Jerzy Dudek – bohater stambulskiej nocy

Droga do Stambułu

Miejsce Francuza zajął hiszpański szkoleniowiec Rafael Benitez, który kilka tygodni wcześniej świętował zdobycie mistrzostwa Hiszpanii i Pucharu UEFA z Valencią. Dzięki niemu w Liverpoolu powstała mała hiszpańska kolonia. Benitez ściągnął na Anfield Road m.in. Xabiego Alonso czy Luisa Garcię, a pół roku później do drużyny dołączył Fernando Morientes. Ten ostatni nie mógł wziąć udziału w największym triumfie Liverpoolu sezonu 2004/05, ponieważ wcześniej wystąpił w Lidze Mistrzów w barwach Realu Madryt, strzelając choćby dwa gole Wiśle Kraków na stadionie przy ul. Reymonta.

Mowa oczywiście o zwycięstwie w Lidze Mistrzów po niezapomnianym finale w Stambule. Droga do sukcesu była niezwykle kręta. Dość powiedzieć, że w III rundzie eliminacji do Champions League Liverpool przegrał z austriackim Grazer AK 0:1 i awansował dzięki przewadze wywalczonej w Austrii.

Grupa składająca się z AS Monaco, Olympiakosu Pireus i Deportivo La Coruńa wbrew pozorom nie oznaczała rywalizacji z kontynentalnymi średniakami. Kilka miesięcy wcześniej Monaco grało w finale Ligi Mistrzów, choć latem najważniejsi zawodnicy zmienili kluby. Deportivo awansowało do półfinału Champions League, notując niewiarygodny rewanż z Milanem, wygrany 4:0.

Piłkarze Beniteza walczyli o wyjście z grupy do ostatniej kolejki. Ostatecznie zajęli drugie miejsce za Monaco, wyprzedzając Olympiakos tylko dzięki lepszemu bilansowi bramkowemu w bezpośrednich spotkaniach. W 1/8 finału Liverpool trafił na Bayer Leverkusen. Dla polskich kibiców mecz miał dodatkowy podtekst, bo oto naprzeciwko siebie stawali dwaj reprezentanci: Jerzy Dudek i Jacek Krzynówek. Liverpool dwukrotnie wygrał 3:1. W pierwszym meczu Dudek popełnił błąd, który skutkował honorowym golem dla niemieckiego zespołu, a w rewanżu jedyne trafienie w barwach Aptekarzy zanotował Krzynówek.

W ćwierćfinale na Liverpool czekał Juventus. Jerzy Dudek nie zagrał w pierwszym meczu z powodu kontuzji odniesionej w meczu reprezentacji. Między słupkami stanął pozyskany w zimowym okienku transferowym z Charltonu Scott Carson. The Reds wygrali 2:1, a w rewanżu, już z Dudkiem w bramce zremisowali 0:0.

W półfinale doszło do wewnętrznej rywalizacji angielskiej. Po jednej stronie stanął Liverpool, a po drugiej Chelsea Londyn, którą przed sezonem objął José Mourinho, mistrz zagrywek psychologicznych i wszelkiego rodzaju przedmeczowych wojenek. Rywalizacją żyła cała Anglia, a Mourinho podsycał atmosferę mówiąc, że bardzo chciałby mieć w swoich szeregach Stevena Gerrarda, kapitana Liverpoolu.

O dwumeczu mówiło się jeszcze przez kilka dni po jego zakończeniu, choć niekoniecznie z takiego powodu, jakiego życzyłby sobie portugalski szkoleniowiec. Rywalizację rozstrzygnął jeden gol Luisa Garcii, porównywany z trafieniem Geoffa Hursta z finału mistrzostw świata w 1966 r.

Na Stamford Bridge padł bezbramkowy remis. Po niespełna 240 sekundach rewanżu w Liverpoolu gospodarze prowadzili 1:0. Nigdy tak naprawdę nikt nie uzyskał pewności czy piłka po strzale Hiszpana przekroczyła linię bramkową. Powtórki były pokazywane z takich ujęć, że nawet gdyby wtedy sędziowie mieli możliwość skorzystania z systemu VAR, to mieliby problem z rzetelnym zweryfikowaniem tej sytuacji. Tak naprawdę można by ją rozstrzygnąć tylko za pomocą goal-line technology, którą zaczęto stosować kilka lat później.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…