Brudne mistrzostwa. Argentyna 1978

Czas czytania: 13 m.

Estadio Monumental – jeden z kilku symboli argentyńskiego futbolu. Położony przy Avenida Presidente Figueroa Alcorta stadion, na którym dziś swoje mecze rozgrywa River Plate, góruje nad dzielnicą Núñez w Buenos Aires. W 1978 to właśnie tam „Albicelestes” pokonali Holendrów 3:1 w finale mistrzostw świata i po raz pierwszy sięgnęli po najważniejsze w piłce trofeum. Do Monumental jego nazwa pasuje idealnie – jest olbrzymi i, choć nadgryziony zębem czasu, wciąż na swój sposób piękny. Kilka ulic od tej futbolowej ikony znajduje się ESMA – Escuela Superior de Mecánica de la Armada – wyższa szkoła dla mechaników marynarki wojennej. Budowla równie ikoniczna, choć powód jej sławy jest zgoła inny. ESMA stała się bowiem symbolem krwawej wojskowej dyktatury. Kiedy Daniel Passarella wznosił puchar za triumf nad całym piłkarskim światem na Monumental, ESMA była gospodarzem trochę innych igrzysk. To tam podczas wojskowego terroru „zniknięto” kilkadziesiąt tysięcy ludzi.

Jak zwykle przy okazji takich opowieści konieczne jest nakreślenie tła historyczno-politycznego. Choć mówienie tu o tle chyba nie do końca oddaje sedno sprawy. Junta rządząca Argentyną w trakcie mundialu ’78 odegrała bowiem tak potężną rolę, że być może to piłkarskie zmagania należałoby nazwać drugoplanowymi. Bez Mario Kempesa Argentyna nie sięgnęłaby po złoto. Niewykluczone, że nie zrobiłaby tego też bez drugiego absolutnie kluczowego zawodnika.

Mowa tu o Jorge Videli, człowieku od czarnej, bardzo czarnej, roboty. Jeżeli nie kojarzycie ów jegomościa z boiska, nie szukajcie składów z tamtych czasów. Videla nie był piłkarzem. Był ówczesnym dyktatorem Argentyny, niezwykle zaangażowanym w to, co działo się na argentyńskich boiskach. Czy raczej poza nimi, bo jego praca była zdecydowanie zakulisowa. Do dziś nie do końca wiemy, jak wielki wpływ miał na ostateczne rozstrzygnięcia podczas tamtych mistrzostw. Jest to jednak dylemat z serii: duży czy bardzo duży?

RiverPlateStadium
Estadio Monumental (źródło: commons.wikimedia.org)

Dyktatura w wersji beta…

Argentyna już w latach 60-tych ogarnięta była chaosem. Videla nie był pierwszym dyktatorem, który zdobył tam władzę, choć demokracja starała się regularnie kontratakować. Decyzja o przyznaniu Argentynie organizacji Mistrzostw Świata zapadła w lipcu 1966, chwilę przed tym, jak Anglia na własnym terenie została najlepszą drużyną globu. Tydzień przed tą niezwykle ważną decyzją w Argentynie doszło do, a jakże, wojskowego zamachu stanu. Demokratycznie wybrany prezydent Arturo Umberto Illia, który w 1963 stanął na czele kraju, został obalony przez Juana Carlosa Onganíę. Wojskowy reżim zainstalował się wygodnie w Buenos Aires i Argentyńczycy mogli zapoznać się z wersją beta tego, co miało ich czekać 10 lat później.

REKLAMA 2
Brudne mistrzostwa. Argentyna 1978 9

Junta Onganíi rozwiązała Kongres, tradycyjnie trzymała krótko uniwersytety, które, też tradycyjnie, były centrum ruchu oporu wobec dyktatury. Całą rzeszę partii politycznych uznano za nielegalne. Wszechobecna była cenzura prasy i literatury, a wielu ludzi, z którymi nie po drodze miał reżim, trafiło do więzienia. Onganía musiał ustąpić ze stanowiska prezydenta w 1970 w wyniku… tak, zgadliście – wojskowego zamachu stanu. 3 lata później demokracja znowu zawitała do kraju – Juan Perón, który wrócił do ojczyzny po 20 latach wygnania – zdobył prezydenturę w wolnych wyborach.

