Trzech Henryków Sz. z ŁKS-u

Spadek i awans

W 1952 r. liga podzielona została na dwie grupy. Łodzianie mieli rywalizować z Wisłą, Legią, Wawelem, Górnikiem Radlin i Polonią Bytom. W sezonie rozegrano tylko 10 spotkań, z czego ŁKS wygrał tylko trzy i spadł z I ligi. Szczurzyński nie opuścił klubu po spadku, a przyjście do łódzkiej drużyny Soporka, Jezierskiego i Kokota dawało nadzieję na szybki powrót. Drużyna z Łodzi radziła sobie bardzo dobrze w rozgrywkach II ligi, a Szczurzyński był jej pewnym punktem, również w wygranym 2:0 meczu na szczycie z Polonią Bydgoszcz. ŁKS wywalczył awans do I ligi i wszedł w rozgrywki roku 1954 z przytupem.

Szczurzyński początkowo przegrywał rywalizację ze sprowadzonym z Legii, Janem Kłaczkiem, ale gdy 30 maja 1954 r. naprzeciw łódzkiej jedenastki stanął mistrzowski Ruch Chorzów, trener łodzian postawił na Szczurzyńskiego. Jak donosiła ówczesna prasa, Szczurzyński zwykł był występować w czerwonej narciarskiej czapeczce, dzięki której nie raziło go słońce. Z pewnością nakrycie głowy łódzkiego bramkarza wbiło się w pamięć Gerardowi Cieślikowi. Słynny napastnik chorzowian był bezradny w starciu ze golkiperem łodzian. Przy jeden z lepszych okazji dla Ruchu Szczurzyński „ryzykanckim wybiegiem zlikwidował przebój Cieślika” (jeśli wierzyć relacji „Przeglądu Sportowego”). Jeszcze lepiej spisali się koledzy „Szczura” z ataku – ŁKS wygrał z gośćmi ze Śląska aż 5:1. Sezon 1954 łodzianie zakończyli jako sensacyjni wicemistrzowie Polski.

Bez Szczura ani rusz

W kolejnych latach Szczurzyński zdecydowanie wygrał rywalizację z Kłaczkiem i właściwie żaden ważniejszy mecz nie odbył się bez niego. W opisywanym już tu meczu z Legią z 1955 r., którego bohaterem był Szymborski, w bramce łodzian stał Szczurzyński, w słynnym pojedynku wygranym 5:1 z Górnikiem w 1957 r. – Szczurzyński, w zwycięskim towarzyskim meczu z Rapidem Wiedeń – Szczurzyński, w finale Pucharu Polski – Szczurzyński, w wygranym 8:1 meczu z Lechem – Szczurzyński, w meczach towarzyskich z Burnley i West Hamem –  oczywiście Szczurzyński. Bez „Szczura” ani rusz. Po sierpniowym meczu z Górnikiem, w którym ŁKS wygrał 1:0, „Przegląd Sportowy” pisał, że łódzcy kibice muszą być wdzięczni swojemu bramkarzowi:

Za świetnie rozegrany mecz, skuteczne interwencje i… zimną krew. Bramkarz ŁKS trzykrotnie znalazł się w sytuacji „sam na sam” z napastnikami Górnika, ale zawsze zdołał ich wywieźć w pole tak, że to  właśnie oni, a nie on „potracili” nerwy.

Z kolei po meczu z West Hamem  obserwatorzy zgodnie podkreślali, że gdyby nie postawa łódzkiego golkipera Polacy mogliby przegrać dużo wyżej niż 1:4.

Program meczu West Ham – ŁKs Łódź. Trzej Henrykowie Sz. odliczyli się w komplecie. Źródło: oficjalny profil ŁKS Łódź na portalu Facebook

Mimo pewnej postawy łódzkiego golkipera działacze łódzkiego klubu chcieli wzmocnić rywalizację w bramce. Przed sezonem 1958 pozyskano z Legii groźnego rywala dla Szczurzyńskiego w osobie Jana Bema (do 1952 r. nazywał się Adolf Paweł Böhm). Wkrótce obaj bramkarze mieli stać się współautorami największego wówczas sukcesu łódzkiej piłki.