Pucharowa środa: Nie takie potęgi straszne. Lech Poznań w sezonie 2010/11

Niespodziewane trudności

W połowie lipca 2010 roku Lechici przystępowali do rywalizacji w eliminacjach do Champions League. Pierwszą przeszkodą do pokonania był azerski Inter Baku. Niektórzy fani Kolejorza uznawali wylosowanie tego zespołu za dobrą monetę. Dwa lata wcześniej Lech także rozpoczynał pucharową przygodę w tym kraju i po przejściu Chazara Lenkoran spisywał się w Europie znakomicie.

ZOBACZ TAKŻE:

W Baku żadna z drużyn nie pokazała wielkiego futbolu. Po końcowym gwizdku ręce w geście triumfu mogli wznosić piłkarze Lecha. Wygrali skromnie, bo tylko 1:0. Strzelcem gola został Artur Wichniarek, który wykorzystał dośrodkowanie Semira Stilicia, uprzedził bramkarza gospodarzy i lekkim strzałem skierował piłkę do siatki.

Rewanż w Poznaniu miał być pewnym przypieczętowaniem awansu, a zamienił się w jeden z największych thrillerów w wykonaniu polskich klubów w Europie w tym stuleciu. Lechici nie potrafili przekuć boiskowej przewagi na konkretne zagrożenie pod bramką Interu. Przy nielicznych strzałach zwykle dobrze zachowywał się Giorgi Lomaia, gruziński bramkarz mistrza Azerbejdżanu.

Na sześć minut przed końcowym gwizdkiem trybuny na stadionie przy Bułgarskiej ucichły. Goście wyprowadzili akcję ofensywną zakończoną golem Łotysza Girtsa Karlsonsa, wprowadzonego na boisko kilkadziesiąt sekund wcześniej.

Po utracie bramki w Lecha wstąpiła nowa energia, lecz trudno było myśleć o rozstrzygnięciu meczu na swoją korzyść bez nominalnego napastnika na boisku, a tak właśnie grał Lech od 78. minuty. Azerowie wyraźnie chcieli dotrwać do rzutów karnych. W dogrywce nie padł już żaden gol i o awansie do kolejnej rundy rzeczywiście miał rozstrzygnąć konkurs jedenastek.

Piłkarze potrzebowali aż 11 serii, a rozstrzygnięcie przyniosło dopiero bezpośrednie starcie bramkarzy. Po dziesięciu strzałach było 8:8. W drużynie mistrzów Polski pomylili się Sergiej Kriwiec oraz Sławomir Peszko. W końcu piłkę na jedenastym metrze ustawił bramkarz Lecha Krzysztof Kotorowski i pewnie umieścił piłkę w siatce, a chwilę później obronił uderzenie swojego vis a vis.

Dwumecz, który miał być przetarciem przed meczami z mocniejszymi przeciwnikami, trzymał wszystkich kibiców w napięciu do samego końca. Dramaturgii nie można było mu odmówić, lecz można stwierdzić z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że każdy kibic i piłkarz Lecha wolałby uniknąć takiego rodzaju emocji w przyszłości.

– Straciłem dzisiaj 10 lat życia. Zdaję sobie sprawę, że publiczność obejrzała horror przedniej marki, ale nie o to nam chodziło. Już przed meczem przestrzegałem, że rywalizacja jeszcze się nie skończyła. Sami sobie jednak jesteśmy winni. Gdybyśmy wykorzystali jedną z trzech sytuacji, jaką stworzyliśmy na początku spotkania, mecz potoczyłby się inaczej. Tymczasem zaprosiliśmy rywala do tańca. Gramy jednak dalej i to jest najważniejsze, ale daleki jestem od euforii. W szatni też nie ma wielkiej radości, bo jesteśmy świadomi, że zagraliśmy dzisiaj źle. Zwycięzców jednak się nie sądzi i na razie nie zamierzam szukać ofiar­ – mówił po spotkaniu trener Jacek Zieliński, świadomy ogromu pracy czekającej zespół na drodze do osiągnięcia optymalnej formy.

