Rozbłysk i zaćmienie Białej Gwiazdy. Wisła Kraków w erze Cupiała

Pucharowy rollercoaster i powrót na szczyt

O Oreście Lenczyku napisano i powiedziano chyba wszystko. Część jego dawnych podopiecznych chwali nestora polskich trenerów, inni zaś wspominają pracę z nim jako największy koszmar. Dla jednych mentor i opiekun, dla innych człowiek, który nie ma pojęcia o taktyce. Równie dużą wagę przykłada do gry piłkarza, jak i jego dobrego zachowania. To trener, który potrafił zdjąć piłkarza z boiska dlatego, że nie okazywał szacunku sędziego. Młody człowiek, który pierwszy podaje mu rękę na powitanie, jest z miejsca spalony.

Kiedy w 2011 roku Lenczyk pojawił się w szatni Śląska Wrocław, kazał piłkarzom wstać i chórem powiedzieć dzień dobry, panie trenerze. Wtedy szkoleniowiec odpowiadał dzień dobry, kochani piłkarze i po całej ceremonii powitalnej mógł przejść do meritum.

Lenczyk miał charakterystyczny sposób przywoływania zawodników poprzez cmokanie na nich. Kiedyś na zgrupowaniu GKSu Bełchatów, na który udała się także rodzina trenera okazało się, że cmokanie nie służy jedynie przywoływaniu uwagi zawodników.

Co by o Lenczyku nie mówić, to jednak zawsze potrafił przygotować drużynę do sezonu, a braku fachowości absolutnie nie można mu zarzucić. Po dwóch kolejkach bilans Wisły to dwa wygrane mecze, siedem goli strzelonych, zero straconych. Pierwsza strata punktów przyszła w trzeciej kolejce w wyniku remisu z Widzewem, a w następnym spotkaniu Wiślacy po raz pierwszy zeszli z boiska pokonani. Musieli uznać wyższość Pogoni Szczecin, w której grało kilku piłkarzy odrzuconych przez Wisłę – Kazimierz Węgrzyn, Grzegorz Kaliciak, Brasilia oraz Daniel Dubicki, choć żaden z nich gola nie strzelił. Tamta Pogoń była zresztą rewelacją rozgrywek. Klub finansowany przez tureckiego biznesmena Sabriego Bekdasa i prowadzony przez trenera Edwarda Lorensa sięgnął po wicemistrzostwo Polski w 2001 roku.

Wicemistrzostwo Polski dało Wiśle prawo gry w Pucharze UEFA, ponieważ kara nałożona na klub po incydencie z Dino Baggio została wykonana. W rundzie wstępnej Wiślacy zmierzyli się z bośniackim Zeljeznicarem Sarajewo. Biała Gwiazda awansowała do I rundy Pucharu UEFA po bezbramkowym remisie w Bośni oraz wygranej 3:1 w Krakowie. Hat-trickiem popisał się Tomasz Frankowski, którego jeszcze w poprzednim sezonie część działaczy chciała wypchnąć z klubu przy pierwszej nadarzającej się okazji i który został odsunięty od składu po zaledwie dwóch (!) spotkaniach bez zdobytej bramki.

W kolejnej rundzie los skojarzył drużynę z Reymonta z hiszpańskim Realem Saragossa, którego tak naprawdę w tamtej edycji Pucharu UEFA powinno nie być. Piłkarze z Aragonii zajęli 4. miejsce w lidze i szykował się do gry w eliminacjach do Ligi Mistrzów, ale plany pokrzyżował Real Madryt do spółki z hiszpańską federacją. Królewscy wygrali Champions League w 2000 roku, lecz piąta pozycja w lidze nie dawała im możliwości walki o obronę trofeum. Włodarze hiszpańskiego związku piłkarskiego pogrzebali w przepisach i znaleźli taki, który umożliwił im zgłoszenie Madrytczyków do najważniejszych klubowych rozgrywek na Starym Kontynencie, a Real Saragossa został niejako zdegradowany do Pucharu UEFA.

