Peter Shilton – bramkarz, który bił rekordy

Przez trzydzieści jeden lat zawodowo grał w piłkę nożną. Przez ten długi okres w Anglii wyłaniali się kolejni ligowi mistrzowie, zmieniali się selekcjonerzy reprezentacji, pojawiały się i gasły futbolowe gwiazdy, aż wreszcie nastała era Premier League. On w tym czasie bił kolejne indywidualne rekordy. Peter Shilton zajmuje szczególne miejsce na kartach historii angielskiego futbolu, chociaż przyglądając się jego karierze trudno oprzeć się wrażeniu, że w kategoriach zespołowych powinien wygrać zdecydowanie więcej.

Kibice Manchesteru United swego czasu wywieszali na trybunach wielki transparent z napisem: „1966 był dobrym rokiem dla angielskiego futbolu. Urodził się wtedy Eric”. To oczywisty pstryczek w nos fanów Trzech Lwów – to przecież rok zdobycia przez reprezentację Anglii jedynego w jej historii mistrzostwa świata, ale sympatykom Czerwonych Diabłów lepiej kojarzył się z datą narodzin Erica Cantony. 1966 był jedna dla angielskiej piłki bardzo dobrym rokiem i to nie tylko ze względu na wygraną w finale mundialu. Wówczas bowiem profesjonalną karierę rozpoczął Shilton.

Obsesja doskonałości

Urodził się 18 września 1949 roku w Leicester. To właśnie w miejscowym City rozpoczął swoją przygodę z piłką nożną. Początkowo ćwiczył samodzielnie na boisku Lisów, ponieważ treningi z drużyną juniorów mógł rozpocząć dopiero w wieku trzynastu lat. Wtedy też po raz pierwszy w akcji zobaczył go Gordon Banks, podstawowy bramkarz klubu i reprezentacji Anglii. George Davies, pierwszy trener Shiltona, powiedział Banksowi, że ten dzieciak już niedługo wygryzie go ze składy. Słysząc te słowa, doświadczony golkiper zaśmiał się głośno, jednak parę lat później zdecydowanie do śmiechu już mu nie było.

Już od dzieciństwa Peter robił wszystko, aby dojść na sam szczyt. Kochał grę na bramce i zawsze analizował swój każdy, nawet najmniejszy błąd. Tak bardzo martwił się o swoje słabe piąstkowanie, że rozwiązania szukał w ruchach bokserów. Po pewnym czasie worek bokserski stał się ważnym przyrządem w czasie jego bramkarskich treningów. Na boisku rozstawiał pachołki w różnych miejscach, aby doskonalić interwencje z każdej pozycji. Siłę poprawiał dzięki skokom na murek, z przyczepionym do pleców workiem kamieni. Z treningu nie schodził, dopóki nie poprawił jakiegoś elementu technicznego. Do tego strasznie wściekał się, gdy jego koledzy z obrony nie grali tak, jak on sam sobie zaplanował. Był tak nastawiony na karierę, że nie podszedł w ogóle do egzaminów na zakończenie szkoły. Gdy przerażona matka zapytała go co zrobi, gdy mu się nie uda, odpowiedział pewnym głosem:

Nigdy nawet o tym nie myślałem. Po prostu zamierzam odnieść sukces i już.

Talent Shiltona nie podlegał dyskusji, dlatego zadebiutował w pierwszym zespole Lisów pod koniec maja 1966 roku, mając jedynie szesnaście lat. Kilka tygodniu po tym meczu Anglia wywalczyła na własnym podwórku mistrzostwo świata, a w jej bramce stał Banks, który po urlopie wrócił ze złotym medalem do Leicester. Shilton był na tyle pewny swoich umiejętności, że w pewnym momencie postawił klubowi ultimatum – albo będzie numerem jeden, albo odejdzie. Władze zespołu postanowiły zaryzykować i ostatecznie postawić na niego. Banksa sprzedano do Stoke w 1967 roku, tłumacząc mu, że „najlepsze dni ma już prawdopodobnie za sobą”. The Potters wydali na niego 56 tysięcy funtów. Leicester miało więc nowego króla.

