Krzyk mordowanych zagłuszony euforią kibiców – jak w środku brudnej wojny cały świat oglądał brudne mistrzostwa. Argentyna ’78

Apetyt rośnie w miarę jedzenia

Juncie nie wystarczyła jednak sama organizacja mundialu. Żeby sukces był pełny, a świat jeszcze bardziej zachwycony, Argentyna musiała zajść jak najdalej. A najlepiej, żeby zdobyła mistrzostwo. Żeby powstrzymać odpływ talentu do Europy, 66 najlepszych argentyńskich piłkarzy dostało zakaz akceptowania ofert z zagranicy. Listę dostarczył sam trener reprezentacji – César Luis Menotti. Nie był on jednak częścią brudnej, rządowej machiny. Menotti zwyczajnie nie miał wyjścia, sam był zresztą osobą o sympatiach raczej lewicowych. W efekcie jedynym piłkarzem grającym poza Argentyną w 22-osobowej kadrze był jej największy gwiazdor – Mario Kempes, ówczesny snajper Valencii. Argentynie szło dobrze, choć nie rewelacyjnie. W pierwszej rundzie grupowej zajęła drugie miejsce, przegrywając z Włochami.

Druga runda to zwycięstwo nad Polską (2:0) oraz bezbramkowy remis z Brazylią. W ostatnim meczu, z Peru, Argentyna musiała wygrać co najmniej czterema golami. Zwycięzca grupy w drugiej rundzie trafiał bezpośrednio do finału, zespołom z drugiego miejsca zostawała gra o brąz. Peruwiańczycy, czarny koń turnieju, po dwóch porażkach mieli już posprzątane i mogli zagrać na luzie. Brazylia kilka godzin wcześniej zrobiła swoje pokonując Polskę 3:1 i mogła w miarę spokojnie oczekiwać na mecz Argentyny z niewygodnym przecież rywalem. To, co zdarzyło się na Estadio Gigante de Arroyito w Rosario, do dziś owiane jest sporą tajemnicą, której do końca chyba nigdy nie rozwiążemy. Fakty, które przedostały się do opinii publicznej powodują jednak, że po tylu latach mecz ten przez wielu uznawany jest za najbrudniejszy w historii mistrzostw świata i dyskusje o nim nigdy się nie skończą. Podyskutujmy i my.

Co Wy wiecie o ustawianiu?

„Panowie, chciałem Wam jedynie powiedzieć, że dzisiejszy mecz to pojedynek braterski, i w imię tego latynoamerykańskiego braterstwa niech wszystko potoczy się szczęśliwie. Cały kontynent na Was patrzy”. Czyje to słowa? Trenera Argentyny? Peru? Sędziego? Papieża? Nie, ich autorem był – wiemy, że już wiecie – Jorge Videla we własnej osobie. Nie byłoby w tym może jeszcze nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że powiedział to do Peruwiańczyków. Tuż przed wyjściem na murawę. Powiedział to tylko do nich, bo szatni argentyńskiej nie odwiedził.

A już chyba najciekawszy był fakt, że zrobił to w towarzystwie… Henry’ego Kissingera. Kissinger nie był już wtedy sekretarzem stanu (był nim do stycznia 1977), nie reprezentował oficjalnie państwa amerykańskiego, więc wizyta była tym bardziej dziwna. Wiele wskazywało na to, że panowie są dobrymi znajomymi i że darzą się sympatią. W dniu meczu Argentyny z Peru Videla i Kissinger zjedli razem obiad, a następnie udali się do Rosario, aby obejrzeć spotkanie.

Argentyna wygrała 6:0 i pewnie awansowała do finału. Część relacji z Peru sugeruje, że jeszcze jeden dobry kumpel Videli mógł mieć spory udział w tym przekonującym zwycięstwie. W Peru rządził wtedy, również dyktatorską ręką, Francisco Morales-Bermúdez. W jaki sposób to właśnie on miał wpłynąć na wynik tego spotkania? Porwaniem, torturami, a ostatecznie ustawieniem wyniku. Nic prostszego, prawda?

Genaro Ledesma był w owym czasie peruwiańskim senatorem i działaczem związkowym. Dziś opowiada, że układ był prosty – w zamian za odpuszczenie meczu Argentynie, Morales-Bermúdez miał dostarczyć Videli grupę swoich przeciwników politycznych (wśród nich Ledesmę), aby ten ich… „zniknął”. Ledesma jest dziś cały i zdrowy, nie precyzuje jednak, w jaki sposób udało mu się uniknąć śmierci. Trudno ocenić wiarygodność tej historii, ale z pewnością dodaje ona dodatkowego smaczku temu i tak już tajemniczemu meczowi. Jeżeli Videla w jakiś sposób wpłynął na graczy Peru, to albo opłacił część z nich albo zwyczajnie zastraszył – wizytą w szatni lub też bardziej bezpośrednio, zakulisowo. Tego najpewniej nie dowiemy się już nigdy. Śmiało można jednak postawić dolary przeciw orzechom na to, że mecz, który dał Argentynie finał, nie był czysty.

Sam Morales-Bermúdez kilka lat temu zapewnił, że owszem, Videla zastraszył jego rodaków i że w grę wchodziły pieniądze, ale on sam nie miał z tym nic wspólnego. Były dyktator Peru w 2017 roku został skazany przez włoski sąd, in absentia, na karę dożywocia. Zarzut? Zbrodnie przeciwko ludzkości. Proszę wybaczyć nasz sceptycyzm co do słów Moralesa-Bermúdeza, ale coś nam mówi, że nie jest to człowiek godny zaufania.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…