Pierwsze spotkanie w Hiszpanii rozpoczęło się znakomicie dla Wisły, bo od gola Kałużnego, który dał prowadzenie, lecz skończyło się na 4:1 dla Hiszpanów. Kwestia awansu wydawała się rozstrzygnięta, lecz futbol byłby pozbawiony swojej magii i wyjątkowości, gdyby można było wydawać takie osądy ze stuprocentową pewnością.

W meczu rewanżowym przewaga piłkarzy z Saragossy została powiększona już w 5. minucie po tym, jak piłkę do własnej bramki skierował Marcin Baszczyński. Wtedy goście z Hiszpanii popełnili najgorszy możliwy błąd – uwierzyli, że awans do kolejnej fazy pucharu mają więcej niż pewny. Mentalnie kompletnie siedli.

W przerwie trener Lenczyk zagrał va banque i dokonał trzech zmian. Z boiska zeszli Kulawik, Moskalewicz i Czerwiec, a w ich miejsce pojawili się odpowiednio Sosin, Iheanacho i Niciński.

Druga połowa zaczęła się dla Wisły doskonale, bo od gola wprowadzonego chwilę wcześniej Kelechiego Iheanacho. Wiślacy nadal potrzebowali trzech goli, by wyrównać stan rywalizacji i chyba nawet najzagorzalsi fani Białej Gwiazdy nie wierzyli w powodzenie tej misji.

Cztery minuty później było 2:1 po golu Tomasza Frankowskiego, lecz w dalszym ciągu wyglądało to na zwycięstwo na otarcie łez. Wisła nie dawała za wygraną i na pół godziny przed końcowym gwizdkiem do wyrównania stanu rywalizacji brakowało jej tylko i aż jednego gola. Na 3:1 znakomitym strzałem z dystansu podwyższył Kazimierz Moskal. Wtedy zaczęto wierzyć, że awans jest w zasięgu.

Wiślacy kontynuowali napór, lecz piłka nie chciała wpaść do siatki po raz czwarty. W 88. minucie niemożliwe stało się możliwe. Po kolejnej akcji ofensywnej piłka dwa razy odbiła się od poprzeczki, a następnie została wepchnięta do praktycznie pustej bramki przez Frankowskiego. To był prawdopodobnie największy powrót w historii polskiej piłki.

Po 90 minutach nastąpiła dogrywka. Dodatkowe 30 minut nie przyniosło rozstrzygnięcia, więc konieczne były rzuty karne. W nich odegrał się drugi akt dramatu Baszczyńskiego. Zgłoszony do wykonywania jedenastek przez Kamila Kosowskiego podszedł do piłki i…jego strzał został obroniony. Na szczęście dla Baszcza i całej Wisły w drużynie rywali pomyliło się dwóch piłkarzy. Wisła jako pierwszy polski klub wyeliminowała z pucharów drużynę z Hiszpanii.

W II rundzie Wisła ponownie trafiła na rywala z Półwyspu Iberyjskiego, tym razem na portugalskie FC Porto. W Krakowie udało się wywalczyć bezbramkowy remis, a przed rewanżem trener Lenczyk próbował wzbudzić u swoich piłkarzy ambicję i wolę walki mówiąc, że sami są sobie winni tego, że znaleźli się w Portugalii. Efekt? Porażka 0:3. W Porto w dużej mierze zagrali zawodnicy, którzy w 2003 roku sięgnęli po Puchar UEFA, a rok później wygrali Ligę Mistrzów.

Po feralnej porażce w Pogonią Wiślacy wygrali osiem kolejnych spotkań ligowych. Zwolnili dopiero pod koniec rundy, kiedy w dwóch ostatnich spotkaniach wywalczyli jeden punkt. Ł s

Zimą drużynę wzmocnił Mirosław Szymkowiak, który przyszedł z Widzewa. Sam piłkarz nie palił się do zmiany barw klubowych, jednakże coraz cięższa sytuacja finansowa łódzkiego klubu zmusiła jego działaczy do sprzedaży pomocnika.

Początek rundy wiosennej pokazał, że w drużynie wyraźnie coś nie gra. Zespół miał problemy ze skutecznością, a w konsekwencji – ze zdobywaniem punktów. Po pięciu wiosennych kolejkach Wisła miała na koncie pięć punktów i tyle samo strzelonych goli, z czego cztery to trafienia z rzutów karnych.