Transferowy rekord

Wejście do bramki Lisów jako numer jeden Shilton rozpoczął od mocnego uderzenia. I to dosłownie – w październiku 1967 roku… strzelił bramkę w spotkaniu z Southampton. W pewnym momencie wybił daleko zmierzającą ku niemu piłkę, czym tak zaskoczył swojego rywala po drugiej stronie boiska, że zdobył gola, a jego drużyna wygrała ostatecznie 5:1.

Shilton w barwach Leicester.

Drugi sezon nie był z pewnością taki, o jakim Peter marzył. Leicester wygrało zaledwie dziewięć meczów w lidze i spadło z First Division. Mieli szansę, aby łzy otrzeć przez zdobycie Pucharu Anglii – w finale przegrali jednak 0:1 z Manchesterem City. Dziewiętnastoletni wówczas Shilton stał się tamtego dnia jednym z najmłodszych bramkarzy, którzy wystąpili w finale FA Cup. Co ciekawe, bohater tekstu już nigdy nie dotarł do tego etapu krajowego pucharu. Po dwóch latach Lisy wygrały Second Division i wróciły do angielskiej elity. Tam przez kolejne sezony balansowały między łatką ligowego średniaka, a kandydatem do spadku. Shilton wciąż pozostawał bramkarzem numer jeden i z każdym występem zbierał coraz lepsze noty. W międzyczasie Bank, który ciągle bronił barw Stoke, z powodu fatalnego wypadku samochodowego został zmuszony do przedwczesnego zakończenia kariery (utracił wzrok w prawym oku). The Potters w poszukiwaniu jego następcy zgłosili się do sprawdzonego wcześniej miejsca. Przed startem sezonu 1974/75 wyłożyli na Petera 325 tysięcy funtów. Shilton tym samym pobił trzykrotnie rekord transferowy brytyjskiego bramkarza i przebił nawet kwotę, którą Juventus zapłacił za Dino Zoffa. W sumie w koszulce Lisów wystąpił w 286 spotkaniach ligowych.

W swoim pierwszym sezonie na Victoria Ground, bohater tekstu wraz z kolegami z drużyny długo dzielnie walczyli o ligowe podium, ale musieli uznać wyższość Leeds, Liverpoolu oraz Derby County i ostatecznie zajęli piątą lokatę. Rok później powtórzyli ten wyczyn. Kolejne sezony były już jednak słabsze, aż w końcu projekt Stoke budowany za wielkie pieniądze zaczął się sypać. Gdy klub ogłosił rekordową stratę w wysokości 450 tysięcy funtów, a później do tej kwoty doszedł jeszcze koszt naprawy zawalonej trybuny, pewne było, że drużynę czeka wyprzedaż. Z kolei sprzedaż najlepszych zawodników oznaczała zaciętą walkę o utrzymanie. Ostatecznie Stoke spadło z First Division na koniec sezonu 1976/77.

Mistrzowskie Forest

Wiadome było, że Shilton również odejdzie z klubu. Najbardziej zdeterminowany do sprowadzenia go był Brian Clough, który dopiero co awansował do najwyższej klasy rozgrywkowej z Nottingham Forest. Negocjacje utrudniał jednak fakt, że angielski bramkarz, jako jeden z pierwszych brytyjskich zawodników, miał swojego agenta. Przedstawicieli tego zawodu z kolei nienawidził Clough – na pierwszym spotkaniu do dwóch ludzi reprezentujących Shiltona… rzucał rakietami do squasha. Mimo paru przeszkód, transfer ostatecznie doszedł do skutku miesiąc po starcie ligi, a Forest przelali na konto Stoke 270 tysięcy funtów.

Jako bramkarz musisz być dobry w zarządzaniu ludźmi przed tobą i motywowaniu ich. Musisz wiedzieć, co się dzieje i reagować na zagrożenia. Podobnie jak dobry menadżer w biznesie.

