Polska na igrzyskach #4: Stracone pokolenie

Polska reprezenracja na defiladzie otwieracjacej igrzyska w Tokio. Niestety bez piłkarzy; źródło: album XVIII Igrzyska Olimpijskie Tokio 1964

Wlatach 50. XX w. polski futbol zaczynał coraz więcej znaczyć na arenie międzynarodowej. Pojawiło się wielu bardzo utalentowanych zawodników, którzy błyszczeli w klubach i którzy chcieli również zaistnieć w reprezentacji. Częstsze stawały się kontakty międzynarodowe naszych drużyn. W 1955 r. Gwardia Warszawa jako pierwszy klub reprezentowała nas w europejskich pucharach. Kadra narodowa brała udział w eliminacjach do mistrzostw świata w Szwecji i do premierowego turnieju o mistrzostwo Europy. Co prawda bez sukcesów, ale nie chowaliśmy już głowy w piasek jak wcześniej. Wydawało się, że po latach niepowodzeń w końcu nadchodzi dobry czas dla polskiej piłki.

Takim kolorem oznaczyliśmy w tekście hiperłącza, gdzie możesz poszerzyć swoją wiedzę. 

W 1957 r. po reorganizacji struktury sportu w naszym kraju, do życia przywrócono PZPN. Polska reprezentacja wystartowała w eliminacjach do mistrzostw świata w 1958 r., ale niestety w decydującym starciu z ZSRR zabrakło chyba trochę szczęścia, a może też doświadczenia. Mimo pechowo przegranej rywalizacji o awans na turniej w Szwecji w sercach wielu kibiców pojawiła się iskierka nadziei na choćby namiastkę sukcesu naszej kadry.

Rok później rozpoczęliśmy batalię w premierowej edycji turnieju o mistrzostwo Europy. Znowu jednak nie mieliśmy szczęścia. W eliminacjach los zetknął nas z Hiszpanią, o której sile decydowali, tak jak i dzisiaj, piłkarze Realu i Barcelony. W pierwszym meczu 28 czerwca w Warszawie na trafienia Pohla i Brychczego piłkarze z Półwyspu Iberyjskiego odpowiedzieli aż czterema golami – po dwa strzelili wielcy Alfredo Di Stéfano i Luis Suárez. W październikowym rewanżu Gento i spółka nie pozostawili wątpliwości, odprawiając Polaków 3:0. Co ciekawe spotkania z naszą drużyną były jedynymi dla Hiszpanii w tamtej edycji mistrzostw. W ćwierćfinale mieli zmierzyć się z ZSRR, ale znowu w sport wmieszała się polityka i ostatecznie wycofali się z rywalizacji.

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu

Wróćmy jednak nad Wisłę. Po niepowodzeniach w eliminacjach do dwóch dużych turniejów trzeba było szukać swojej szansy w igrzyskach olimpijskich. Chęć udziału w nich wyraziły aż 52 zespoły, więc nie mogło się obyć bez kwalifikacji. Polacy w grupie mieli zmierzyć się z Finlandią i z amatorską reprezentacją RFN. Po wylosowaniu względnie niezbyt wymagających przeciwników wśród władz naszej federacji zapanował optymizm i liczono na awans, a przy odrobinie szczęścia być może nawet na punktowane miejsce w igrzyskach.

Fryderyk Monica w starciu z Otto Rehhagelem;
źródło: Encyklopedia Piłkarska FUJI, tom 14

Cztery dni po porażce z Hiszpanią na Estadio Santiago Bernabéu nasi reprezentanci byli już w Helsinkach. Gospodarze okazali się dosyć gościnni i 12 tys. widzów na Stadionie Olimpijskim oglądało porażkę swoich ulubieńców 1:3. Rewanż w Chorzowie rozwiał wszelkie ewentualne wątpliwości. Po świetnym meczu Polska wygrała 6:2, a znakomite zawody rozegrał Ernest Pohl – strzelec trzech bramek. Do pełni szczęścia była potrzebna wygrana z amatorami z RFN. 24 listopada w Essen biało-czerwoni pokonali rywali 3:2 i już można było świętować awans. Do rozegrania został jeszcze co prawda rewanż, ale trudno było przypuszczać, że mogliśmy wypuścić z rąk taką szansę. Kropkę nad i postawiliśmy 18 kwietnia w Warszawie, zwyciężając 3:1. Warto podkreślić, że tylko Węgrzy i właśnie nasz zespół zakończyli eliminacje z kompletem zwycięstw.

