Rozbłysk i zaćmienie Białej Gwiazdy. Wisła Kraków w erze Cupiała

Słodko-gorzki tytuł

W chwili, gdy wielka Francja sięgała po swój pierwszy tytuł mistrza świata polscy ligowcy byli myślami już przy początku zmagań ligowych w odchudzonej do 16 zespołów ekstraklasie.

Poza Wisłą faworytami w walce o mistrzowski tytuł były dwa zespoły: Legia Warszawa oraz były klub trenera Smudy, Widzew Łódź. Dość nieoczekiwanie po pięciu kolejkach sezonu prowadził Górnik Zabrze. Wiślacy znajdowali się punkt za nim, a drużyna rozpędzała się z każdą ligową kolejką.

Po 10 spotkaniach Biała Gwiazda była liderem, lecz druga Legia miała na koncie tyle samo punktów. Rundę jesienną zakończyła w fotelu lidera z bardzo dużą, bo aż dziesięciopunktową przewagą nad Lechem Poznań. Nikt w Polsce nie miał wątpliwości, że w krajowym futbolu narodziła się nowa siła, która na stałe wdarła się do ligowej czołówki. Dobra drużyna zbudowana przez Łazarka wzniosła się na jeszcze wyższy poziom i na półmetku sezonu pewnie zmierzała po pierwszy od 1978 roku mistrzowski tytuł i zarazem pierwsze od tego czasu trofeum dla klubu.

Równocześnie klub powrócił do europejskich pucharów. Dzięki wywalczeniu trzeciego miejsca w lidze w sezonie 1997/98 Wisła zdobyła prawo do gry w Pucharze UEFA.

Pierwsze zmagania rozpoczęły się jeszcze przed pojawieniem się piłkarzy na boisku. Trzeba było wypełnić szereg dokumentów składających się na wniosek o przyznanie licencji na występy w Europie. Formularze wymagały nawet podania powierzchni wszystkich pomieszczeń w klubowych budynkach. Jak możemy przeczytać u Mateusza Migi, te były akurat świeżo po przebudowie, a plany gdzieś się zawieruszyły. Pracownicy klubu znaleźli jednak rozwiązanie tego problemu – pożyczono od policji miernik, którym bada się drogę hamowania podczas wypadków drogowych i tak z pomocą krakowskich stróżów prawa udało się dopełnić formalności.

Rozgrywki o Puchar UEFA miały być dla Wisły przetarciem przed regularną grą w Lidze Mistrzów. Tak przynajmniej sądził Bogusław Cupiał. Sternik Białej Gwiazdy nie brał pod uwagę żadnego innego scenariusza.

W sezonie 1998/99 Wiślacy rozpoczęli zmagania w Europie od dwumeczu z półamatorskim klubem Newtown z Walii. Pierwszy mecz rozegrany właśnie tam zakończył się bezbramkowym remisem. Gospodarze musieli dostawić dodatkowe ławki na stadionie, aby pomieścić wszystkich chętnych widzów.

W rewanżu w Krakowie Wisła pokazała pełnię swojej ówczesnej mocy i rozbiła rywali aż 7:0. Po dwa gole strzelili Kulawik i Pater, a swoje trafienia dołożyli także Dubicki, Kaliciak oraz Sunday Ibrahim. Wynik szczególnie ucieszył Bogusława Cupiała. Dlaczego – wyjaśnię nieco później.

W kolejnej rundzie kwalifikacyjnej Wiślacy zmierzyli się z tureckim Trabzonsporem. Rywalizacja była praktycznie rozstrzygnięta już po pierwszym meczu w Krakowie, wygranym przez polską drużynę 5:1. Przed rewanżem gospodarze chwytali się wszelkich możliwych sposobów, bo wyprowadzić przybyszów z Polski z równowagi. W hotelu i udostępnionym autokarze nie działała klimatyzacja, a na trening przygotowano niedopompowane piłki. Na nic się to nie zdało. Trabzonspor co prawda strzelił gola, ale w tamtym momencie przegrywał już 0:2.