Charyzmatyczny trener uwielbiał Petera. Jim Montgomerry, rezerwowy golkiper Nottingham, żartował nawet, że gdyby Clough nie był żonaty, to po podpisaniu kontraktu najchętniej poślubiłby Shiltona. Trudno się jednak dziwić, że czuł tak wielką sympatię do swojego nowego bramkarza. Gdy Anglik zawitał na City Ground, drużyna miała za sobą już pięć ligowych spotkań, w których straciła sześć bramek. Po jego przybyciu zespół wpuścił już tylko osiemnaście goli do końca sezonu. Efektem tej świetnej gry obronnej było wywalczone mistrzostwo kraju, zaledwie kilkanaście miesięcy po awansie z drugiej ligi! Za swoją postawę Shilton został uznany za Najlepszego Zawodnika Roku, a wyboru tego dokonali jego koledzy z boiska.

Shilton i Clough – związek doskonały.

W tym samym sezonie Forest zdobyło Puchar Ligi, jednak Peter nie mógł wystąpić w tych rozgrywkach, ponieważ wcześniej reprezentował w nich barwy Stoke. Rok później, już z Shiltonem między słupkami, powtórzyli wyczyn. Mieli szansę na klasycznego hat-tricka, jednak w trzecim kolejnym finale ulegli Wolverhampton, a jedyna bramka tamtego spotkania padła po błędzie bohatera tekstu, który w wyniku nieporozumienia zderzył się z kolegą z obrony i przepuścił nadlatującą piłkę. To, co zapewniło nieśmiertelność tamtej ekipie Forest, były dwa zwycięskie finały Pucharu Europy. Pierwszy raz w 1979 roku, a ich przeciwnikiem było szwedzkie Malmo. Tamten mecz Anglicy wygrali 1:0. Rok później identycznym wynikiem pokonali niemieckie HSV. W obu tych spotkaniach od pierwszej do ostatniej minuty wystąpił Shilton. Jak to zwykle w futbolu bywa, miodowe lata drużyny Clougha nie trwały wiecznie. Forest w kolejnych latach już nigdy nawet nie zbliżyło się do podobnych wyników, zarówno w kraju, jak i w Europie. Peter borykał się w tamtym czasie również z kłopotami pozasportowymi – rozpoczęły się wówczas jego długoletnie problemy z hazardami, parę razy także został przyłapany na prowadzeniu samochodu pod wpływem alkoholu. Wszystko to sprawiło, że w 1982 roku podjął decyzję o zmianie klubu.

Polska trauma

W tym miejscu należy przerwać opowieść o jego karierze klubowej i przybliżyć przygodę z kadrą narodową. Zadebiutował w niej w listopadzie 1970 roku, kiedy jeszcze bronił barw Leicester w drugiej klasie rozgrywkowej. Dostał wówczas szansę od Alfa Ramseya, a jego pierwszym przeciwnikiem było NRD. Anglicy tamten pojedynek wygrali 3:1, a pół roku później Shilton wraz z Lisami wrócił do pierwszej ligi. Swój pierwszy mecz o punkty. Przeciwko Szwajcarii (1:1), Peter rozegrał w trakcie eliminacji do Mistrzostw Europy 1972. W tamtym czasie niepodważalnym numerem jeden w bramce Trzech Lwów wciąż był Banks, ale jego dawny znajomy z Leicester w reprezentacyjnej hierarchii zajmował miejsce tuż za nim. Anglikom ostatecznie nie udało się awansować na wspomniane Euro, ale Shilton do końca roku rozegrał jeszcze dwa spotkania w narodowych barwach. Wkrótce po tym doszło do tragicznego wypadku Banksa, który zakończył jego karierę, a przed Peterem otworzyło możliwość wywalczenia miejsca w podstawowym składzie reprezentacji.