1024px Ex President Juan Domingo Peron van Argentinie kop Bestanddeelnr 926 0239 cropped
Juan Perón (źródło: commons.wikimedia.org)

Perón rządził tylko rok – zmarł w 1974, a władzę, zgodnie z konstytucją, przekazano jego żonie. Trzeciej żonie, żeby była jasność, czyli Isabel, która była jego wiceprezydentem. Stabilizacji jak nie było wcześniej, tak brakło jej i tym razem. W 1976, zaledwie dwa lata przed mundialem, doszło do – nietrudno się domyślić – kolejnego wojskowego zamachu stanu. Junta, na czele której stanął generał Jorge Rafael Videla Redondo, obaliła Isabel Perón i, jak miało się później okazać, była jedną z największych katastrof, jakie spotkały naród argentyński w całej jego historii. A w środku tej katastrofy, jak na ironię, Argentynę spotkała jedna z największych wiktorii w jej dziejach. Zanim dojdziemy do tego triumfu, poznajmy się nieco z naszym dzisiejszym (anty)bohaterem.

… i w wersji premium

Videla był szóstym wojskowym w XX wieku, który przejął władzę w Argentynie, którą nękały wtedy potężne problemy ekonomiczne. To, co on i jego ludzie zrobili Argentyńczykom, nie mogło jednak równać się z poprzednimi pięcioma dyktaturami. Videla był ambitny, bez dwóch zdań. Terror wobec swoich politycznych i cywilnych przeciwników wprowadził więc na zupełnie inny poziom. Jest to kolejny dramatyczny rozdział napisany przez ludzkość w niesamowicie brutalnym i obfitym w psychopatycznych przywódców XX wieku. Choć trzeba tu oddać Videli pewną sprawiedliwość – był co najmniej ligę niżej od najsławniejszych zbrodniarzy dwudziestego stulecia. Osiągnięcia w niechlubnej dyscyplinie katowania swoich rodaków miał jednak bynajmniej niemałe. Urodzony w 1925 roku w Mercedes w prowincji Buenos Aires Videla, przy pomocy swoich podwładnych, całkowicie sterroryzował i sparaliżował Argentynę.

Podobnie jak wcześniej, Kongres Narodowy został rozwiązany, a działalność opozycji stłamszona. Rozpoczął się terror wobec ludzi podejrzanych o nieprzychylne nastawienie do nowych władz. Centralnym punktem tych działań były obozy koncentracyjne, w których przeciwnicy reżimu byli „znikani”. Brzmi to nieco pokracznie, stąd cudzysłów, ale idealnie oddaje sens tamtych zdarzeń. Ludzie, czasami rzeczywiście związani z opozycją (głównie lewicową), ale zwykle jednak pokojowi aktywiści, intelektualiści, artyści, studenci czy dziennikarze, trafiali do tych obozów, a następnie znikali.

Czy też właśnie byli „znikani” na zawsze, a ich rodziny nigdy nie dowiedziały się, co stało się z ich bliskimi. Czasami po kilku miesiącach za kratami, czasami po kilku latach, często poddawani torturom, byli następnie mordowani. Sposoby eliminacji bywały najzwyklejsze na świecie, ale bywały też bardzo wyrafinowane. Jeden z najbardziej przerażających przypadków to zniknięcie, a raczej morderstwo, dwóch francuskich zakonnic, które, o ironio, przed 1976 opiekowały się niepełnosprawnym synem Videli. Léonie Duquet i Alice Domon najpierw były torturowane, a następnie zrzucone z samolotu do Río de la Plata. W Río de la Plata kończyły też, również zrzucane z samolotu, noworodki odbierane więźniarkom zaraz po narodzinach. Egzekucje te nazwane zostały lotami śmierci.

Terror nie taki sekretny

La Plata Rugby Club, w którego szeregach dość powszechne były lewicowe poglądy, stracił w tym okresie 18 swoich członków. Innym „sportowym” centrum tortur, bo to chyba najwłaściwsza nazwa dla tych miejsc, był Club Atlético. I nie chodzi tu o byle jaki klub, bo o wielką Bocę. Sama Boca nie miała z nim nic wspólnego – nazwa to rezultat położenia obozu. Do La Bombonery był od niego rzut beretem.