Usunięcie Korynta i sukces w Glasgow

Do igrzysk pozostawały cztery miesiące. W tym czasie trzeba było przeprowadzić selekcję i odpowiednio zgrać ze sobą zawodników. Zadanie wyboru piłkarzy na turniej spadło na barki kapitana związkowego – Czesława Kruga. Natomiast o formę naszych reprezentantów miał zadbać Francuz Jean Prouff, któremu pomagać mieli Ryszard Koncewicz i Wacław Pegza.

Od lewej Jean Prouff, Czesław Krug i Ryszard Koncewicz z nieodłączną fajką. Ci trzej panowie decydowali o kształcie naszej kadry na igrzyska w Rzymie;
źródło: Encyklopedia Piłkarska FUJI, tom 14

Wkrótce po zakończeniu eliminacji powołano szeroką kadrę na igrzyska. Wśród 35 zawodników było 4 bramkarzy, 9 obrońców, 6 pomocników i 16 napastników. Niestety w reprezentacji nie było miejsca dla Romana Korynta. Obrońca gdańskiej Lechii, podpora polskiej defensywy i według Kazimierza Górskiego jeden z najlepszych ówcześnie obrońców w Europie nie pojechał na igrzyska. Podobnie jak w przypadku Wilimowskiego w 1936 r. o braku powołania dla Korynta decydowały względy pozasportowe.

Cała afera wzięła się stąd, iż korespondując z byłym działaczem Lechii, który przeniósł się na stałe do Niemiec, napisałem mu, że za wygrany mecz płacą nam 300 złotych. On tę wiadomość upublicznił. W efekcie zostałem wyrzucony z reprezentacji nieomal w przeddzień wyjazdu na igrzyska olimpijskie w Rzymie i otrzymałem kilkuletni zakaz wyjazdów zagranicznych – wspominał stoper Lechii.

W ramach przygotowań pierwsza reprezentacja i drużyna B, którą tworzyli gracze do lat 23, rozgrywały szereg meczów sparingowych. Kadra młodzieżowa wzmocniona Szymkowiakiem w bramce i Szymborskim w ataku, w Warszawie zremisowała z Czechosłowacją 1:1. Parę dni później pierwsza jedenastka udała się do Glasgow, gdzie rozegrali spotkanie z reprezentacją Szkocji. Polacy wygrali na Hampden Park 3:2, a do siatki rywali trafiali Baszkiewicz, Brychczy i Pohl. Bramka tego ostatniego była wyjątkowej urody i ustaliła wynik meczu, a prasa pisała, że bomba Pohla wstrząsnęła Szkocją. W tym samym dniu młodzieżówka wygrała z NRD 3:0 i coraz ufniej patrzono w przyszłość.

Klęska na Łużnikach i mecz z Santosem

Kolejnym sprawdzianem był mecz z reprezentacją ZSRR na Łużnikach w Moskwie. Przeciwnik był wtedy jedną z najlepszych drużyn na kontynencie, ale przed spotkaniem w naszym obozie panował ostrożny optymizm i wierzono, że można uzyskać dobry wynik. Tym bardziej że mieliśmy wystąpić w tym samym składzie co w Glasgow. Niestety jednak 19 maja zostaliśmy upokorzeni i doznaliśmy miażdżącej porażki aż 1:7. Marnym pocieszeniem jest fakt, że trzy bramki straciliśmy w ostatnich pięciu minutach. Tak dotkliwą porażkę próbowano usprawiedliwiać tym, że podobno ustaloną wcześniej godzinę rozpoczęcia spotkania przesunięto w ostatniej chwili o całe 30 minut. Polacy ledwie zaczęli rozgrzewkę, a już wezwano ich do gry. To by tłumaczyło, że już po pierwszych dwóch kwadransach przegrywali 0:4.

Komuś w piłkarskiej centrali zabrakło wyobraźni. Mecze w Glasgow i Moskwie dzieliło zaledwie kilka dni, między którymi była jeszcze kolejka ligowa! Do tego Pohl i Zientara mieli zatrucie pokarmowe, a gospodarze nie dali nam się rozgrzać przed meczem. Skończyło się kompromitacją. 1:7 w Moskwie to był chyba najgorszy mecz reprezentacji Polski w całej historii – wspominał w książce „Kici” Lucjan Brychczy.

