Wspomnienie ludzi futbolu, którzy odeszli w ostatnim roku

zmarli-w-2020

Dzisiaj, jak co roku w tym szczególnym dniu, wielu z nas odwiedza cmentarze i groby bliskich nam osób. Coraz więcej osób chce też pojawić się na miejscach spoczynku ważnych, z różnych względów, dla siebie ludzi, w tym również sportowych idoli. Dla nas, ludzi rozkochanych w futbolu, jest to czas, żeby na chwilę się zatrzymać i wspomnieć w myślach tych, którzy wzmocnili szeregi niebiańskiej drużyny, nierzadko mocno przedwcześnie. W tym tekście, podobnie jak w poprzednich latach, przypominamy niektórych ludzi ze świata piłki nożnej, którzy odeszli w ostatnim roku.

Kiedy siadałem do napisania tego tekstu i przeglądałem listy zmarłych w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, ze smutkiem i goryczą spostrzegłem, że coraz mniej wśród nich jest przedstawicieli zamierzchłych piłkarskich czasów, a niestety coraz częściej pojawiają się w tym gronie zawodnicy, których dobrze znałem z opowiadań i książek, czy których sam nawet pamiętałem z boiska. Nigdy też skompletowanie listy nie przyszło mi tak łatwo. Zdaje się to potwierdzać zdanie, że ostatni rok był wyjątkowo tragiczny pod tym względem, a kibice musieli się pogodzić z odejściem wielu naprawdę wybitnych osobowości.

Ray Clemence (5 sierpnia 1948 – 15 listopada 2020)

Jeden z najlepszych angielskich bramkarzy lat 70. i legenda Liverpoolu z tamtego okresu. Swoją profesjonalną karierę zaczynał w trzecioligowym Scunthorpe United. Jeszcze jako nastolatek stał się podstawowym zawodnikiem drużyny. Klub nie zwątpił w niego nawet po upokarzającej porażce z lokalnym rywalem 1:7. Clemence, który obawiał się, że ta przegrana położy się cieniem na jego karierze, zaliczył potem serię kilkudziesięciu bardzo solidnych występów. Dzięki temu odbudował się mentalnie, a dobrą grą zwrócił na siebie uwagę sztabu Liverpoolu.

Bill Shankly zakontraktował go w czerwcu 1967 r. Kiedy oferta The Reds została zaakceptowana, prezes Scunthorpe United osobiście zawiózł Clemence’a na Anflield swoim własnym Rolls Roysem. Na debiut w nowym zespole młody bramkarz musiał poczekać do września 1968 r., a przez kolejne dwa lata był rezerwowym i sporadycznie pojawiał się na boisku. Kiedy jednak w 1970 r. stał się pierwszym wyborem przy obsadzie bramki, to pozostał nim do końca swojego pobytu w klubie.

W czasie kilkunastu lat spędzonych na Anfield pięciokrotnie (1972/73, 1975/76, 1976/77, 1978/79, 1979/80) zdobywał mistrzostwo Anglii. Raz cieszył się z triumfów w Pucharze Anglii (1973/74) i Pucharze Ligi (1980/81). Był podstawowym elementem drużyny, która odnosiła też wielkie sukcesy na arenie europejskiej. Dwa razy z kolegami zwyciężał w Pucharze UEFA (1972/73, 1975/76) i trzykrotnie podnosił w górę Puchar Europy (1976/77, 1977/78, 1980/81), a także raz Superpuchar Europy (1977).

Pomiędzy 1972 a 1983 r. był pewnym punktem angielskiej reprezentacji. O miejsce między słupkami musiał jednak rywalizować ze znakomitym Peterem Shiltonem, przez co niejednokrotnie przychodziło mu godzić się z rolą drugiego bramkarza. Mimo to zdołał uzbierać 61 występów w narodowych barwach. Bronił podczas mistrzostw Europy w 1980 r., kiedy Anglia zakończyła rywalizację na fazie grupowej, a także pojechał na mundial do Hiszpanii, gdzie jednak ani razu nie podniósł się z ławki.