Bój o bluzę z numerem jeden Shilton stoczyć musiał z Rayem Clemencem, który w tamtym czasie był golkiperem Liverpoolu. Początkowo z tego starcia zwycięsko wyszedł bohater tekstu – w lecie 1973 roku w trzech kolejnych spotkaniach reprezentacji zachował czyste konto (przeciwko Irlandii Północnej, Szkocji i Walii), a chwilę później zaliczył swój dziesiąty mecz w narodowych barwach, w pojedynku z Czechosłowacją. Te mecze oznaczały, że to on stanie między słupkami w kluczowym starciu eliminacyjnym, które Anglia miała rozegrać w Chorzowie z Polską. Tam nic nie szło po myśli zawodników Trzech Lwów, a zwycięsko z tego spotkania wyszli biało-czerwoni (2:0). Ten wynik oznaczał, że podopieczni Alfa Ramseya musieli cztery miesiące później wygrać na Wembley, aby awansować do turnieju.

Ten mecz, jak wiadomo, od lat żyje już własną legendą. Gospodarze napierali na polską bramkę przez dziewięćdziesiąt minut, ale fenomenalny tamtego dnia Jan Tomaszewski dał się pokonać tylko raz, na dodatek dopiero z rzutu karnego. Wcześniej to goście wyszli na prowadzenie, za sprawą strzału Jana Domarskiego. Za utratę tego gola wielokrotnie obwiniano Shiltona, który sam później przyznawał, że popełnił błąd – murawa tamtego wieczoru była wyjątkowo śliska, a on niepotrzebnie podjął decyzję o łapaniu piłki. Anglicy co prawda wyrównali już po sześciu minutach i mieli niemal pół godziny na zdobycie zwycięskiego trafienia, ale Tomaszewski, nazywany przez Clougha „klaunem”, tego wieczoru nie musiał wyciągać futbolówki z siatki po raz drugi. Polacy zaliczyli więc swój Cud na Wembley, a zawodnicy Ramseya pożegnali się z szansą na wyjazd na mundial. On sam z kolei został zwolniony i zastąpiony wkrótce przez Dona Reviego. Nowy selekcjoner nie darzył Shiltona szczególnym zaufaniem, na co z pewnością miała wpływ jego feralna interwencja przeciwko Polsce – chociaż jak sam antybohater tamtego zajścia podkreślał w swojej autobiografii, był to jedyny błąd, jaki przytrafił mu się w czasie reprezentacyjnej kariery.

Bez przebaczenia

Anglii udało się zakwalifikować na Mistrzostwa Świata w 1982 roku, które rozgrywane były w Hiszpanii. Był to ich powrót na mundial po dwunastu latach. Shilton w eliminacjach odgrywał ważną rolę, dzięki czemu mógł chociaż w pewnym procencie nawiązaćw narodowych barwach do sukcesów, jakie odnosił na polu klubowym. Warto jednak zauważyć, że na tej rangi wydarzeniu Peter debiutował… w wieku 32 lat! To musiało być frustrujące dla bramkarza, który pierwsze spotkanie w lidze rozegrał jeszcze jako nastolatek. Anglicy na tym turnieju przeszli pierwszą fazę grupową, jednak w drugiej zajęli drugie miejsce i musieli się pożegnać z mistrzostwami. Shilton bronił we wszystkich spotkaniach. Kolejne eliminacje, tym razem do Euro 1984, nie były już tak udane i kadra Trzech Lwów ponownie nie pojawiła się na wielkiej imprezie. W międzyczasie jednak Peter zaliczył występ numer pięćdziesiąt, a niedługo potem numer siedemdziesiąt w reprezentacyjnej bluzie. Wkrótce także pobił należący do Banksa rekord meczów dla Anglii (73), dobijając w czasie zwycięskich eliminacji na Mistrzostwa Świata 1986 do okrągłych osiemdziesięciu spotkań.