W kraju jednak zbytnio nie przejmowano się tym wynikiem. Uwagę wszystkich skupiała wizyta w Polsce brazylijskiego Santosu z 20-letnim Pelém w składzie. 25 maja na Stadionie Śląskim wirtuozi zza oceanu dali prawdziwy popis piłkarskiego rzemiosła. Publiczność wiele akcji nagradzała brawami, przyjacielska atmosfera udzielała się wszystkim, a kiedy Szymkowiak po raz kolejny w akrobatyczny sposób obronił strzał Pelégo, to Brazylijczyk podbiegł do niego i serdecznie go uściskał. Goście wygrali 5:2, ale nie wynik był najważniejszy.

Engelbert Jarek w walce z Brzylijczykiem Coutinho;
źródło: Encyklopedia Piłkarska FUJI, tom 14

Powołania i kontuzje na ostatniej prostej

W tym samym dniu w siedzibie FIFA w Zurichu odbyło się losowanie czterech grup turnieju olimpijskiego. Polska trafiła do grupy C razem z Tunezją, amatorską reprezentacją Argentyny i z Danią. Tylko zwycięzcy grup grali dalej, bezpośrednio awansując do półfinałów. Celem dla Polaków było więc zajęcie pierwszego miejsca. O ile zwycięstwo nad Tunezją było niemal pewne, o tyle po meczach z Danią i Argentyną spodziewano się ciężkich batalii. Awans był bardzo trudnym zadaniem, ale na pewno nie niemożliwym.

Opracowano szczegółowy plan przygotowań do igrzysk. Zadanie obserwowania rywali w meczach towarzyskich powierzono Czesławowi Krugowi. Po zakończeniu rundy wiosennej (grano jeszcze systemem wiosna-jesień) w lidze zmniejszono kadrę do 25 zawodników. Ostatni oficjalny mecz przed igrzyskami rozgrywaliśmy 22 czerwca z Bułgarią. Pewne zwycięstwo 4:0 na pewno dodało pewności siebie kadrowiczom.

Na początku sierpnia wykrystalizował się skład drużyny. W Rzymie mieli nas reprezentować: bramkarze Edward Szymkowiak (Polonia Bytom) i Tomasz Stefaniszyn (Gwardia), obrońcy Henryk Szczepański (ŁKS), Stefan Florenski (Górnik), Hubert Pala (Ruch), Henryk Grzybowski i Jerzy Woźniak (obaj Legia), pomocnicy Ryszard Grzegroczyk (Polonia Bytom), Marceli Strzykalski i Edmund Zientara (obaj Legia) oraz napastnicy: Marian Norkowski (Polonia Bydgoszcz), Engelbert Jarek (Odra Opole), Eugeniusz Faber (Ruch), Stanisław Hachorek (Gwardia), Ernest Pohl i Roman Lentner (obaj Górnik), Lucjan Brychczy i Zygmunt Gadecki (obaj Legia).

Polska reprezentacja przed wylotem do Rzymu; 
źródło: Encyklopedia Piłkarska FUJI, tom 14

Powołano teoretycznie najlepszych aktualnie zawodników, choć na miejsce w kadrze zasługiwało na pewno kilku innych zawodników – jak np. wspomniany wyżej Korynt czy Jan Liberda z Polonii Bytom. Z różnych względów nie znaleźli się oni w kadrze. Zespół nie był monolitem. Przed trenerami stało trudne zadanie zgrania poszczególnych formacji, wiele zależało od psychicznego nastawienia piłkarzy. Niestety przygotowania nie przebiegały bez problemów. Podpora defensywy – Henryk Grzybowski w sparingu z Dynamem Zagrzeb naderwał więzadła w kolanie. Lekarz kadry, dr Soroczko włożył mu nogę w gips, a piłkarz miał pauzować 10 dni. Oznaczało to, że na pewno nie zagra w premierowym meczu z Tunezją, ale na najważniejsze starcie z Duńczykami powinien już wydobrzeć.

Kontuzja Grzybowskiego psuje nam mocno szyki. Tak chcielibyśmy wrócić z Rzymu z tarczą, ale przy braku jednego z najmocniejszych punktów w zespole będzie to trudne. W pierwszym meczu z Tunezją być może zagramy w rezerwowym składzie, a dopiero przeciwko Danii wystawimy najsilniejszą jedenastkę – mówił Czesław Krug.

Piłkarza Legii na pozycji stopera miał zastąpić Stefan Florenski. Po przylocie do Rzymu pech jednak nadal nie opuszczał naszych zawodników. W sparingu z miejscową drużyną Latium Quadraro Florenski podczas wybijania piłki złamał nogę w kostce i jego udział w igrzyskach był wykluczony. Byliśmy więc bez stoperów, a turniej nawet się nie zaczął.

