Fidel Castro czy też Che Guevarra stanowiły katalizator dla i tak już dynamicznie rozwijających się sporów ideologicznych na kontynencie. I choć centra tych wydarzeń znajdowały się na Kubie, Dominikanie, Boliwii czy też Brazylii, społeczny niepokój odczuwany był na całym kontynencie.

KLIKNIJ I DOŁĄCZ DO NASZEJ GRUPY NA FACEBOOKU

Podobna sytuacja miała miejsce w ówczesnej Wenezueli. Krajem rządził Romulo Betancourt, którego mocno wspierała administracja w Waszyngtonie, licząc na zminimalizowanie pojawienia się kolejnych po Kubie komunistycznych przyczółków w Ameryce Południowej. Mimo to, kraj na geopolitycznej mapie świata znajdował się raczej na uboczu, a wewnętrzne spory rozgrywane w jego granicach interesowały przede wszystkim CIA i KGB, a także nieliczną część społeczeństwa żywo zainteresowaną stosunkami międzynarodowymi i tym, co na świecie aktualnie się dzieje. Pewnego sierpniowego dnia 1963 roku to się miało jednak zmienić, a Caracas na trzy dni miał stać się centrum zainteresowania dla sportowej (i nie tylko) prasy na całym świecie….

Spokojnie, to zajmie nam 5 minut”

Zacznijmy jednak od początku. W sierpniu 1963 w Wenezueli organizowana była kolejna edycja Pequena Copa del Mundo, która była ówczesnym odpowiednikiem Klubowych Mistrzostw Świata. W turnieju oprócz madryckiego Realu uczestniczyły także Sao Paulo, a także FC Porto. Turniej uznawany był za kolejny etap przygotowań do sezonu, a uczestnictwo w nim miało raczej charakter towarzyski, niż poważnej konfrontacji. Uczestniczyć w nim miał jednak wielki Real Madryt, co siłą rzeczy gwarantować miało dużą medialność wydarzenia, a dla gospodarzy – promocję kraju na arenie międzynarodowej.

Promocja ta dosyć szybko zamieniła się jednak w czarny PR. Po pierwszym przegranym z Sao Paulo meczu, “Królewscy” przygotowywali się do kolejnego spotkania turnieju z zespołem FC Porto. Przygotowania do meczu zakłócone zostało przez wtargnięcie do hotelu czterech uzbrojonych mężczyzn, którzy podstępem uprowadzili Di Stefano z hotelu. Co ciekawe, nie było to jednak klasyczne wejście z bronią, przypominające znane z hollywodzkich filmów sceny.

Podczas gdy większość zespołu wyszła się rozerwać z hotelu Potomac na miasto (tak, tak wówczas wyglądały przedmeczowe przygotowania), Di Stefano postanowił pozostać w hotelu, zmagając się z gorszym samopoczuciem związanym z tropikalnymi temperaturami. O godz. 6 usłyszał pukanie do drzwi. W normalnej sytuacji można by było uznać, że pijani kumple robią żarty lub zapraszają Di Stefano do zabawy. W tym przypadku grupa porywaczy podszyła się jednak pod oddział ds. walki z przestępczością narkotykową i zażądała wyjścia Di Stefano z pokoju pod pretekstem przeszukania.

-“Spokojnie, to zajmie nam 5 minut” – miał usłyszeć Di Stefano i nim się zorientował, znalazł się w samochodzie porywaczy, zdając sobie dopiero wówczas sprawę z powagi sytuacji. To właśnie w tym momencie rozpoczęło się największe poszukiwania w historii Caracas.

Porwanie Di Stefano Pierwsza strona gazety El Nacional

Historia z miejsca obiegła światowe media i większość nagłówków, a administracja w Wenezueli za punkt honoru postawiła sobie szybkie odnalezienia argentyńskiej gwiazdy. Do poszukiwań rzucono blisko 8 tys. funkcjonariuszy (sic!), a z Hiszpanii sprowadzony został jeden z madryckich ludzi czynu – Raimundo Saporta, który odpowiadał m.in. za sprowadzenie Di Stefano do stolicy Hiszpanii.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…