Dziś szacuje się, że w latach 1976-1982 zginęło od 13 do nawet 30 tysięcy, zwykle zupełnie niewinnych, ludzi. Zdecydowana większość z nich pozbawiona życia została w takich centrach, jak te dwa wspomniane wyżej. Żadne z nich nie mogło jednak równać się z ESMA. To tam uwięziono aż 5000 osób. 4850 z nich nie przeżyło gehenny – przesłuchań i tortur, a następnie egzekucji. Część z nich zginęła od strzału w głowę, część w wyniku lotów śmierci.

1024px Madres y Abuelas entrando a la ESMA en el acto de traspaso de la ESMA
Matki i babcie zamordowanych w ESMA (źródło: commons.wikimedia.org)

Centra tortur rzekomo miały być sekretne. I w teorii takie były, ale makabryczne jest to, że większość z nich umiejscowiona była w centrach dużych miast. Najciemniej zawsze pod latarnią, nieprawdaż? A jeśli jeszcze mało makabrycznych faktów, to warto uświadomić sobie, że gdy całe Monumental wybuchało rykiem tysięcy kibiców po golach dla Argentyny, doskonale było to wszystko słychać w ESMA. Ten czarny w historii Argentyny okres nazywamy brudną wojną, po hiszpańsku: la guerra sucia. I tak, jak brudne były rządy Videli i jego junty, tak brudne, a może i brudniejsze, były argentyńskie mistrzostwa świata.

REKLAMA 2
Brudne mistrzostwa. Argentyna 1978 10

Dajcie mi igrzyska, a znajdę Wam władzę, które ją wybielą

Ci, którzy uważają, że sport nie ma nic wspólnego z polityką albo nie wiedzą nic o sporcie albo nie znają się na polityce.

Gerardo Caetano, były urugwajski piłkarz, historryk

Videla nie lubił futbolu i, podobnie jak większość wojskowych (z pewnymi wyjątkami) w jego juncie, nie miał o nim zielonego pojęcia. Uważał, że jest nudnym, przeciętnym sportem. Osobiście doceniał go wyłącznie jako symbol transcendencji. Nie był jednak głupi, toteż doskonale rozumiał, że w Argentynie, i nie tylko, jest to niemal religia. Źródło pasji dla milionów ludzi w jego kraju i na całym świecie. Nie mógł więc przepuścić okazji, żeby wykorzystać MŚ ’78 do swoich politycznych celów. Imprezę określił mianem interesu narodowego.

1024px Vladimir Putin FIFA World Cup Trophy Tour kick off ceremony
Władimir Putin z Pucharem Świata (źródło: commons.wikimedia.org)

Sport zawsze był doskonałym narzędziem wybielania nieefektywnych rządów. Jak odwrócić uwagę od kulejącej gospodarki? Zapytajcie o to w RPA (MŚ 2010). Od skandali korupcyjnych? Rady udzielą Wam w Brazylii (MŚ 2014). Od interwencji zbrojnych bez poszanowania prawa międzynarodowego? Kilka tęgich głów znajdziecie w Rosji (MŚ 2018). Problemy ekonomiczne, a do tego dziesiątki tysięcy zamordowanych i coraz większa międzynarodowa krytyka krwawego, wojskowego, autorytarnego reżimu? Generał Videla – ekspert od sportwashingu – jest do państwa usług. Jeśli nie jesteście zaznajomieni z tym pojęciem, to w najkrótszej z możliwych definicji jest to właśnie ocieplanie wizerunku poprzez sport.

Francuski ruch oporu

W 1978 niemal każdy w Argentynie wiedział już o „znikniętych”, choć nie wszyscy do końca rozumieli, co tak naprawdę się dzieje. Wiedziało też coraz więcej ludzi na Zachodzie, a prym w protestach przeciw rządom Videli wiodła Francja. Pod koniec 1977 grupa francuskich dziennikarzy i intelektualistów utworzyła C.O.B.A. – komitet nawołujący do bojkotu MŚ w Argentynie. Organizacja próbowała przekonać „Les Bleus”, ale też drużyny narodowe Szwecji, Hiszpanii, Włoch, Holandii i Szkocji do pozostania w domu.

Tuż przed wylotem „Trójkolorowych” do Buenos Aires doszło nawet do porwania trenera Francji, Michela Hidalgo, choć za to odpowiedzialna była już skrajnie lewicowa grupa, która chciała zwrócić uwagę świata i francuskiej publiki na moralnie wątpliwe działania swoich rodaków – Francja była bowiem głównym eksporterem wyposażenia wojskowego do Argentyny, czym oczywiście przykładała rękę do mordowania Argentyńczyków będących zagrożeniem dla władzy. Francuzi, tak jak i wszyscy pozostali, na turniej ostatecznie polecieli, choć ekipa z Michelem Platinim odpadła w pierwszej rundzie grupowej, w której przegrała m.in. z „Albicelestes”.