Rzym 1960 – niespełnione ambicje

Rozgrywany 26 sierpnia mecz z Tunezją był spotkaniem numer jeden olimpijskiego turnieju. Z nieba lał się żar, a termometry wskazywały 30oC. Mimo trudnych warunków Polacy pewnie wygrali 6:1, ale to rywale jako pierwsi wyszli na prowadzenie. Już w 3 minucie Brahim Kerrit strzelił pierwszego gola rzymskich zawodów. Później jednak dał o sobie znać geniusz Ernesta Pohla. Urodzony w Rudzie Śląskiej zawodnik strzelił w tamtym pojedynku pięć bramek, czego w kadrze nie dokonał nikt przed nim.

Radość po odniesionym zwycięstwie zmąciły wieści, jakie z polskiego obozu nadeszły nazajutrz. Okazało się, że uraz, jaki odniósł w starciu z Tunezyjczykami Henryk Szczepański, jest na tyle poważny, że eliminuje go z meczu z Danią. Z pięciu obrońców zostało tylko dwóch plus wracający do zdrowia Grzybowski. Na dwa kluczowe mecze z najgroźniejszymi rywalami dysponowaliśmy tylko trójką defensywnych graczy. A przecież w kraju został Kornyt – zwycięzca Challenge’u „Złote Buty” redakcji Sportu, uznawany za najlepszego polskiego piłkarza. W sobotę wieczorem do grona kontuzjowanych dołączył trener Jean Prouff. Francuz wybrał się do Palazetto dello Sport, gdzie oglądał swoich rodaków w meczu koszykówki z Jugosławią. Wychodząc z hali, przewrócił się na schodach tak nieszczęśliwie, że złamał nogę. Trudno się dziwić, że wobec tych wydarzeń nastroje w polskiej ekipie nie były najlepsze.

Dania… znowu

Duńczycy nie byli jakimś potentatami w europejskim futbolu, ale wyjątkowo nam nie leżeli. Z siedmiu rozegranych z nimi meczów wygraliśmy ledwie jeden i to jeszcze przed wojną. To oni obnażyli nasze słabości w pamiętnym meczu w Kopenhadze i to oni zakończyli naszą przygodę na helsińskich igrzyskach. Nadarzała się więc idealna okazja do rewanżu, choć w głowach piłkarzy już mocno zakorzenił się duński kompleks i o zwycięstwo wcale nie było tak łatwo.

W spotkaniu w Livorno Polacy zagrali w rezerwowych, niebieskich strojach. Graliśmy praktycznie w tym samym składzie co z Tunezją. Dziurę na środku obrony załatał tylko Grzybowski. W bramce grał Szymkowiak, obronę obok wspomnianego Grzybowskiego stanowili Pala i Woźniak, w środku pola wystąpili Strzykalski i Zientara, a o obliczu ataku decydowali Gadecki, Brychczy, Hachorek, Pohl i Lentner.

Tak wyglądał nasz atak na igrzyskach w Rzymie – od lewej Gadecki, Brychczy, Hachorek, Pohl i Lentner;
źródło:  east news/laczynaspilka.pl

Polacy zaczęli bez kompleksów, od pierwszego gwizdka grali dokładnie i dosyć swobodnie. Na prowadzenie mogliśmy wyjść już w 3 minucie, ale minimalnie pomylił się Hachorek. Wraz z upływem czasu coraz więcej kłopotów naszym obrońcom sprawiały długie przerzuty Duńczyków. Bramkę jednak straciliśmy po nieporozumieniu Szymkowiaka i Grzybowskiego. Nasz bramkarz obronił strzał Haralda Nielsena i podał piłkę do Grzybowskiego właśnie, a ten, zamiast oddalić grę od pola karnego, wdał się w niepotrzebny drybling. Duński napastnik przejął piłkę i natychmiast oddał strzał. Piłka odbiła się najpierw od słupka, ale dobitka była już skuteczna.

Stracona bramka nie podcięła nam skrzydeł i Polacy dalej zawzięcie atakowali. Niestety w naszych akcjach brakowało szybkości i dynamiki, przez co duńska obrona nie miała większych problemów z neutralizowaniem naszych ataków. Najbliżej szczęścia był w 40 minucie Ernest Pohl, ale po jego strzale piłka trafiła w słupek. Chwilę później trójkową akcję rozegrali Lentner, Brychczy i Pohl, ale gracz Górnika znowu minimalnie chybił. Tuż przed przerwą trwało prawdziwe oblężenie duńskiej bramki, ale From nie dał się pokonać.