W I rundzie Pucharu UEFA podopieczni Smudy zmierzyli się ze słoweńskim Mariborem i również bez większych problemów uporali się z tym rywalem, wygrywając 2:0 na wyjeździe i 3:0 u siebie. W Krakowie wszystkie trzy bramki padły w ciągu ostatnich pięciu minut gry.

Kolejnym rywalem w tym przetarciu przed Champions League była naszpikowana gwiazdami włoska Parma. Po tym dwumeczu o Wiśle usłyszała cała Europa, bynajmniej nie z powodu dokonań sportowych. Był to moment, który mógł doprowadzić do upadku całego projektu Wisły Cupiała.

Gianluigi Buffon w bramce, Lilian Thuram I Fabio Cannavaro w obronie, w pomocy Juan Sebastian Veron, Paolo Vanoli, Dino Baggio i Stefano Fiore, a w ataku Enrico Chiesa i Hernan Crespo. Tamta Parma była w stanie poradzić sobie z każdą drużyną na Starym Kontynencie.

Wiślacy absolutnie nie przestraszyli się rywala. Asystent Smudy Jerzy Kowalik pojechał do Włoch na rekonesans, a po powrocie wręczył Franzowi kilkustronicowy raport. Co zrobił z nim Smuda? Wyrzucił, mówiąc, że Parma go nie interesuje, bo to Wisła ma grać swoje.

Wiem, jaką pakę miała wtedy Parma, ale my też mieliśmy świetny, dobrze poukładany i dojrzały zespół. To kogo mieliśmy się bać? W Krakowie byliśmy lepsi, do wygranej nie zabrakło wiele. Nikt później Parmie nie napsuł tyle krwi, co my, a przecież oni zdobyli Puchar UEFA w tamtej edycji – wspominał po latach Smuda.

Mecz w Krakowie zakończył się remisem 1:1, choć w opinii wielu ekspertów – w tym Zbigniewa Bońka – to Krakowianie byli lepsi i mogli ten mecz wygrać, choć zaczął się dla nich fatalnie, bo od straty gola w 2. minucie. Po przerwie wyrównał Tomasz Kulawik, a były okazje do zdobycia kolejnych bramek.

Dziesięć minut przed końcem spotkania doszło do wydarzenia, przez które klub poniósł bardzo poważne konsekwencje. Siedzący na trybunach 19-letni Paweł M. pseudonim Misiek rzucił składany nóż. Przedmiot skończył swój lot na czubku głowy Dino Baggio. Niewiele osób oglądających mecz w ogóle zarejestrowało to zdarzenie, choć piłkarze zdawali sobie sprawę, że doszło do bardzo poważnego incydentu. Baggio miał założone trzy szwy.

Spotkanie zakończyło się remisem 1:1. Po nim UEFA zawiesiła będącego w znakomitej formie Ryszarda Czerwca za to, że…odrzucił z boiska nóż, który spadł na Włocha. Wszyscy w Wiśle byli świadomi nieuchronnej kary ze strony Europejskiej Unii Piłkarskiej. Przy Reymonta mówiono o możliwej karze finansowej, walkowerze lub kilku spotkania w europejskich spotkaniach rozgrywanych przy pustych trybunach.

Skontaktowałem się z Ryszardem Czerwcem, aby spytać o tę sytuację, a także o jego wspomnienia związane z jego pobytem w Wiśle. Pan Ryszard poprosił o skontaktowanie się za godzinę, ponieważ w momencie, gdy odebrał telefon akurat prowadził samochód. Niestety każde kolejne połączenie zostało odrzucone.