Finałowy pojedynek Pucharu Europy w 1981 r. rozgrywany był na Parc des Princes w Paryżu. Naprzeciw siebie stanęły wówczas Real Madryt i Liverpool. Po bardzo wyrównanym meczu The Redds wygrali minimalnie 1:0. Jak się później okazało był to ostatni występ Clemence’a w barwach klubu z Anfield. Coraz bardziej odczuwał presję za swoimi plecami, a pojawienie się w drużynie Bruce’a Grobbelaara po raz pierwszy od dłuższego czasu postawiło pod znakiem zapytania obecność Raya w pierwszym składzie.

Latem 1981 r. za 300 tys. funtów przeniósł się do Tottenhamu Hotspur. Z nowym klubem wygrał Puchar Anglii (1981/82), a także Puchar UEFA (1983/84), choć finałowe spotkanie z Anderlechtem z powodu kontuzji oglądał jako rezerwowy. Przez kolejne lata ciągle był pewnym punktem zespołu i miał swój niemały udział w zdobyciu przez zespół trzeciego miejsca na finiszu rozgrywek w sezonach 1984/85 oraz 1986/87. W listopadzie 1987 r. doznał kontuzji ścięgna Achillesa. Przyspieszyła ona jego decyzję o przejściu na emeryturę, co ostatecznie nastąpiło w 1988 r.

Na koniec sezonu 1976/77 znalazł się w Drużynie Roku wybranej przez Professional Footballers’ Association (PFA Team of the Year). Należy do bardzo elitarnego grona zawodników, którzy w trakcie całej kariery rozegrali ponad 1000 oficjalnych meczów. Na jego 1118 występów 61 przypadło na dorosłą reprezentację, a cztery na młodzieżową U-23. 337 razy zakładał bluzę Tottenhamu, a barwy Liverpoolu przywdziewał aż 665 razy. Do tego dolicza się mu jeszcze przynajmniej 50 spotkań z czasów Scunthorpe. Jego 460 czystych kont to też wynik rekordowy.

Po zakończeniu kariery zawodniczej próbował się odnaleźć w roli szkoleniowca. Co prawda w klubach pracował bez większych sukcesów, ale jako trener bramkarzy przez parę lat był członkiem sztabu angielskiej reprezentacji. Pracował również w strukturach federacji, stojąc na czele FA Development Team. Nadzorował tam rozwój młodych angielskich zawodników w kategoriach wiekowych od U-16 do U-21. W 2005 r. zdiagnozowano u niego raka prostaty i to z tą chorobą przegrał po kilkunastoletniej walce.

Adam Musiał (18 grudnia 1948 – 18 listopada 2020)

Wieloletni zawodnik krakowskiej Wisły, z którą święcił największe sukcesy. Z drużyną Białej Gwiazdy wywalczył mistrzostwo Polski w sezonie 1977/78. Z mistrzostw świata w RFN w 1974 r. przywiózł srebrny medal. To jego właśnie postanowił przykładnie ukarać Kazimierz Górski przed meczem drugiej rundy ze Szwecją. Odsuwając Musiała od składu, trener chciał nieco wstrząsnąć zespołem, bo zauważył, że w jego szeregi wkradło się małe rozprężenie. Obrońca miał wówczas według rożnych wersji wypić o jedno piwko za dużo i wrócić o kilka minut za późno, na dodatek wdając się w niepotrzebną dyskusję z trenerem. W pozostałych meczach turniej wrócił jednak do pierwszego składu.