Po przerwie obraz gry nie uległ zmianie. Duńczycy byli zepchnięci do defensywy, ale nasze ataki były zbyt chaotyczne i rozpaczliwe, żeby wyrządzić jakąkolwiek krzywdę przeciwnikowi. Dopiero w 62 minucie Brychczy podał do grającego na skrzydle Gadeckiego, który do tamtej chwili był stanowczo zbyt rzadko wykorzystywany. Piłkarz Legii przejął piłkę i wbrew oczekiwaniom duńskiej obrony nie dośrodkował, a uderzył płasko w róg bramki, nie dając szans Fromowi. Wreszcie przyszło upragnione wyrównanie.

Dzisiaj trener pewnie kazałby się cofnąć, pilnować wyniku i nastawić się na grę z kontry, ale Polacy dali ponieść się emocjom. Podekscytowani zdobyciem wyrównującej bramki walczyli na przedpolu Froma, który jednak bronił bez zarzutu. Odkrywając się, narażaliśmy się na kontrataki Duńczyków, którzy raz po raz stwarzali zagrożenie pod bramką Szymkowiaka. Niestety na pięć minut przed końcem jeden z ataków rywali okazał się zabójczy. Przy dość biernej postawie obrońców po raz drugi w tym spotkaniu Szymkowiaka pokonał Nielsen. O wyrównanie w ostatnich minutach było bardzo ciężko, zwłaszcza przy tak dobrze dysponowanej obronie duńskiej. Jeden z liderów olimpijskiej kadry – Lucjan Brychczy – po kilkunastu latach tak mówił o tamtym spotkaniu:

Tego, co działo się na stadionie w Livorno, nie potrafię sobie wytłumaczyć do tej pory. Zagraliśmy świetnie, mieliśmy ogromną przewagę, momentami miażdżyliśmy przeciwnika, a mimo to zeszliśmy z boiska pokonani. Sądzę, że mecz o tak niesamowitym przebiegu może się zdarzyć raz na kilkadziesiąt lat. Moja opinia nie jest odosobniona, podobnego zdania byli wszyscy obserwatorzy tego spotkania. I jeszcze jedno – powszechnie podkreślano, iż był to jeden z najlepszych występów reprezentacji Polski w całej historii naszego futbolu. Trudno byłoby zliczyć ile strzałów trafiło w słupki i poprzeczkę bądź minimalnie ominęło bramkę. Sam zmarnowałem co najmniej pięć idealnych sytuacji i chyba tyleż samo każdy z kolegów w ataku i pomocy. (…) Na próżno szukać racjonalnych przyczyn porażki.

W podobnym tonie na łamach Sportu pisał Tadeusz Bagier:

Na próżno szukam słów, aby oddać to, co widziałem i przeżywałem w poniedziałek na stadionie w Livorno. Widowisko, jakie rozegrało się tam między 22 a 24 naszego czasu, było dla 7000 widzów czymś zgoła niewiarygodnym, wręcz irracjonalnym. Rzadko przecież zdarza się, aby drużyna, która przez 70 minut gra na jedną bramkę, góruje nad przeciwnikiem we wszystkich elementach sztuki piłkarskiej, oddaje blisko 40 strzałów, opuszczała boisko pokonana!

Edward Szymkowiak był jednym z najlepszych polskich bramkarzy, ale nie zdołał zatrzymać Duńczyków;
źródło: katowickisport.pl

Koniec marzeń o medalu

W drugim meczu Argentyna po nieoczekiwanie ciężkim meczu pokonała 2:1 Tunezję. Teoretycznie mieliśmy jeszcze szanse na zajęcie pierwszego miejsca, ale do tego było potrzebne zwycięstwo Tunezji z Danią i nasza wygrana z Argentyną. Ani jeden, ani drugi warunek nie został spełniony. Po zwycięstwie Duńczyków nad piłkarzami z Afryki było już wiadomo, że z Albiceleste zagramy o pietruszkę. 1 września w Neapolu przegraliśmy z amatorami z Ameryki Południowej 0:2. Przeciwnik grał nie tylko szybciej, ale co ważne skuteczniej. Mieli o połowę mniej sytuacji, a mimo to strzelili nam dwa gole. Pierwszy co prawda padł z wyraźnego spalonego, ale marna to pociecha. Mecz był rozgrywany przy sztucznym świetle, co też nie pomagało naszym zawodnikom.