Czego nie chciałoby się napisać o tamtym mundialu, to i tak wszystko rozbija się o ćwierćfinałowe starcie Anglików z Argentyną. Tamten pojedynek miał podtekst zarówno sportowy, jak i polityczny. Na czele ekipy z Ameryki Południowej kroczył oczywiście Diego Armando Maradona, który po pierwszych spotkaniach był zdecydowanie najjaśniejszą postacią turnieju. Obrońcom Trzech Lwów długo jednak udawało się skutecznie powstrzymywać jego ataki. W końcu jednak Maradona znalazł sposób na zdobycie gola, i jak wiadomo, nie był on zgodny z zasadami fair play – Argentyńczyk wyszedł w powietrze do dośrodkowania, walcząc o piłkę z Shiltonem, i skierował ją do bramki swoją  ręką. Sędziowie tamtego spotkania nie dopatrzyli się wówczas przewinienia i trafienie zostało uznane, co zszokowało angielską ekipę. Maradona opowiadał później, że gola strzeliła „Ręka Boga”.

Prawdopodobnie najsłynniejsza fotografia piłkarska. Maradona, Shilton i „Ręka Boga”.

Co ciekawe, sam Diego ledwie pół godziny po tym meczu miał się przyznać, że przy bramce pomagał sobie dłonią – przynajmniej tak twierdzi Terry Butcher, który spotkał się z nim w czasie kontroli antydopingowej. Z kolei Shilton przyznał kilkanaście tygodni temu, że nigdy nie wybaczy Argentyńczykowi tamtego zagrania:

Minęły 32 lata i miał naprawdę wiele okazji, aby przeprosić, ale nigdy tego nie zrobił. Podejrzewam zresztą, że już tego nie uczyni. Uważam, że futbol powinien łączyć ludzi, a jego zachowanie przeczy tej idei. Po tamtej „Ręce Boga” nigdy nie chciałem się z nim już spotkać, ponieważ byłem zdania, że powinien za nią przeprosić. Nigdy nie uścisnąłbym jego dłoni.

Niedługo po tamtym trafianiu Maradona dołożył drugie, które było już całkowicie zgodne z zasadami i uznawane jest za jedno z najpiękniejszych w historii piłki nożnej. Diego dostał piłkę na swojej połowie, a następnie minął jak tyczki pół angielskiego składu, położył na ziemię Shiltona i wpakował ją do pustej bramki. Argentyna wygrała ten ćwierćfinał, a kilkanaście dni później sięgnęła po Puchar Świata. Anglia znów wróciła do domu przed czasem. Mimo tego mało przyjemnego doświadczenia, Peter kontynuował grę dla reprezentacji. Przeszedł  z nią udanie przez eliminacje do Mistrzostw Europy 1988, ale na samym turnieju Anglicy wypadli bardzo słabo, zajmując ostatnie miejsce w grupie. Zdecydowanie lepiej poszło im na kolejnym mundialu, rozgrywanym w 1990 roku we Włoszech. Tam zaszli aż do półfinału, gdzie jednak przegrali po rzutach karnych z RFN. Ostatecznie nie mogli cieszyć się nawet z medalu, ponieważ przegrali mecz o trzecie miejsce z gospodarzami turnieju. Shilton zaliczył wówczas mecz numer 125 dla narodowej kadry – jak się później okazało, był to jego ostatni występ dla kraju. Do dziś pozostaje pod tym względem rekordzistą i raczej trudno będzie komukolwiek przebić kiedyś ten wyczyn.

Głównym czynnikiem występującym podczas serii rzutów karnych jest szczęście. Musisz pozostać spokojny i skupiony, ale zdecydowanie najbardziej potrzebujesz szczęścia.

Nieszczęsny flaming i kolejny rekordzista

Zanim jednak zakończył reprezentacyjną karierę, z powodzeniem przez lata grał dla różnych klubów. Cofnijmy się znów do 1982 roku – wówczas, po odejściu z Nottingham, zasilił szeregi Southampton. W żadnej drużynie nie dane mu już jednak było nawiązać do sukcesów z wcześniejszą ekipą Clougha (może poza wicemistrzostwem kraju w barwach Świętych w sezonie 1983/84). Przez pięć lat rozegrał dla Southmapton 188 meczów, aby na kolejne pięć sezonów przenieść się do Derby County, gdzie wystąpił w zbliżonej liczbie spotkań. Powoli zbliżał się wówczas do czterdziestych urodzin, a mimo to wciąż był pierwszym wyborem do bramki.