Swoje pierwsze futbolowe kroki Musiał stawiał w rodzinnej Wieliczce. Dorastał tutaj wraz z trójką rodzeństwa w bardzo skromnych warunkach, bo w domu nie było bieżącej wody, kuchni, ani łazienki. Jako dziecko był bardzo ruchliwy i wszędzie go było pełno, swoimi wybrykami nieraz przysparzał też zmartwień matce. O jej surowości przekonał się już w przedszkolu, kiedy wypalił pierwszego papierosa. Każdą wolną chwilę spędzał na gonitwie za piłką, więc szkoła schodziła na dalszy plan. Do orłów nie należał, ale kiedy na swojej drodze spotkał nauczyciela WF-u pana Strojnego, przeszedł prawdziwą metamorfozę i z jednego z najgorszych uczniów w szkole stał się jednym z najlepszych.

Jego pierwszym klubem była Wieliczanka, skąd szybko trafił do wielickiego Górnika, gdzie występował do 1967 r. Wtedy to przeniósł się do Krakowa, gdzie w miejscowej Wiśle z marszu stał się podstawowym zawodnikiem. Kontuzja, z jaką po igrzyskach w Monachium zmagał się Zygmunt Anczok, stała się szansą dla Musiała i to właśnie zawodnik Wisły zabezpieczał naszą lewą stronę na mistrzostwach świata w 1974 r. Czasem zarzucano mu twardą i ostrą grę, ale po eliminacyjnych bojach z Walią i Anglią wielu doceniło jego nieustępliwość i charakter.

Po powrocie z mundialu nasi reprezentanci zyskali wielką popularność i na każdym kroku wzbudzali duże zainteresowanie. Tym większym więc echem odbił się w prasie wypadek, jaki Musiał spowodował w nocy z 31 października na 1 listopada 1974 r. i po którym w ciężkim stanie trafił do szpitala. Jechał wówczas swoim BMW do matki w Wieliczce i będąc pod wpływem alkoholu (1,6 promila), zderzył się ciężarówką. Sąd ukarał go grzywną, wyrokiem w zawieszeniu i pięcioletnim zakazem prowadzenia pojazdów.

Wrócił do zdrowia i do składu Wisły, ale w reprezentacji już nigdy więcej nie zagrał. Wiosną 1978 r. przeniósł się do Arki Gdynia, z którą rok później zdobył Puchar Polski. Gdynię opuścił w 1980 r. i spróbował szczęścia za granicą. Przez trzy lata występował w angielskim Hereford United, a później grał jeszcze w nowojorskim Eagle Yonkers, gdzie w 1987 r. zakończył karierę zawodniczą.

Jako szkoleniowiec pracował w Wiśle (trener roku 1991 w plebiscycie Piłki nożnej), Lechii Gdańsk, Stali Stalowa Wola i GKS-ie Katowice. W czasie kiedy na czele Wisły stał Bogusław Cupiał, Adam Musiał znalazł zatrudnienie jako administrator klubowego stadionu i podchodził do tej roli z pełnym zaangażowaniem. Znany z pogodnego usposobienia był dobrym duchem drużyny i zawsze imały się go żarty.

Diego Maradona (30 października 1960 – 25 listopada 2020)

Dla wielu był najwybitniejszym graczem w historii futbolu. Można się z tym stwierdzeniem zgadzać lub nie, ale takich, którzy dorównywali Maradonie skalą talentu i piłkarskiego geniuszu było raptem kilku w całej historii dyscypliny. Jego nieprzeciętne umiejętności zostały dostrzeżone jeszcze, kiedy był dzieckiem i młody Diego szybko stał się nadzieją wielu rozkochanych w futbolu Argentyńczyków na upragnione sukcesy reprezentacji. W 1978 r. nie zdołał się załapać do składu, a w 1982 r. był nieustannie niemal kopany i faulowany, przez co Argentyna skończyła zmagania na drugiej fazie. Dopiero w 1986 r. objawił światu pełną skalę swojego geniuszu i praktycznie w pojedynkę doprowadził swoją reprezentację do mistrzostwa świata, strzelając po drodze dwie pamiętne bramki Anglikom w ćwierćfinale.