Nieszczęsna porażka z Danią pozbawiła nas wszelkich złudzeń. Załamaliśmy się i do pojedynku z Argentyną przystąpiliśmy apatyczni, bez woli walki. Walczyć zresztą nie było już o co. Tuż przed rozpoczęciem gry na stadionie w Neapolu przekazano nam informację o zwycięstwie Duńczyków nad Tunezją. Do sensacji nie doszło, sprawa dalszego awansu została rozstrzygnięta. Z Argentyną gładko przegraliśmy i trzeba było wracać do Polski. Start, po którym tyle sobie wszyscy obiecywali, zakończył się fiaskiem – wspominał Lucjan Brychczy w „Wielkim finale”.

Duńczycy wygrali grupę i dotarli aż do finału, gdzie musieli uznać wyższość Jugosławii. Dla nas igrzyska skończyły się przedwcześnie. Trzecie miejsce w grupie to bez wątpienia wynik poniżej oczekiwań, ale i poniżej naszych ówczesnych możliwości. Nie można jednak wszystkiego tłumaczyć pechem. Dlaczego zabrano tak mało obrońców? Czy z Koryntem nasza defensywa byłaby bardziej szczelna? Tego się nie dowiemy. Na siłę można też doszukać się kilku pozytywów. To przy okazji rzymskiego turnieju pojawiło się coś na kształt przyszłego banku informacji. Same przygotowania nie były już planowane na łapu-capu i cała organizacja zaczynała mieć ręce i nogi. Boleśnie też przekonaliśmy się, że w rezerwie trzeba mieć zawodników na każdą pozycję na wypadek kontuzji, co przed turniejem nie było tak oczywiste. Włoska lekcja nie poszła na marne, choć na efekty nauki trzeba było jeszcze poczekać.

Tokio 1964 – duma nie pozwala nam jechać

Swoje wysokie umiejętności Polacy potwierdzali w meczach towarzyskich. Tuż po igrzyskach potrafiliśmy zremisować z Francją – trzecią drużyną świata, a w maju 1961 r. wygraliśmy z ZSRR. Swoje debiuty zaliczyli tacy piłkarze jak Bernard Blaut, Erwin Wilczek, czy jeden z najlepszych obrońców w całej historii naszej piłki – Stanisław Oślizło. W eliminacjach do mistrzostw świata w Chile starliśmy się z Jugosławią. W pierwszym meczu, po wyrównanej walce przegraliśmy 1:2, więc uzasadniony był umiarkowany optymizm przed rewanżem. Niestety na Stadionie Śląskim straciliśmy bramkę już w 1 minucie i mimo że po 30 minutach zdołaliśmy wyrównać, to goście na nic więcej nam nie pozwolili. Szkoda, bo zwycięzca tego dwumeczu grał w barażu interkontynentalnym ze słabiutką jeszcze wtedy Koreą Południową, więc droga do Chile stała otworem.

W listopadzie 1961 udało się wziąć srogi rewanż na Duńczykach i na pokrytym śniegiem boisku zwyciężyliśmy aż 5:0. Warto też odnotować kolejne zwycięstwo z Francją (3:1 w Paryżu), po którym Raymond Kopaszewski powiedział o naszych zawodnikach, że to dobrzy piłkarze, mają przed sobą przyszłość. Wkrótce dołożyliśmy wygraną z Belgią i przed eliminacjami do mistrzostw Europy znowu humory dopisywały. 10 października 1962 r. na Stadionie Śląskim zmierzyliśmy się z drużyną Irlandii Północnej. To w tym meczu pierwszy raz tak wyraźnie trener Koncewicz ustawił nasz zespół, przyjmując jeden z wariantów brasiliany. Na niewiele się to zdało, bo kierowana przez znakomitego Dannego Blanchflowera drużyna strzeliła nam dwie bramki i praktycznie rozstrzygnęła losy dwumeczu. W rewanżu w Belfaście graliśmy bez odsuniętego od kadry Ernesta Pohla i  podobnie jak w Chorzowie, przegraliśmy 0:2.

Wobec tych niepowodzeń uwaga kibiców po raz kolejny skierowała się na drużynę olimpijską. Początkowo naszym rywalem miało być NRD, a zwycięzca tego dwumeczu miał spotkać się z lepszym z pary Włochy – Turcja. MKOl zdecydował jednak, że na igrzyskach wystąpi wspólna niemiecka reprezentacja. Zaszła więc konieczność przeprowadzenia wewnętrznych niemieckich eliminacji, w których lepsi okazali się gracze z NRD. Zmienił się wtedy program kwalifikacji i dzięki temu nie musieliśmy rozgrywać pierwszej rundy. O bilety do Tokio zagraliśmy z Włochami, którzy bez problemów uporali się z Turcją.