Prezes Cupiał postanowił, że trzeba ratować sezon i topniejącą przewagę nad resztą stawki i należy wymienić trenera. 6 kwietnia 2001 roku, po 279 dniach pracy podziękowano Lenczykowi, a jego miejsce zajął Adam Nawałka.

Odejście Oresta Lenczyka na pewno wyszło na dobre Maciejowi Żurawskiemu, który miał problemy ze skutecznością, do tego równie często co w ataku grał na obu skrzydłach. Pierwszy mecz pod wodzą Nawałki zakończył się wygraną 3:0 nad Górnikiem Zabrze, a Żuraw dwukrotnie wpisał się na listę strzelców.

Nawałka poprowadził zespół w 12 meczach, z których siedem wygrał. W czerwcu mógł cieszyć się z tytułu mistrza Polski, kończąc sezon z jedenastopunktową przewagą nad Pogonią. W całym sezonie Wisła strzeliła najwięcej goli (66), a także miała najlepszą defensywę (27 straconych goli).

Sezon 2000/01 był czasem względnej stabilizacji w klubie po nieustannych zmianach szkoleniowców. Wzmocnienie składu i większy spokój dały efekt w postaci pewnie zdobytego tytułu mistrza Polski. Dwumecz z Realem Saragossą pokazał, że piłkarze mogą skutecznie rywalizować na arenie międzynarodowej.

Tytuł zdobyty w 2001 roku oznaczał, że przed Wisłą Kraków stanęło zadanie spełnienia jednego z głównych celów – awansu do Ligi Mistrzów. Piłkarze ze starego grodu Kraka podchodzili do tego zadania po raz pierwszy w erze Bogusława Cupiała.

Jej pierwszy etap, zamykający się w okresie od października 1997r. do połowy 2001r. pod kilkoma względami okazał się rewolucyjny dla polskiej piłki nożnej, przede wszystkim pod względem finansowym, ale także organizacyjnym. Piłkarze przychodzili do klubu za niespotykane wcześniej kwoty, podpisywali rekordowe kontrakty i co najważniejsze z ich punktu widzenia – pieniądze dostawali bez najmniejszych opóźnień. Klub mógł pozwolić sobie na organizację obozu przygotowawczego zagranicą, nie musiał być zdany na wybór między Świerklańcem a Cetniewem. Wisła osiągnęła na tyle wysoki poziom sportowy, że przy odpowiedniej długofalowej strategii mogła zdominować ligę na lata.

W omawianym okresie ujawniły się również pewne zachowania sternika, które w przyszłość będą miały negatywne konsekwencje dla klubu. To przede wszystkim właśnie brak dalekowzroczności, oczekiwanie wyniku na tu i teraz, brak cierpliwości do trenerów, kompletne zaniedbanie szkolenia młodzieży oraz zupełne ignorowanie czynnika ludzkiego w sporcie.

Koniec części I.

PRZECZYTAJ TAKŻE:

PRZEMYSŁAW PŁATKOWSKI

Źródła
  • Mateusz Miga, Wisła Kraków. Sen o potędze, Kraków 2015.
  • https://sport.tvp.pl/45860145/w-1997-wisle-krakow-uratowal-boguslaw-cupial-dzis-klub-znow-potrzebuje-pomocy
  • Tabele ligowe w portalu 90minut.pl
  • https://gazetakrakowska.pl/20-lat-temu-wisla-krakow-grala-z-parma-to-wtedy-z-trybun-misiek-rzucil-noz-w-glowe-dino-baggio/ar/13602372
  • https://dziennikpolski24.pl/nos-trenera/ar/2224566
  • https://www.transfermarkt.pl/wisla-krakau/mitarbeiterhistorie/verein/422
  • https://weszlo.com/2020/01/22/lenczyk-historia-medrca-aroganta/
  • https://sportowefakty.wp.pl/pilka-nozna/106053/czy-pamietasz-ten-mecz-wisla-krakow-real-saragossa-41