W argentyńskiej ekstraklasie debiutował w wieku 16 lat jako zawodnik Argentinos Juniors. Trzykrotnie w latach 1979-81 był królem strzelców Primera División. W 1981 r. przeszedł do Boca Juniors, a rok później wyjechał do Europy. Pierwszym jego europejskim przystankiem była Barcelona, ale po dwóch latach w stolicy Katalonii odszedł z klubu i przeniósł się do Włoch. Jego nowym domem stał się Neapol, a na jego prezentację w barwach miejscowego SSC Napoli przyszło aż 75 tys. kibiców. W drużynie z Kampanii swoimi występami zbudował sobie status klubowej legendy i doprowadził zespół do największych sukcesów w historii. Dwukrotnie zdobył mistrzostwo Włoch (1986/87 i 1989/90), raz Puchar Włoch (1986/87) i Superpuchar Włoch (1990), a do tego dołożył sukces na arenie europejskiej, zwyciężając w Pucharze UEFA w sezonie 1988/89. W 1988 r. był też królem strzelców Serie A.

Neapol go ubóstwiał, ale to tutaj właśnie zaczął się jego powalony upadek. Choć pierwsze kontakty z narkotykami miał już w Barcelonie, to dopiero Neapol ze swoim nocnym życiem zaczął go pochłaniać coraz bardziej. Często widywany był w towarzystwie osób, którym zarzucano działalność przestępczą i kwestią czasu było, kiedy sam podpadnie stróżom prawa. Mimo zgubnego wpływu trybu życia, jaki prowadził, Maradona ciągle był piłkarzem wybitnym. Udowodnił to w 1990 r., kiedy na włoskim mundialu drugi raz z rzędu zameldował się z kolegami z reprezentacji w wielkim finale. Tym razem jednak musieli oni przełknąć gorycz porażki.

W marcu 1991 r. świat obiegła informacja, że w organizmie Diego wykryto niedozwolone środki, a konkretnie kokainę. Poskutkowało to piętnastomiesięcznym zawieszeniem ze strony FIFA. Od tego czasu coraz dalej było mu na sportowy szczyt, a coraz więcej słyszało się o skandalach z jego udziałem. W 1992 r. próbował się odbudować w hiszpańskiej Sevilli FC, ale po sezonie odszedł skonfliktowany z władzami klubu i wrócił do Argentyny. Tu podpisał kontrakt z Newell’s Old Boys, ale zdołał rozegrać zaledwie kilka spotkań dla klubu.

Mimo to znalazło się dla niego miejsce w kadrze na mundial w USA, na który Argentyna awansowała dopiero po barażowym dwumeczu z Australią. Na turnieju dobrze zaprezentował się w meczach z Grecją i Nigerią. Zwłaszcza jego gol przeciwko Grekom i radość po tym trafieniu zapadły kibicom w pamięć. Można było mieć nadzieję, że znakomity Argentyńczyk raz jeszcze wzniesie się na wyżyny i natchnie zespół do wielkich rzeczy. Nic bardziej mylnego. Cztery dni po starciu z Nigeryjczykami Sepp Blatter ogłosił, że badanie antydopingowe wykazało w organizmie Maradony obecność efedryny. Mistrzostwa świata dla Diego dobiegły końca.

Ostatnim przystankiem w jego zawodniczej karierze było Boca Juniors. Ciągle jednak mierzył się z kolejnymi problemami ze zdrowiem i narkotykami, przez co w ciągu trzech sezonów uzbierał ledwie 30 występów. Ostatni raz zagrał 25 października 1997 r. w wygranym 2:1 pojedynku z River Plate na Estadio Monumental. Piłkarz rozegrał 45 minut, po czym zszedł z boiska. Pięć dni później oficjalnie zakończył karierę.