Należy jeszcze w tym miejscu wspomnieć o pewnej zmianie w regulaminie. Otóż po mistrzostwach świata w Chile, FIFA zdecydowała, że w drużynach olimpijskich nie mogą występować zawodnicy, którzy grali w mistrzostwach świata czy w eliminacjach do tego turnieju. Miało to na celu rozgraniczenie zawodowców i amatorów. Choć oficjalnie w Polsce wszyscy byli amatorami, to kadra musiała się obejść bez takich graczy jak Szymkowiak, Oślizło, Brychczy, Lentner czy pozostający nadal poza reprezentacją Pohl. Dzięki temu otworzyła się szansa dla takich zawodników jak Kornek, Gmoch, Szołtysik czy Lubański.

18 czerwca 1964 r. oczy kibiców były zwrócone na Rzym. Doceniano klasę rywala i brano pod uwagę możliwą porażkę 1-2 bramkami, które można by odrobić w rewanżu. Nastroje przedmeczowe były dobre, ale niestety Polacy dali sobie wbić trzy gole i praktycznie przekreślili szanse na awans. Nadzieje na odrobienie strat w rewanżowym meczu w Poznaniu okazały się płonne. Z tego pojedynku również zwycięsko wyszli Włosi, choć wygrali dość szczęśliwie. Jedyną bramkę zdobyli po błędzie Kornka, a Lubański dwa razy uderzał w słupek i poprzeczkę i młody Dino Zoff pozostał niepokonany. Obiektywnie jednak patrząc, ustępowaliśmy umiejętnościami rywalom, a krótkie, ostre krycie przeciwnika skutecznie wybijało nas z rytmu.

Kiedy już oswojono się z myślą, że piłkarzy zabraknie na tokijskim turnieju, w połowie września okazało się, że włoska drużyna została zdyskwalifikowana. Wykluczono ją z uwagi na fakt, że w obu meczach z Polakami zagrali nieuprawnieni piłkarze. W pierwszym był nim Sandro Mazzola, a w drugim Giacinto Facchetti, którzy mieli już podpisane zawodowe kontrakty. Wobec tego MKOl w porozumieniu z FIFA zdecydował, że awans należy się Polsce, ale nasze piłkarskie władze zrezygnowały z tej szansy. Czy unieśli się honorem, czy może chodziło o koszty podróży? Prawda leży pewnie gdzieś pośrodku, choć z pewnością sami zawodnicy mogli czuć rozgoryczenie taką decyzją, bo nie codziennie dostaję się szansę występu na największej sportowej imprezie czterolecia.

Polska reprezentacja na defiladzie otwierającej igrzyska w Tokio. Niestety bez piłkarzy;
źródło: album XVIII Igrzyska Olimpijskie Tokio 1964

Meksyk 1968 – znowu za burtą

Do mistrzostw świata, które rozgrywane były w Anglii, nie udało się awansować. W grupie graliśmy z Włochami, Szkocją i Finlandią, ale porażka z Finami na wyjeździe i klęska 1:6 w Rzymie przekreśliły nasze szanse na udział w turnieju. W grupie zajęliśmy dopiero trzecie miejsce. Niektóre z meczów towarzyskich były jednak bardzo dobre w naszym wykonaniu. Pół roku przed mistrzostwami zremisowaliśmy na wyjeździe z przyszłymi mistrzami świata 1:1, a tuż przed turniejem nieznacznie tylko przegraliśmy 0:1.

W eliminacjach do mistrzostw Europy, które odbyć się miały we Włoszech mieliśmy szczęście w losowaniu. Tak się nam przynajmniej wydawało. Za rywali w walce o awans dostaliśmy Francuzów, Belgów i Luksemburczyków. Jednak już wiosną 1967 r. nasz optymizm został znacząco ostudzony. W czterech spotkaniach zdobyliśmy ledwie 5 punktów i kolejna duża impreza nam uciekała. No, ale jeśli remisujemy bezbramkowo z Luksemburgiem, to trudno traktować poważnie deklaracje o awansie.

Znowu więc pozostawało kibicom liczyć na reprezentację olimpijską. Decydujące o awansie na meksykańskie igrzyska mecze mieliśmy rozegrać na przełomie lipca i sierpnia. Za rywala los przydzielił nam drużynę ZSRR. Opieka nad kadrą olimpijską powierzono Kazimierzowi Górskiemu. To właśnie lwowianin po pierwszych sparingach miał przedstawić swoje propozycje obsady poszczególnych pozycji. Po meczu z olimpijską drużyną Bułgarii przegranym 2:3, trener selekcjoner Michał Matyas powołał 20-osobową kadrę, która przez dwa tygodnie miała przygotowywać się na zgrupowaniu w Kraśniku.