Ostatni moment, kiedy Shilton uścisnął dłoń Maradony.

Kolejnym etapem jego kariery było Plymouth Argyle. Tam przez trzy lata był grającym trenerem – to po części wyjaśnia, dlaczego, będąc już grubo po czterdziestce, rozegrał tam trzydzieści cztery mecze ligowe. Z tamtym miejscem związana jest również jedna z lepszych anegdot dotyczących Shiltona. Plymouth pod jego wodzą zaciekle walczyło o utrzymanie w Second Division w sezonie 1994/95 (wówczas był to już trzeci poziom rozgrywek – dwa lata wcześniej powstała dzisiejsza Premier League). Peterowi bardzo zależało, aby dodać wiary swoim zawodnikom i natchnąć ich do skutecznego wydostania się z dna tabeli. W jednej z przemów wykrzyknął do nich, że powstaną niczym „flaming z popiołów”. Po chwili niezręcznej ciszy ktoś przytomny zauważył, że słowem, którego trener chciał użyć, był raczej „feniks”*. Shilton, dwukrotny zdobywca Pucharu Europy i rekordowy reprezentant kraju, zrozumiał, że w jego mowie nie wszystko potoczyło się tak, jak to sobie zaplanował. Swoją wpadkę skomentował krótko:

Wiedziałem, że zaczynało się na literę „F”.

Mimo wspaniałych intencji, nie udało mi się utrzymać w lidze swojego klubu. Po degradacji Peter uznał, że najwyższy czas… na powrót na boisko. W 1995 roku, mając czterdzieści pięć lat, zasilił szeregi Wimbledonu. Przez następny rok przechodził jeszcze do trzech klubów, ale w sumie przez ten czas rozegrał tylko jeden mecz. Jego licznik ligowych gier zatrzymał się na 996, co nie dawało mu spokoju. Postanowił, że dobije do okrągłego tysiąca. Z takim zamiarem dołączył w listopadzie 1996 roku do grającego na czwartym szczeblu rozgrywkowym Leyton Orient. Jego tysięczne spotkanie przypadło na 22 grudnia i transmitowało je na żywo telewizja Sky Sports. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem Shilton otrzymał od władz ligi specjalne wydanie Księgi Rekordów Guinnessa. Po tym wydarzeniu dołożył jeszcze pięć meczów, zanim ostatecznie zakończył karierę w wieku czterdziestu siedmiu lat. Jak łatwo się domyślić, do dziś dzierży ten rekord. W zawodowym futbolu Peter utrzymywał się przez trzydzieści jeden lat, zaliczając aż 849 występów w angielskiej ekstraklasie.

Śmiało można powiedzieć, że rzucenie w pewnym momencie szkolnej edukacji wyszło mu na dobre.

KUBA GODLEWSKI

* – w oryginalnej wersji Shilton pomylił słowo „phoenix” z „pheasant”, czyli powiedział dosłownie: „jak bażant z popiołów”. Dla zachowania sensu dalszej części anegdoty, postanowiłem zamienić nazwę nieszczęsnego ptaka, żeby w polskiej wersji oba rozpoczynały się na literę „F”.

Przy pisaniu tekstu korzystałem z fragmentów książki „Bramkarz, czyli outsider” autorstwa Jonathana Wilsona (polskie tłumaczenie: Katarzyna i Seweryn Dmowscy).

Kuba Godlewski
O Kuba Godlewski 29 artykułów
Licencjat filologii polskiej. Początkujący trener. Kibic Manchesteru United i cichy wielbiciel czarnych koszul Diego Simeone.