Jako trener pracował w klubach w Meksyku, Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Argentynie. 29 października 2008 r. objął stanowisko selekcjonera reprezentacji. Jego podopieczni awansowali na mistrzostwa świata w RPA w 2010 r., a przed turniejem byli wymieniani w gronie faworytów. Przygodę z turniejem zespół z Maradoną na ławce zakończył na ćwierćfinale, gdzie uległ 0:4 Niemcom.

Na początku listopada 2020 r. trafił do szpitala i musiał poddać się operacji. Ta przebiegła pomyślnie i w połowie miesiąca Diego wypisał się na własne życzenie i wrócił do domu. Zmarł rankiem 25 listopada w wyniku ostrej niewydolności serca i obrzęku płuc.

Papa Bouba Diop (28 stycznia 1978 – 29 listopada 2020)

Bohater senegalskiej reprezentacji z mistrzostw świata w 2002 r. dorastał na ulicach Dakaru. Pierwsze lekcje piłkarskiego rzemiosła odbierał w juniorskim zespole Ndeffann Saltigue, skąd w  1995 r. trafił do klubu ASC Diaraf. Już po roku gry w klubie został zawodnikiem pierwszego zespołu, który na krajowej arenie bił się o najwyższe laury. Dobra postawa w lidze zaowocowała też powołaniem do juniorskiej reprezentacji kraju, ale żeby w pełni wykorzystać swoje możliwości, Papa Bouba Diop musiał pójść krok dalej.

To oznaczało, że nadszedł czas, żeby spróbować swoich sił w Europie. Pierwszym przystankiem Diopa na Starym Kontynencie była położona pośród alpejskich szczytów Szwajcaria. Kraj o tak odmiennym krajobrazie od senegalskiego musiał zrobić na młodym chłopaków duże wrażenie. Angaż w Neuchâtel Xamax załatwił mu brat, ale najpierw Diop przez rok musiał ogrywać się w trzecioligowym Vevey Sports. Miało to pomóc mu w szybszej adaptacji do nowego otoczenia, choć jak sam wspominał, był to dla niego trudny czas.

Po udanym przetarciu w trzeciej lidze Diop szybko zaczął pokazywać swój talent. Dobrze wszedł do zespołu Neuchâtel Xamax i stał się jednym z wyróżniających się graczy całej ligi. Dobra forma zaowocowała kolejnym transferem i w 2001 r. Diop był już zawodnikiem Grasshopper Club Zürich. Nowemu klubowi pomógł w zdobyciu krajowego mistrzostwa, a także po raz pierwszy pokazał się w europejskich pucharach. W styczniu 2002 r. sięgnęło po niego francuskie Lens.

To właśnie będąc zawodnikiem tego klubu przedstawił się szerszej publiczności w meczu otwarcia mistrzostw świata w 2002 r. Senegal sensacyjnie pokonał wówczas mistrza świata i Europy Francję. Diop strzelając jedynego gola w meczu, wprawił w zachwyt roztańczonych senegalskich kibiców, a radość po strzelonej bramce była jednym z kilku zapadających w pamięć obrazków tamtego turnieju. Koleje dwa trafienia Diop dołożył w meczu z Urugwajem. Razem z kolegami dotarł wówczas do ćwierćfinałów, a Senegal swoją grą wzbudził sympatię wielu neutralnych kibiców.

Po turnieju jego marka tylko rosła, ale kolejne dwa lata spędził jeszcze we Francji. W 2004 r. stało się jednak jasne, że Lens jest już dla niego za małe i w lipcu Senegalczyk został zawodnikiem angielskiego Fulham. Już w pierwszym sezonie w Anglii zdołał odcisnąć swoje piętno na drużynie i szybko stał się jednym z najlepszych graczy w zespole. W Fulham spędził w sumie trzy lata, po czym na kolejne trzy sezony przeniósł się do Portsmouth, z którym sięgnął po Puchar Anglii. Potem na rok przeniósł się do Aten, gdzie grał dla AEK-u. Po tym czasie wrócił do Anglii i zdążył jeszcze zaliczyć występy w barwach West Hamu i Brimingham City, gdzie w lutym 2013 r. zakończył karierę.