Kilka dni przed meczem trener nie miał jeszcze ustalonej koncepcji, jak ma wyglądać drużyna. Zdawał sobie sprawę z ograniczeń i słabej formy niektórych zawodników i z tego, że zespołowi mimo solidnie przepracowanego obozu brakuje zgrania. Luki w składzie postanowił załatać graczami pierwszej reprezentacji. Poprzez PZPN zwrócił się do FIFA o wyrażenie zgody na występ w dwumeczu Gmocha, Oślizły i Liberdy. Światowa federacja nie miała co do tego żadnych zastrzeżeń. Podobne ustępstwa poczyniła zresztą wobec naszych przeciwników. Takie postępowanie trenera nie przysparzało mu jednak zwolenników:

Chyba nigdy jeszcze nasza reprezentacja nie rodziła się w takich okolicznościach i przy takiej żonglerce nazwiskami kandydatów do drużyny jak obecnie. Wątpię czy wpływa to dodatnio na wartość samej pracy przygotowawczej i na atmosferę wśród zawodników, bo nerwowe decyzje kierownictwa nie pozostają bez echa w zespole – pisał Grzegorz Aleksandrowicz.

Trudno nie przyznać mu racji, bo powoływanie w ostatniej chwili zawodników, co do których nie było przecież pewności, że są w wystarczająco wysokiej formie, ducha drużyny raczej nie buduje.

Pierwszy mecz rozegrano we Wrocławiu na Stadionie Olimpijskim. Goście wygrali 1:0 i na tym można poprzestać, choć warto jeszcze dodać, że to w tym meczu zadebiutował Robert Gadocha. Rewanż w Moskwie rozgrywano na Łużnikach przy komplecie publiczności. Nasi zawodnicy zagrali o niebo lepiej niż w pierwszym meczu. Nie mieli już praktycznie nic do stracenia, więc walczyli z wielką ambicją, ofiarnie, ale i rozsądnie, starając się nie popełniać niepotrzebnych błędów. Nawet radzieccy komentatorzy przyznali, że Polacy byli w tym meczu lepsi. Niestety jednak Szesterniew, Churciława, Czislenko, Strielcow, Byszowiec i spółka już po trzech minutach prowadzili 1:0. Po przerwie podwyższyli na 2:0 i jedyne, na co nas było stać, to zmniejszenie strat po bramce Lubańskiego z rzutu karnego. Tym samym zakończyliśmy swoją olimpijską przygodę, zanim tak naprawdę się zaczęła.

Lata 60. to ciekawy i chyba pozostający nieco w cieniu okres w dziejach naszego piłkarstwa. Wielka szkoda, że pokolenie tak wspaniałych piłkarzy jak Ernest Pohl, Lucjan Brychczy, Stanisław Oślizło, Jan Liberda, Edward Szymkowiak, Erwin Wilczek, Roman Lentner, Bernard Blaut czy wielu innych nie odniosło jakiegoś sukcesu z reprezentacją. Wielu z nich było przecież graczami europejskiego formatu. Igrzyska w Rzymie przegraliśmy pechowo, ale trudno mówić o pechu w przypadku braku awansu na kolejne turnieje. Można się zastanawiać czy faktycznie zabrakło szczęścia, doświadczenia czy odpowiedniej organizacji, bo braku talentu i umiejętności tym piłkarzom nie można zarzucić. Potwierdzają to ich następcy, którzy często w wywiadach podkreślają, że nie osiągnęliby takiego poziomu i co za tym idzie, nie świętowaliby tylu sukcesów, gdyby nie ich starsi koledzy, którzy nauczyli ich więcej niż niejeden trener. Żeby jednak te sukcesy nadeszły, potrzebny był ktoś, kto zbierze to całe towarzystwo i odpowiednio ustawi i zmotywuje. O tym jednak następnym razem.

BARTOSZ DWERNICKI

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Bartosz Dwernicki
O Bartosz Dwernicki 33 artykuły
Pasjonat podróży i gór. Wielbiciel futbolu latynoskiego i afrykańskiego. Lubi zagłębiać się w piłkarskie historie zza żelaznej kurtyny. Od 20 lat kibic Borussi Dortmund i Realu Madryt