Podrasujcie nam dyktaturę

Amnesty International wydało oświadczenie, w którym zaznaczyło, że „sportu nie da się oddzielić od polityki”. AI podkreśliło, że podczas turnieju Argentyna może wydać się spokojnym, bezpiecznym krajem, podczas gdy tak naprawdę codziennie torturowani i mordowani są tam niewinni ludzie. Videla doskonale o tym wiedział. Dołożył więc wszelkich starań, żeby nic nie pokrzyżowało planów jego junty i, wbrew przepisom FIFA, powołał specjalny rządowy zespół ds. organizacji imprezy (organy państwowe nie mogły być bezpośrednio zaangażowane w przygotowanie turnieju). Zatrudnił też amerykańskich speców od PR-u z firmy Burson-Marsteller. W nowojorskiej siedzibie Bursona dołożono wszelkich starań, żeby wypromować pozytywny obraz Argentyny skupiony wokół jej rzekomej stabilności i bezpieczeństwa.

Punktem centralnym kampanii rzecz jasna – Copa Mundial de Fútbol de 1978. Amerykanie współpracowali z Videlą raczej chętnie. W okresie zimnej wojny każdy rząd, który był antykomunistyczny, był z automatu sojusznikiem USA, zgodnie z zasadą „he may be a bastard, but he’s our bastard” (pol. „może być łajdakiem, ale to nasz łajdak”). To, że większość tych rządów stanowili okrutni, psychopatyczni dyktatorzy, nie miało już w Waszyngtonie większego znaczenia (dla przeciwwagi – identyczne podejście miał ZSRR do antyamerykańskich państw socjalistycznych).

A o ekipie Jorge Videli, antykomunistycznej przecież, myślano w Stanach ciepło, choć właściwie tylko dlatego, że nie stała ona po stronie ZSRR. Ameryka łacińska, jako poletko największego światowego mocarstwa, była niezwykle istotnym elementem w zimnowojennej układance. Trzeba jednak podkreślić, że prezydent Jimmy Carter (objął urząd w styczniu 1977) był wobec junty krytyczny, a czym bliżej MŚ, tym bardziej na taką krytykę sobie pozwalał.

Podobnie jak w Brazylii w 2014 „wyczyszczono” też dzielnice biedy w miastach-gospodarzach i nie mamy tu wcale na myśli zbierania śmieci z chodników oraz odnawiania budynków. Oczy całego świata, a zwłaszcza Zachodu, nie mogły przecież zobaczyć, że kraina nad Río de la Plata niekoniecznie mlekiem i miodem płynie.

W politykę to my się, proszę państwa, nie mieszamy

Ostatecznie wszystko poszło zgodnie z planem. Oficjalne otwarcie turnieju, poprzedzające pierwszy mecz gospodarzy (drugi w turnieju, bo kilka godzin wcześniej Włosi pokonali Francuzów 2:1), na żywo na Monumental oglądało 71 tysięcy kibiców. „Dziś dzień radości dla naszego kraju, dla naszego narodu. Dziś inauguracja Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Tysiące kobiet i mężczyzn z najdalszych zakątków globu zaszczyciło nas swoją obecnością, a wszystko to w atmosferze wzajemnego szacunku” – mówił Videla, a jego mowę przerywały głośne brawa. Było też coś o przyjaźni międzyludzkiej, współistnieniu w różnorodności, budowaniu pokoju, a nawet, uwaga, o rycerskości. No, było dokładnie to, czego można się było spodziewać po dyktatorze terroryzującym swój kraj podczas inauguracji największego wydarzenia w świecie sportu. Videla był w centrum uwagi, ale najważniejsze, że tego dnia o Argentynie mówiło się głównie w kontekście piłki nożnej. Część planu została wykonana.

No i, nie zapominajmy o samym futbolu, Argentyna wygrała z Węgrami 2:1 po golach Leopoldo Luque i Daniela Bertoniego.