Zanim werdykt nadszedł Wiślacy pojechali do Włoch na rewanżowe spotkanie, które minimalnie przegrała 1:2, choć ponownie nie była dużo słabszą drużyną. Jedna bramka więcej dałaby awans Białej Gwieździe dzięki większej liczbie goli strzelonych na wyjeździe. Ostatecznie piłkarze z Krakowa musieli uznać wyższość późniejszych triumfatorów całych rozgrywek.

W połowie listopada 1998 roku do klubu przyszedł faks od UEFA z informacją, że Wisła Kraków została wykluczona z europejskich pucharów na pięć lat. Oznaczało to prawdziwą katastrofę dla drużyny o tak wielkich ambicjach, która mogła nawet skutkować wycofaniem się Tele-Foniki.

Po chwili dźwięk nadchodzącego faksu oznajmił nadejście kolejnej wiadomości z Nyonu. Widniał na niej dopisek „na jeden sezon”. Niewiele słów, a tak znacząco zmieniają sens całej wiadomości. Kara obowiązywała przez pięć lat, ale Wisła miała być wykluczona z europejskich pucharów w pierwszym sezonie, do którego zakwalifikuje się w ciągu tych pięciu lat.

Kara była dotkliwa i znacząco zahamowała rozwój projektu budowy wielkiej Wisły. Pierwszym krokiem było złożenie odwołania. Stanowisko stron polskiej przedstawiał niemiecki mecenas Reinhard Rauball. Powoływano się głównie na karę przyznaną Fiorentinie, która została ukarana jedynie walkowerem za trafienie sędziego technicznego petardą. Niestety procedura odwoławcza nie przyniosła rezultatu. Może gdyby chodziło o klub z innego kraju decyzja byłaby nieco inna. Sami piłkarze Wisły mówili, że podczas starć w Europie sędziowie dość często wskazywali im miejsce polskiego futbolu w europejskim szeregu.

Wróćmy do zmagań ligowych i wyjaśnienia, dlaczego pokonanie półamatorów z Walii 7:0 tak ucieszyło Bogusława Cupiała. Sternik Wisły był znany ze swojej przesądności, szczególnie względem liczb 7 i 13. Zawsze starał się zorganizować zebranie zarządu w dniu, w którym w dacie znajdowała się siódemka i analogicznie unikał podejmowania ważnych decyzji 13-go. Szczególnie cenił sobie wygrane swoją ulubioną siódemeczką. Kilkukrotnie piłkarzom udało się zadowolić trenera.

Cupiał nie był z kolei zachwycony rundą jesienną sezonu 1998/99 w wykonaniu piłkarzy Wisły, ponieważ ponownie nie zrealizowali celu, jakim był komplet 45 punktów w 15 meczach, choć i tak ich dorobek był iście imponujący, ponieważ w całej rundzie stracili jedynie 5 punktów. W sumie wygrali 13 razy, raz zremisowali i przegrali tylko jednokrotnie – z Zagłębiem Lubin.

Tomasz Frankowski – jeden z najlepszych transferów Wisły w erze Bogusława Cupiała

Przesądny właściciel zaczął szukać przyczyny takiego stanu rzeczy i znalazł – kobiety zasiadające w loży prezesa zwanej cupiałówką. Kiedy jeden z gości Cupiała przychodził na mecz z partnerką, szef Tele-Foniki prosił zaufanych ludzi, żeby dopilnowali, by dama nie znalazła się w loży. Biznesmen traktował to tak poważnie, że nie wpuszczał tam nawet własnej matki.

Zimowe okienko transferowe zwiastowało ograniczenie rozmachu, z jakim budowano Wisłę, przynajmniej na czas wykluczenia z europejskich pucharów. Pozyskano w nim jedynie Olgierda Moskalewicza z Pogoni Szczecin.

Biała Gwiazda pewnie zmierzała po tytuł mistrzowski i zdołała go sobie zapewnić na miesiąc przed końcem rozgrywek. Tytuł miał słodko-gorzki smak. Słodki, ponieważ zdobyty po wielu latach posuchy, do tego Wiślacy zapewnili sobie triumf w rozgrywkach po pokonaniu Legii na jej stadionie. Gorzki, bo przez wybryk chuligana (który, jak pokaże przyszłość, nie po raz ostatni zadziałał na szkodę klubu) nie dawał przepustki do Europy.

