Rozbłysk i zaćmienie Białej Gwiazdy. Wisła Kraków w erze Cupiała

Finansowe szaleństwo

Pojawienie się ogromnych pieniędzy w kasie klubowej natychmiast rozwiązało większość problemów trapiących klub. Każdy piłkarz otrzymał nowy kontrakt, piłkarze błyskawicznie zapomnieli czym były zaległości w wypłatach, rozpoczęła się również ofensywa transferowa.

Ligowi rywale z niedowierzaniem patrzyli na kwoty wydawane przez Wisłę na nowych piłkarzy. Pod koniec 1997 roku trener Łazarek sporządził listę 13 piłkarzy, którzy jego zdaniem mogliby stanowić znaczące wzmocnienie drużyny. Na pierwszych zajęciach przygotowawczych przed rundą wiosenną okazało się, że z tej trzynastki Cupiał sprowadził…wszystkich.

Chyba największe wrażenie zrobiło pozyskanie sprzedanego rok wcześniej Grzegorza Kaliciaka. Zapytany o oczekiwane wynagrodzenie napastnik belgijskiego Sint Truidense rzucił astronomiczną kwotę. Ku jego wielkiemu zdumieniu Bogusław Cupiał zaaprobował ją bez mrugnięcia okiem. Poza nim na początku 1998 roku pod Wawel trafili m.in. Radosław Kałużny, Ryszard Czerwiec czy Grzegorz Niciński. Łącznie nowy szef Białej Gwiazdy wydał ok. 2,5 miliona dolarów w ciągu jednego okienka transferowego.

Ryszard Czerwiec w barwach Wisły

Bogusław Cupiał postawił przed trenerem Łazarkiem jasny cel. Skoro wiosną zostało do rozegrania 17 spotkań, a za zwycięstwo otrzymuje się 3 punkty, to drużyna musiała wywalczyć 51 punktów. Każda strata punktów była uznawana za porażkę. W późniejszych latach piłkarze i kolejni trenerzy podkreślali, że włodarz Wisły nie potrafił zrozumieć, dlaczego najlepsza i najbogatsza drużyna w lidze nie jest w stanie wygrać wszystkich spotkań w trakcie sezonu ligowego.

I chociaż Wisła została mistrzem wiosny, to z zakładanych 51 punktów wywalczyła „zaledwie” 40. W 17 spotkaniach 13 razy wygrywała, raz zremisowała, a trzykrotnie musiała uznać wyższość rywali – Legii, Ruchu i Amiki. Za porażkę w Chorzowie stanowiskiem zapłacił Wojciech Łazarek. Do końca sezonu zespół prowadził Jerzy Kowalik, asystent Baryły, choć na krakowskim Rynku coraz głośniej słychać było pogłoski o zatrudnieniu przy Reymonta Franciszka Smudy, wówczas prawdopodobnie najgorętszego nazwiska na polskim rynku trenerskim.

Biała Gwiazda zakończyła sezon 1997/98 na trzeciej pozycji, tracąc 5 punktów do zdobywcy tytułu mistrzowskiego, Łódzkiego Klubu Sportowego i z kwalifikacją do rozgrywek o Puchar UEFA. Zgodnie z przewidywaniami do kolejnej kampanii ligowej drużyna przygotowywała się już pod okiem Smudy.

Franz dostał w spadku po Łazarku już dość dobrze poukładaną drużynę, dobrze radzącą sobie na boisku i co równie ważne – tworzącą zgraną grupę poza nim. Zadaniem byłego szkoleniowca Widzewa było odchudzenie przerośniętej kadry, co nie znaczy, że do klubu nie trafiali nowi gracze.

Wisła zdołała pozyskać niepozornego, filigranowego napastnika z Jagiellonii Białystok, który miał właśnie jechać na testy do Stomilu Olsztyn, lecz ostatecznie trafił na obóz przygotowawczy Białej Gwiazdy w Niemczech. Nazywał się Tomasz Frankowski.

Jak możemy przeczytać u Mateusza Migi, z powodu niedoboru trykotów Frankowski grał w sparingach w koszulce innego napastnika, Adama Paluszka. Do Polski docierały jedynie wieści dotyczące wyników sparingów oraz zdobywców bramek, więc wkrótce dziennikarze w kraju zaczęli się rozpisywać właśnie o Paluszku. O Frankowskim usłyszano dopiero po jego debiutanckiej bramce strzelonej przeciwko Polonii Warszawa.

Niepozorny Frankowski dość szybko zdobył szacunek kolegów swoją znakomitą grą. Filigranowy napastnik strzelał gola za golem. Przed sezonem wszyscy Wiślacy przekonali się na własnej skórze, czym są słynne obozy przygotowawcze Smudy.

U progu sezonu 1998/99 Franz dysponował naprawdę silną drużyną. W bramce królował Artur Sarnat, linią obrony dowodzili późniejszy asystent Adama Nawałki w reprezentacji Polski Bogdan Zając oraz Kazimierz Węgrzyn, o sile linii pomocy stanowili Krzysztof Bukalski, Paweł Adamczyk, Ryszard Czerwiec czy Radosław Kałużny (choć ten doznał kontuzji w 1. kolejce i wypadł z gry do końca 1998 roku), a za strzelanie goli odpowiedzialni byli Frankowski, Grzegorz Niciński czy Daniel Dubicki. Ten ostatni nie miał u Smudy łatwo – jeszcze w czasach gry w ŁKSie Dubicki zwyzywał trenującego Widzew Smudę od volksdeutschów. Franz o tym nie zapomniał.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…