Obok Videli był tego dnia szef FIFA, João Havelange i kardynał Argentyny – Juan Carlos Aramburu przekazujący błogosławieństwo od papieża Pawła VI. Z Havelangem wiąże się bardzo ciekawa historia. Brazylijczyk był naciskany, żeby przenieść MŚ do Brazylii, ale pozostał przy Argentynie pod warunkiem, że ta uwolni syna brazylijskiego dyplomaty – Paulo Antonio Paranaguá przetrzymywany był w Argentynie, dokąd wcześniej… uciekł z Brazylii. Przed tamtejszym reżimem, rzecz jasna. Sama FIFA zresztą też ma swoje za uszami, ponieważ jej delegacja była w Argentynie przed mistrzostwami, ale stwierdziła, że jej działacze nie są politykami i nie będą się w politykę mieszać. Oczywiście – FIFA nie miesza się w politykę. Jasna sprawa, wierzymy na słowo.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia

Juncie nie wystarczyła jednak sama organizacja mundialu. Żeby sukces był pełny, a świat jeszcze bardziej zachwycony, Argentyna musiała zajść jak najdalej. A najlepiej, żeby zdobyła mistrzostwo. Żeby powstrzymać odpływ talentu do Europy, 66 najlepszych argentyńskich piłkarzy dostało zakaz akceptowania ofert z zagranicy. Listę dostarczył sam trener reprezentacji – César Luis Menotti. Nie był on jednak częścią brudnej, rządowej machiny. Menotti zwyczajnie nie miał wyjścia, sam był zresztą osobą o sympatiach raczej lewicowych. W efekcie jedynym piłkarzem grającym poza Argentyną w 22-osobowej kadrze był jej największy gwiazdor – Mario Kempes, ówczesny snajper Valencii. Argentynie szło dobrze, choć nie rewelacyjnie. W pierwszej rundzie grupowej zajęła drugie miejsce, przegrywając z Włochami.

Druga runda to zwycięstwo nad Polską (2:0) oraz bezbramkowy remis z Brazylią. W ostatnim meczu, z Peru, Argentyna musiała wygrać co najmniej czterema golami. Zwycięzca grupy w drugiej rundzie trafiał bezpośrednio do finału, zespołom z drugiego miejsca zostawała gra o brąz. Peruwiańczycy, czarny koń turnieju, po dwóch porażkach mieli już posprzątane i mogli zagrać na luzie. Brazylia kilka godzin wcześniej zrobiła swoje pokonując Polskę 3:1 i mogła w miarę spokojnie oczekiwać na mecz Argentyny z niewygodnym przecież rywalem. To, co zdarzyło się na Estadio Gigante de Arroyito w Rosario, do dziś owiane jest sporą tajemnicą, której do końca chyba nigdy nie rozwiążemy. Fakty, które przedostały się do opinii publicznej powodują jednak, że po tylu latach mecz ten przez wielu uznawany jest za najbrudniejszy w historii mistrzostw świata i dyskusje o nim nigdy się nie skończą. Podyskutujmy i my.

Co Wy wiecie o ustawianiu?

„Panowie, chciałem Wam jedynie powiedzieć, że dzisiejszy mecz to pojedynek braterski, i w imię tego latynoamerykańskiego braterstwa niech wszystko potoczy się szczęśliwie. Cały kontynent na Was patrzy”. Czyje to słowa? Trenera Argentyny? Peru? Sędziego? Papieża? Nie, ich autorem był – wiemy, że już wiecie – Jorge Videla we własnej osobie. Nie byłoby w tym może jeszcze nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że powiedział to do Peruwiańczyków. Tuż przed wyjściem na murawę. Powiedział to tylko do nich, bo szatni argentyńskiej nie odwiedził.

A już chyba najciekawszy był fakt, że zrobił to w towarzystwie… Henry’ego Kissingera. Kissinger nie był już wtedy sekretarzem stanu (był nim do stycznia 1977), nie reprezentował oficjalnie państwa amerykańskiego, więc wizyta była tym bardziej dziwna. Wiele wskazywało na to, że panowie są dobrymi znajomymi i że darzą się sympatią. W dniu meczu Argentyny z Peru Videla i Kissinger zjedli razem obiad, a następnie udali się do Rosario, aby obejrzeć spotkanie.

REKLAMA 2
Brudne mistrzostwa. Argentyna 1978 11

Argentyna wygrała 6:0 i pewnie awansowała do finału. Część relacji z Peru sugeruje, że jeszcze jeden dobry kumpel Videli mógł mieć spory udział w tym przekonującym zwycięstwie. W Peru rządził wtedy, również dyktatorską ręką, Francisco Morales-Bermúdez. W jaki sposób to właśnie on miał wpłynąć na wynik tego spotkania? Porwaniem, torturami, a ostatecznie ustawieniem wyniku. Nic prostszego, prawda?

