Krzyk mordowanych zagłuszony euforią kibiców – jak w środku brudnej wojny cały świat oglądał brudne mistrzostwa. Argentyna ’78

Francuski ruch oporu

W 1978 niemal każdy w Argentynie wiedział już o „znikniętych”, choć nie wszyscy do końca rozumieli, co tak naprawdę się dzieje. Wiedziało też coraz więcej ludzi na Zachodzie, a prym w protestach przeciw rządom Videli wiodła Francja. Pod koniec 1977 grupa francuskich dziennikarzy i intelektualistów utworzyła C.O.B.A. – komitet nawołujący do bojkotu MŚ w Argentynie. Organizacja próbowała przekonać „Les Bleus”, ale też drużyny narodowe Szwecji, Hiszpanii, Włoch, Holandii i Szkocji do pozostania w domu.

Tuż przed wylotem „Trójkolorowych” do Buenos Aires doszło nawet do porwania trenera Francji, Michela Hidalgo, choć za to odpowiedzialna była już skrajnie lewicowa grupa, która chciała zwrócić uwagę świata i francuskiej publiki na moralnie wątpliwe działania swoich rodaków – Francja była bowiem głównym eksporterem wyposażenia wojskowego do Argentyny, czym oczywiście przykładała rękę do mordowania Argentyńczyków będących zagrożeniem dla władzy. Francuzi, tak jak i wszyscy pozostali, na turniej ostatecznie polecieli, choć ekipa z Michelem Platinim odpadła w pierwszej rundzie grupowej, w której przegrała m.in. z „Albicelestes”.

Podrasujcie nam dyktaturę

Amnesty International wydało oświadczenie, w którym zaznaczyło, że „sportu nie da się oddzielić od polityki”. AI podkreśliło, że podczas turnieju Argentyna może wydać się spokojnym, bezpiecznym krajem, podczas gdy tak naprawdę codziennie torturowani i mordowani są tam niewinni ludzie. Videla doskonale o tym wiedział. Dołożył więc wszelkich starań, żeby nic nie pokrzyżowało planów jego junty i, wbrew przepisom FIFA, powołał specjalny rządowy zespół ds. organizacji imprezy (organy państwowe nie mogły być bezpośrednio zaangażowane w przygotowanie turnieju). Zatrudnił też amerykańskich speców od PR-u z firmy Burson-Marsteller. W nowojorskiej siedzibie Bursona dołożono wszelkich starań, żeby wypromować pozytywny obraz Argentyny skupiony wokół jej rzekomej stabilności i bezpieczeństwa.

Buenos Aires - Monserrat: Plaza de Mayo - Guerra de las Malvinas crosses
Plazo de Mayo – Od 1977 roku na placu spotykają się co tydzień Madres de la Plaza de Mayo (pol. “Matki z Plaza de Mayo”), matki, które domagają się informacji o dzieciach, które zaginęły w okresie rządów dyktatury wojskowej (źródło: flickr.com)

Punktem centralnym kampanii rzecz jasna – Copa Mundial de Fútbol de 1978. Amerykanie współpracowali z Videlą raczej chętnie. W okresie zimnej wojny każdy rząd, który był antykomunistyczny, był z automatu sojusznikiem USA, zgodnie z zasadą „he may be a bastard, but he’s our bastard” (pol. „może być łajdakiem, ale to nasz łajdak”). To, że większość tych rządów stanowili okrutni, psychopatyczni dyktatorzy, nie miało już w Waszyngtonie większego znaczenia (dla przeciwwagi – identyczne podejście miał ZSRR do antyamerykańskich państw socjalistycznych).

A o ekipie Jorge Videli, antykomunistycznej przecież, myślano w Stanach ciepło, choć właściwie tylko dlatego, że nie stała ona po stronie ZSRR. Ameryka łacińska, jako poletko największego światowego mocarstwa, była niezwykle istotnym elementem w zimnowojennej układance. Trzeba jednak podkreślić, że prezydent Jimmy Carter (objął urząd w styczniu 1977) był wobec junty krytyczny, a czym bliżej MŚ, tym bardziej na taką krytykę sobie pozwalał.

Podobnie jak w Brazylii w 2014 „wyczyszczono” też dzielnice biedy w miastach-gospodarzach i nie mamy tu wcale na myśli zbierania śmieci z chodników oraz odnawiania budynków. Oczy całego świata, a zwłaszcza Zachodu, nie mogły przecież zobaczyć, że kraina nad Río de la Plata niekoniecznie mlekiem i miodem płynie.

W politykę to my się, proszę państwa, nie mieszamy

Ostatecznie wszystko poszło zgodnie z planem. Oficjalne otwarcie turnieju, poprzedzające pierwszy mecz gospodarzy (drugi w turnieju, bo kilka godzin wcześniej Włosi pokonali Francuzów 2:1), na żywo na Monumental oglądało 71 tysięcy kibiców. „Dziś dzień radości dla naszego kraju, dla naszego narodu. Dziś inauguracja Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Tysiące kobiet i mężczyzn z najdalszych zakątków globu zaszczyciło nas swoją obecnością, a wszystko to w atmosferze wzajemnego szacunku” – mówił Videla, a jego mowę przerywały głośne brawa. Było też coś o przyjaźni międzyludzkiej, współistnieniu w różnorodności, budowaniu pokoju, a nawet, uwaga, o rycerskości. No, było dokładnie to, czego można się było spodziewać po dyktatorze terroryzującym swój kraj podczas inauguracji największego wydarzenia w świecie sportu. Videla był w centrum uwagi, ale najważniejsze, że tego dnia o Argentynie mówiło się głównie w kontekście piłki nożnej. Część planu została wykonana.

No i, nie zapominajmy o samym futbolu, Argentyna wygrała z Węgrami 2:1 po golach Leopoldo Luque i Daniela Bertoniego.

Obok Videli był tego dnia szef FIFA, João Havelange i kardynał Argentyny – Juan Carlos Aramburu przekazujący błogosławieństwo od papieża Pawła VI. Z Havelangem wiąże się bardzo ciekawa historia. Brazylijczyk był naciskany, żeby przenieść MŚ do Brazylii, ale pozostał przy Argentynie pod warunkiem, że ta uwolni syna brazylijskiego dyplomaty – Paulo Antonio Paranaguá przetrzymywany był w Argentynie, dokąd wcześniej… uciekł z Brazylii. Przed tamtejszym reżimem, rzecz jasna. Sama FIFA zresztą też ma swoje za uszami, ponieważ jej delegacja była w Argentynie przed mistrzostwami, ale stwierdziła, że jej działacze nie są politykami i nie będą się w politykę mieszać. Oczywiście – FIFA nie miesza się w politykę. Jasna sprawa, wierzymy na słowo.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…