Miejsce Wisły w eliminacjach do Ligi Mistrzów zajął Widzew Łódź, który w ostatniej rundzie przegrał w dwumeczu z włoską Fiorentiną.

Szkoda było jak cholera tego zespołu. To była orkiestra, która sama grała. Niby kara obejmowała rok, ale był to rok straconej szansy. Boguś Cupiał był załamany, bo jemu marzyły się przede wszystkim sukcesy w Europie. Trzeba go było przekonywać, żeby wytrzymał, że rok jakoś klub przetrwa i odbije sobie wszystko w przyszłości. Prawda jednak jest taka, że ten zespół w pełni gotowy do walki o Ligę Mistrzów był właśnie wtedy, po tym świetnym sezonie. Do dzisiaj żałuję, że nie było szansy powalczyć – mówił po latach Franciszek Smuda.

Stan dotąd nieznany

W sezonie 1999/2000 Wisła miała potwierdzić swoją pozycję najlepszej drużyny w Polsce oraz przygotować kadrę do walki o Ligę Mistrzów latem 2000 roku. Na koniec sezonu okazało się, że wszystko potoczyło się zupełnie inaczej. Po raz pierwszy dał o sobie znać brak cierpliwości Bogusława Cupiała do szkoleniowców. Klub był ponownie pasywny na rynku transferowym, a oddanie kilku piłkarzy do innych klubów spowodowało niespodziewanie krótką ławkę rezerwowych – gotowych do gry było zaledwie 19 graczy, a jedynym wartościowym wzmocnieniem był lewoskrzydłowy Brasilia. Klub nie dogadał się z Widzewem w sprawie transferu Tomasza Łapińskiego. Łodzianie żądali za obrońcę 8 milionów złotych. Do tego doszedł stan, którego od czasów wejścia do klubu Tele-Foniki w Wiśle nie znano – kryzys sportowy.

Zmagania ligowe Biała Gwiazda rozpoczęła kapitalnie – od pięciu wygranych. W szóstej kolejce doszło do pierwszej straty punktów i remisu z Pogonią. Tydzień później Wisła ponownie podzieliła się punktami, tym razem ze Stomilem.

Nadeszła feralna 8. kolejka, która wstrząsnęła klubem. Na Reymonta przyjechała Polonia Warszawa, w której furorę robił Emmanuel Olisadebe – piłkarz, na którego Wisły jeszcze nie tak dawno nie było stać.

Do przerwy dwoma golami prowadzili goście ze stolicy. Po zmianie stron Wiślacy zdołali wyrównać, lecz na kwadrans przed końcem gola dającego zwycięstwo Czarnym Koszulom strzelił Piotr Dziewicki. Dla Wisły była to pierwsza porażka w sezonie, co nie zmieniało faktu, że po ośmiu spotkaniach miała na koncie 17 punktów i zajmowała trzecie miejsce w tabeli, za chorzowskim Ruchem i właśnie Polonią.

Dwie godziny po zakończeniu meczu wiceprezes Zbigniew Koźmiński mówił, że o zmianie trenera nie ma mowy. Trudno było się z nim nie zgodzić – żaden rozsądny prezes nie zwalnia trenera w momencie, gdy po zdobyciu mistrzostwa Polski i zdobyciu kompletu punktów na inaugurację kolejnego sezonu nadchodzą trzy mecze bez wygranej, nawet w Polsce.