Genaro Ledesma był w owym czasie peruwiańskim senatorem i działaczem związkowym. Dziś opowiada, że układ był prosty – w zamian za odpuszczenie meczu Argentynie, Morales-Bermúdez miał dostarczyć Videli grupę swoich przeciwników politycznych (wśród nich Ledesmę), aby ten ich… „zniknął”. Ledesma jest dziś cały i zdrowy, nie precyzuje jednak, w jaki sposób udało mu się uniknąć śmierci. Trudno ocenić wiarygodność tej historii, ale z pewnością dodaje ona dodatkowego smaczku temu i tak już tajemniczemu meczowi. Jeżeli Videla w jakiś sposób wpłynął na graczy Peru, to albo opłacił część z nich albo zwyczajnie zastraszył – wizytą w szatni lub też bardziej bezpośrednio, zakulisowo. Tego najpewniej nie dowiemy się już nigdy. Śmiało można jednak postawić dolary przeciw orzechom na to, że mecz, który dał Argentynie finał, nie był czysty.

Sam Morales-Bermúdez kilka lat temu zapewnił, że owszem, Videla zastraszył jego rodaków i że w grę wchodziły pieniądze, ale on sam nie miał z tym nic wspólnego. Były dyktator Peru w 2017 roku został skazany przez włoski sąd, in absentia, na karę dożywocia. Zarzut? Zbrodnie przeciwko ludzkości. Proszę wybaczyć nasz sceptycyzm co do słów Moralesa-Bermúdeza, ale coś nam mówi, że nie jest to człowiek godny zaufania.

Zwieńczenie planu idealnego

W finale Argentyna pokonała po dogrywce „Oranje” 3:1. Mistrzostwo dały „Albicelestes” dwa trafienia Kempesa i jedno Bertoniego. Aż chce się powiedzieć, że jedno, a może i dwa, dołożył sam Jorge Videla. Po meczu na ulice wyszły tysiące Argentyńczyków. Wśród nich ci przetrzymywani w ESMA. Ich oprawcy, z więźniami z tyłu, ruszyli samochodami pod stadion, żeby pokazać im, że nikt się nimi nie przejmuje. Widok pijanych ze szczęścia rodaków dla większości z nich był ostatnim, co tak naprawdę w życiu zobaczyli. Potworną namiastką wolności.

Żeby dodać odrobinę blasku tej mrocznej historii koniecznie należy wspomnieć, że kilku więźniów, wśród nich filozof i były piłkarz Claudio Tamburrini, wykorzystało to zamieszanie i uciekło z piekła zwanego ESMA. To były jednak zaledwie jednostki. Niektórzy z graczy mistrzowskiej drużyny opowiadali w późniejszych latach, że mimo świadomości sytuacji starali się grać przede wszystkim dla narodu, dla wolności, a nie dla Videli i jego ludzi. Bramkarz „Albicelestes”, Ubaldo Fillol, lata później prosił wręcz o wybaczenie. Piłkarze nie mieli jednak tak naprawdę wyjścia. Odmowa gry, jakikolwiek protest czy ucieczka z kraju oznaczały w najlepszym wypadku więzienie, w najgorszym – pobyt w ESMA i pożegnanie się z życiem.

Upadek

Videla, jak każdy dyktator, nie liczył się z ewentualnymi konsekwencjami swoich działań. Videla miał być wieczny, a triumf Argentyny w MŚ w 1978 roku miał być do tej chwały dużym krokiem. W swojej mowie końcowej w hotelu Plaza w Buenos Aires ponownie zarzekał się, że mistrzostwa były symbolem pokoju. Podziękował ludziom, którzy pozwolili na organizację imprezy, bo dzięki temu świat zobaczył, do czego zdolny jest jego kraj.

Wszystko to na nic. Videla został zdetronizowany w wyniku wewnętrznych porachunków junty w 1981 roku, a 1985 wylądował za kratkami. Sama junta rozpadła się w 1982 po upokarzającej porażce w wojnie o Falklandy z Wielką Brytanią. Demokracja powróciła do kraju w 1983. Krwawy generał spędził w więzieniu zaledwie 5 lat. W 1990 został ułaskawiony przez prezydenta Carlosa Menema, który wypuścił nie tylko wielu członków junty, ale też należących do lewicowych bojówek przeciwników Videli. Kontrowersyjnie. Sam mówił, że to wszystko po to, żeby kraj mógł być odbudowany w pokoju.