Na shledanou, Champions League

Po wyeliminowaniu mistrza Azerbejdżanu kolejną przeszkodą na drodze poznańskiej lokomotywy do Ligi Mistrzów był mistrz Czech, Sparta Praga. Miało być to trzecie starcie polskiego klubu z zespołem ze stolicy naszych południowych sąsiadów. W sezonie 1965/66 Prażanie pokonali Górnik Zabrze w 1/8 finału Pucharu Europy, wygrywając 3:0 i 2:1, a osiemnaście lat później Widzew Łódź musiał uznać wyższość Sparty w drugiej rundzie Pucharu UEFA. Łodzianie zdołali wygrać rewanżowe spotkanie 1:0, lecz w pierwszym meczu zespół z Czechosłowacji wygrał 3:0.

Latem 2010 roku to właśnie Czesi uchodzili za faworyta w dwumeczu z Kolejorzem, jednak mistrz Polski nie stał na kompletnie straconej pozycji. Sparta była przeciwnikiem wymagającym, lecz możliwym do pokonania.

W stolicy Czech bardziej niż piłkarzy z Wielkopolski obawiano się kibiców. Tamtejsze gazety rozpisywały się o fanach Lecha i wstępnie szacowały straty, które fani z Polski spowodują. Sympatycy ówczesnych mistrzów Polski szybko rozwiali te wątpliwości. Podczas ich pobytu w Pradze nie doszło do żadnych incydentów.

Jacek Zieliński zapowiadał, że wszyscy zobaczą lepszą grę w porównaniu do tej zaprezentowanej w meczu z Interem Baku. Szkoleniowiec Lecha zaskoczył wyborem drugiego defensywnego pomocnika. Obok doświadczonego Dimitre Injaca wystąpił niespełna 19-letni Kamil Drygas, dla którego mecz w Pradze był debiutem w pierwszym składzie Lecha.

Drygas mógł zostać jednym z bohaterów Kolejorza, jednakże jego strzał z najwyższym trudem obronił Jaromir Blazek. Akcje polskiej drużyny napędzał Sergiej Kriwiec, mający już za sobą występy w fazie grupowej Ligi Mistrzów. W barwach BATE Borysow pomocnik stawał naprzeciwko takich drużyn jak Real Madryt czy Juventus.

Przez godzinę Lech grał ze Spartą jak równy z równym. W końcówce Poznaniacy oddali pole rywalom, a mistrzowie Czech nie zamierzali zmarnować momentu słabości polskiej drużyny. Kwadrans przed końcowym gwizdkiem piłka trafiła do niemal niepilnowanego Ericha Brabeca, który strzałem z pierwszej piłki nie dał żadnych szans Kotorowskiemu.

Wyjazd z Pragi z jednobramkową stratą dawał Lechowi nadzieję na odrobienie strat w rewanżu, ale chyba wszyscy w klubie zdawali sobie sprawę, że będzie to arcytrudne zadanie.

Wieczorem 4 sierpnia 2010r. stało się jasne, że to arcytrudne zadanie okazało się niewykonalne. Pomimo optycznej przewagi Lech nie potrafił sobie stworzyć żadnej dobrej sytuacji bramkowej. Tamtego wieczoru na stadionie przy ul. Bułgarskiej w Poznaniu padł tylko jeden gol i strzelił go piłkarz Sparty Praga.

Cztery minuty po przerwie Bartosz Bosacki sfaulował we własnym polu karnym Vaclava Kadleca, a rzut karny wykorzystał Jiri Kladrubsky. Mistrzowie Czech wygrali obydwa mecze najmniejszą możliwą różnicą i to oni awansowali do decydującej rundy kwalifikacyjnej do Champions League (w której okazali się słabsi od słowackiej Żyliny). Poznańska lokomotywa musiała odbić na tor prowadzący do fazy grupowej Ligi Europy, a stacji o nazwie Liga Mistrzów powiedzieć „na shledanou”, co po czesku znaczy po prostu „do widzenia”.

Mistrzów Polski czekała jeszcze gra w ostatniej rundzie kwalifikacji do Ligi Europy, w której trafili na ukraiński Dnipro Dniepropietrowsk. Lech wygrał na Ukrainie 1:0, u siebie zremisował bezbramkowo i jako jedyny polski zespół zakwalifikował się do rozgrywek. We wcześniejszych rundach eliminacyjnych odpadli trzej pozostali nasi reprezentanci: Wisła Kraków, Ruch Chorzów oraz Jagiellonia Białystok.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…