Tyle tylko, że ktoś musiał być pierwszy. Dzień po porażce z Polonią Smuda złożył dymisję, niekoniecznie z własnej woli. Mateusz Miga przytoczył wypowiedź Zbigniewa Koźmińskiego, ówczesnego wiceprezesa klubu, który dostał od Bogusława Cupiała polecenie wyrzucenia trenera, sformułowane przy użyciu niezbyt wybrednych słów. Działacze zarzucali trenerowi fatalną politykę transferową, za którą de facto Franz nie był samodzielnie odpowiedzialny, jak również złe przygotowanie drużyny do sezonu.

Miejsce Smudy zajął ściągnięty w trybie awaryjnym Jerzy Kowalik, były asystent Łazarka, pracujący wówczas w krakowskim Hutniku. Razem z Kowalikiem do klubu trafił pomocnik Krzysztof Bukalski.

Kowalik od początku pełnił w Wiśle funkcję strażaka. Żaden z działaczy nie ukrywał, że celem trenera jest poprowadzenie klubu przez kilka kolejek, a w tym czasie klub przekona szkoleniowca o uznanym nazwisku do pracy przy Reymonta. Najpoważniejszymi kandydatami byli dwaj byli selekcjonerzy – Henryk Apostel oraz Antoni Piechniczek.

Obaj panowie byli skłonni przejąć drużynę dopiero po rundzie jesiennej, tak aby mogli przepracować z nią okres przygotowawczy przed rundą wiosenną. Piechniczek był szczególnie niechętny do bezpośredniego zastąpienia Smudy, ponieważ Franz publicznie wyrażał swoje wątpliwości dotyczące trenerskich kompetencji człowieka, który w 1982 roku doprowadził Biało-Czerwonych do trzeciego miejsca na świecie.

Kowalik popracował niespełna trzy tygodnie. Wyleciał po przegranym 0:3 meczu Pucharu Ligi (ktoś jeszcze pamięta takie rozgrywki w Polsce?) z Polonią Warszawa. Trenerowi podziękowano szybciej niż ktokolwiek mógł się tego spodziewać, z nim samym włącznie. Do końca rundy jesiennej zespół prowadził Marek Kusto, a jego asystentem był Adam Nawałka.

Na półmetku sezonu Wisła zajmowała czwarte miejsce w tabeli z dorobkiem 26 punktów i stratą czterech oczek do liderujących piłkarzy chorzowskiego Ruchu. Na podium znalazły się ponadto dwie stołeczne ekipy – druga Polonia oraz trzecia Legia.

Zimą drużyna została wzmocniona kilkoma nowymi zawodnikami, m.in. Maciejem Żurawskim, Arkadiuszem Głowackim czy Kamilem Kosowskim. Próbowano także przyspieszyć transfer Marcina Baszczyńskiego z Ruchu Chorzów. Przejście obrońcy pod Wawel było zaplanowane na lipiec 2000 roku i wtedy też faktycznie do niego doszło.

Jeszcze pod koniec 1999 roku do klubu powrócił Wojciech Łazarek, tym razem na stanowisko dyrektora sportowego. W lutym 2000r. Wiślacy wyjechali na zgrupowanie do Włoch i w jednym ze sparingów przegrali z białoruskim FK Homel 1:5. I choć był to mecz jedynie towarzyski, jego wynik sprawił, że Bogusław Cupiał zadecydował – a jakże – o zmianie szkoleniowca.

Wiceprezes Zbigniew Koźmiński za pośrednictwem swojego syna Marka, grającego wówczas we włoskiej Brescii, chciał znaleźć szkoleniowca z Italii. Temat dość szybko upadł, a zadanie spadło na Łazarka. W trakcie włoskiego obozu Baryła został samozwańczym trenerem Wisły, wchodząc w kompetencje Kusty. Zawsze starał się być krok przed pierwszym trenerem. W międzyczasie kontaktował się z innymi kandydatami, ponownie pojawił się temat zatrudnienia Antoniego Piechniczka.