Dyktator na krótko wrócił jeszcze do więzienia w 1998, kiedy uznano go winnym porwań dzieci, ale z powodu złego stanu zdrowia po 38 dniach został przeniesiony do aresztu domowego. Kilka razy jego procesy wznawiano w późniejszych latach, czego kulminacją był wyrok w wysokości 50 lat za kratkami. Rok później Videla zmarł w więzieniu. Nie doczekał państwowego, wojskowego pogrzebu. Niewielu po nim płacze, nikt o nim nie zapomni.

Estadio Monumental nie zmienił się prawie w ogóle od 1978. Ciągle stoi dumnie w północnej części miasta. Wciąż gra na nim wielkie River oraz reprezentacja Argentyny w swoich najważniejszych meczach. A ESMA? A ESMA ciągle istnieje, choć pod delikatnie inną nazwą i… 600 km od Buenos Aires. Tam, gdzie zamordowano tysiące Argentyńczyków, 700 metrów od Monumental, jest dziś muzeum. Nosi nazwę Przestrzeni dla Pamięci, Promocji i Obrony Praw Człowieka. Argentyna od tamtej pory kilkukrotnie bankrutowała i nie zawsze była wzorem demokracji, ale nigdy nie wróciła już na morderczą ścieżkę wydeptaną przez Videlę.

1024px
Muzeum ESMA (źródło: commons.wikimedia.org)

Co innego FIFA. Tak jak w XX wieku prawa do organizacji MŚ przyznawane autorytarnym reżimom można było jeszcze uznawać za wypadek przy pracy (oprócz Argentyny ’78 mieliśmy jeszcze np. Włochy Mussoliniego w 1938), tak w XXI wieku zaczyna to wyglądać na standard. Za niecałe dwa lata mundial w Katarze. Od lat docierają do nas informacje o fatalnych warunkach, w jakich pracują przy budowie stadionów i infrastruktury tamtejsi robotnicy przyjezdni. Kilka dni temu podano szacunkową liczbę ludzi, którzy przy tym projekcie stracili życie – 6500, co daje 12 osób tygodniowo.

Prawie wszystkie z nich to osoby z 5 krajów: Indii, Pakistanu, Nepalu, Bangladeszu i Sri Lanki, a w liczbie tej nie zawierają się ofiary z Filipin czy Kenii. Zdecydowana większość z nich była tam wyłącznie dlatego, że Katarowi organizację mistrzostw w ogóle przyznano (wszyscy pamiętamy w jakich okolicznościach). I choć sposób, w jaki stracili życie różni się jednak dość znacząco od tego (w Katarze to głównie zaniedbania BHP i łamanie praw pracowniczych), co widzieliśmy w Argentynie ponad 4 dekady temu, cel igrzysk jest ten sam – wybielić, za pomocą największej piłkarskiej imprezy świata, bezwzględnych zamordystów.

MIŁOSZ WOJTALA

  • History.com
  • Goal.com
  • The Guardian
  • Papelitos
  • NY Times en español
  • Panenka.org
  • Infobae.com
  • FIFA TV
  • Channel 4
[/su_spoiler]
Redakcja
Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. kontakt: 661-212-782, e-mail: redakcja@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl

Więcej tego autora

Powiązane

Advertismentspot_img

Najnowsze

Puchar Mistrzów 1964-65 – statystycznie

Zapraszamy do kolejnej części serii statystycznego podsumowania kolejnych edycji Pucharu Mistrzów. Tym razem sprawdzamy statystyki i ciekawostki związane z szóstą edycją tych rozgrywek, czyli sezonem 1964/64. Puchar Mistrzów...

Kultowe zdjęcia w historii piłki nożnej

Zdjęcie może zaciekawić równie mocno, co film. Zapraszamy do zestawienia kultowych piłkarskich fotografii.

Statystyki polskich piłkarzy w 2 i 3 lidze niemieckiej.

W tym artykule przedstawiamy zestawienie polskich piłkarzy, którzy kiedykolwiek występowali w 2 bądź 3 lidze niemieckiej.