Jeszcze przez zakończeniem zgrupowania Łazarek obwieścił wszem i wobec, że żaden z trenerów z którymi rozmawiał nie wyraził zainteresowania pracą z Wisłą, w związku z czym Baryła zarekomendował…siebie. Po pewnym czasie wyszło na jaw, że Łazarek nigdy nie skontaktował się ani z Piechniczkiem, ani z nikim innym – udawał rozmowy telefoniczne, żeby wzmocnić swoją pozycję. Niestety nie udało mi się skontaktować z trenerem – jego telefon milczał.

Co jeszcze bardziej absurdalne, Marek Kusto został zdegradowany do roli asystenta Łazarka. Prawdopodobnie żaden inny trener na świecie nie wpadłby na taki pomysł. W sztabie szkoleniowym pozostał Adam Nawałka, jeszcze przed chwilą podwładny Kusty, teraz równy mu stanowiskiem, choć przecież awansu nie dostał.

Rundę rewanżową rozpoczęto 4 marca. Choć trudno w to uwierzyć, dostał jeszcze mniejszy kredyt zaufania niż zatrudniony i wyrzucony jesienią Kowalik. Trener ściągnięty z Hutnika poprowadził klub w pięciu spotkaniach, a były selekcjoner w czterech. Został zwolniony w trakcie meczu czwartej wiosennej kolejki, kiedy Wisła pojechała do Radzionkowa. Nie, nie po meczu. W trakcie, a dokładnie po pierwszej połowie. Słabo grająca Wisła przegrywała do przerwy 0:1 i to właśnie wtedy Bogusław Cupiał poinformował Adama Nawałkę, że przejmuje stery.

Kolejnym absurdem było ustawienie Wisły w tamtym meczu – na boisku znajdowało się zaledwie dwóch nominalnych obrońców, Marek Zając i Kazimierz Węgrzyn. Trzyosobową linię obrony uzupełniał pomocnik, Kamil Kosowski. Bilans Łazarka od czasu wyrugowania Kusty to dwie wygrane, remis i porażka. Podobnie jak Smuda, wyleciał z klubu po pierwszej przegranej.

Cupiał powierzył prowadzenie drużyny kolejnemu strażakowi, który okazał się bardzo dobrym – choć jak czas pokazał – ponownie krótkoterminowym wyborem. Po Łazarku zostało w klubie dwóch jego asystentów. Kusto swoją szansę już miał, postawiono zatem na Nawałkę. Był 20 marca 2000 roku, ligowcy rozegrali 19 z 30 zaplanowanych kolejek, a Wisłę obejmował piąty trener. Brzmi to jeszcze bardziej absurdalnie, jeżeli weźmiemy pod uwagę to, że zespół zajmował czwarte miejsce w tabeli, ciągle miał szansę na obronę tytułu, a także na zdobycie Pucharu Polski.

Nawałka prowadził Wisłę do końca sezonu. W kwietniu praktycznie stracił szansę na obronę tytułu po przegranym w dość kontrowersyjnych okolicznościach meczu z Polonią Warszawa 1:2. Czarne Koszule strzeliły gola na wagę trzech punktów w ósmej minucie doliczonego czasu gry.

Jego statystyki były jednak bardzo przyzwoite. W 11 meczach wygrał siedmiokrotnie, dwa razy remisował i tyle samo razy musiał uznać wyższość przeciwnika. Wywalczył 23 punkty, co w okresie od 20 marca do końca sezonu było trzecim najlepszym wynikiem w lidze. Wisła była także najskuteczniejszą drużyną badanego okresu – strzeliła 30 goli.

Przed Wisłą znalazła się Polonia Warszawa, mistrz Polski z 2000 roku, choć drużyna z Konwiktorskiej wcale nie spisywała się najlepiej w końcówce sezonu. Pierwsze miejsce w klasyfikacji obejmującej 11 ostatnich kolejek nie miała sobie równych Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski. Dobra gra Wisły pod wodzą Nawałki zaowocowała wicemistrzostwem kraju. Strata do Polonii wyniosła 9 punktów.

Szansą na uratowanie sezonu był finał Pucharu Polski, w którym Wisła zagrała z Amicą Wronki. O ustawionym finale Amiki z Aluminium Konin z 1998 roku napisano już chyba wszystko. W 2000 roku rozegrano decydujący o końcowym triumfie dwumecz. U siebie Wiślacy zremisowali 2:2, by we Wronkach przegrać 0:3. Momentalnie pojawiły się głosy o sprzedanym meczu, lecz zarzuty chyba nie mają racjonalnych podstaw. W Krakowie płacono tak dobrze, że szukanie takiego źródła dochodu nie miałoby większego sensu.

Trudno w ogóle racjonalnie wytłumaczyć to, co w sezonie 1999/2000 działo się w Wiśle. Mistrzowski skład wzmocniony kilkoma dobrymi piłkarzami i trenowany przez szkoleniowca, który dopiero co wprowadził Widzew Łódź do Ligi Mistrzów powinien być systematycznie wznoszony na wyższe poziomy. Skoro mistrzowska drużyna z 1999 roku była zdaniem wielu gotowa na walkę o Champions League, to czy nie należało dokonać kolejnych wzmocnień i prowadzić ją w obranym wcześniej kierunku? Na to pytanie chyba nigdy nie poznamy odpowiedzi.

Faktem jest, że w tamtym sezonie przy Konwiktorskiej 6 w Warszawie zbudowano bardzo mocny zespół, ale Wisła nie obroniła tytułu przez chaos panujący w klubie. Nie udało mi się znaleźć żadnego podobnego przykładu, więc jestem naprawdę ciekawy, czy był w piłce podobny przypadek, by drużynę broniącą tytuł prowadziło aż pięciu różnych szkoleniowców, każdy w roli trenera tymczasowego.

Problemem była też krótka ławka rezerwowych, zwłaszcza w rundzie jesiennej. Przed sezonem lekką ręką oddano Sławomira Palucha i Daniela Dubickiego do Chorzowa, a Grzegorza Nicińskiego do Katowic. Naprawdę niepotrzebna była plaga kontuzji, wystarczyły dwa urazy w drużynie i jedno zawieszenie za kartki, aby przysłowiowa kołdra zrobiła się zbyt krótka.

Kryzysy sportowe były wynikiem zbyt częstej zmiany szkoleniowców. Spróbujmy postawić się w roli piłkarzy, którym co chwilę serwowano inne treningi, ponieważ każdy kolejny trener miał własną wizję prowadzenia zajęć.

Podstawowym błędem było pozbycie się Franciszka Smudy przy pierwszej ligowej porażce. Drużyna nie grała w tamtym czasie porywającej piłki, lecz Franzowi potrzebne było to, czego najczęściej trenerom w Polsce nie daje się w nadmiarze – czasu i spokoju pracy.

Jego zwolnienie pośrednio przyczyniło się do rozłamu na szczycie i odejściu z klubu Stanisława Ziętka i Zbigniewa Urbana. Obaj panowie nie zgadzali się z decyzją Cupiała o zwolnieniu Smudy, ale niestety nie mieli nic do powiedzenia. Bohaterowie serialu Ranczo spędzający czas na ławeczce pod sklepem mówili, że należy się dzielić, pracą zwłaszcza. Bogusław Cupiał chętnie dzielił się swoimi pieniędzmi, lecz o podziale władzy w klubie nie mogło być mowy.

Wojciech Łazarek jest mistrzem barwnych powiedzeń. Jedno z nich głosi, że podejmowanie się pracy trenera w Polsce jest jak całowanie tygrysa w zadek – przyjemność żadna, a ryzyko ogromne. Sam Baryła padł ofiarą własnych słów.

Nawałka pełnił funkcję pierwszego szkoleniowca do końca sezonu 1999/2000. Do nowej kampanii ligowej Wiślacy przygotowywali się pod wodzą Oresta Lenczyka.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…