Reprezentacyjną koszulkę zakładał 63 razy i zdobył dla kraju 11 bramek. Oprócz dobrego występu na mundialu w 2002 r. na konto sukcesów z kadrą można mu jeszcze dopisać drugie miejsce w Pucharze Narodów Afryki w tym samym roku. Zawsze imponował siłą i przygotowaniem fizycznym, dobrze spisywał się w defensywie i przy odbiorze piłki. Potrafił też jednak dokładnie podać do partnerów i precyzyjnie uderzyć na bramkę. Stylem gry porównywany do Patricka Vieiry, często dawał się rywalom we znaki i mało kto lubił przeciwko niemu grać.

Przez lata zmagał się z chorobą Charcota-Mariego-Tootha, a potem także ze stwardnieniem zanikowym bocznym. Walczył długo, ale w końcu musiał się poddać. Zmarł w Paryżu.

Wiktor Poniedielnik (22 maja 1937 – 5 grudnia 2020)

Razem z reprezentacją ZSRR zwyciężył w premierowej edycji turnieju o mistrzostwo Europy. W finale Sowieci pokonali Jugosłowian, wygrywając po dogrywce 2:1. Strzelcem gola na wagę triumfu był właśnie Poniedielnik. To był jego drugie trafienie w finałach. Wcześniej w półfinale z Czechosłowacją ustalił wynik meczu na 3:0 dla ZSRR. Cztery lata później Poniedielnik razem z kolegami stanie przed szansą obrony tytułu, ale lepsi wówczas okażą się Hiszpanie. W 1962 r. na mistrzostwach świata w Chile Wiktor również był ważną częścią zespołu, a swoimi dwiema bramkami w fazie grupowej (w tym jednej w pamiętnym meczu z Kolumbią) wydatnie pomógł reprezentacji w wyjściu z grupy. Ćwierćfinał to było jednak wszystko, na co stać było mistrzów Europy.

Poniedielnik urodził się i dorastał w Rostowie nad Donem. Z klubami z tego miasta był związany przez większość kariery. Poważnej piłki uczył w miejscowym Torpedo, które grało na drugim poziomie rozgrywkowym. Wiktor jednak wyróżniał się na tyle, że w 1958 r. przeniósł się do największego klubu w Rostowie. Był nim występujący wówczas w Klasie A wojskowy SKA. W 1959 r. zadebiutował w radzieckiej ekstraklasie w starciu z CSKA, w którym zdołał wpisać się na listę strzelców.

Pewnie jeszcze lepiej wspominał debiut w reprezentacji, który nastąpił 19 maja 1960 r. w meczu z Polską. W Moskwie nasi reprezentanci przegrali aż 1:7, a Poniedielnik swój pierwszy mecz w narodowych barwach uświetnił zdobyciem aż trzech goli. Ogółem dla kadry ZSRR zagrał 29 razy i strzelił 20 bramek.

W 1961 r. ściągnęło go do siebie moskiewskie CSKA, ale w klubie ze stolicy Poniedielnik nie zagrał ani razu i szybko wrócił do Rostowa. Tutaj w ciągu kolejnych kilku lat zaliczył ponad setkę ligowych występów i stając się liderem zespołu, w dużej mierze stanowił o jego sile. W 1966 r. jeszcze raz postanowiono sprawdzić go w stolicy. Tym razem został zawodnikiem Spartaka, ale również tutaj ani razu nie pojawił się na boisku i niedługo później zakończył karierę.

Próbował swoich sił jako szkoleniowiec, ale bez większych sukcesów. Zdecydowanie lepiej odnalazł się w roli dziennikarza sportowego. Zawód ten z upodobaniem uprawiał do początku lat 90. Był też autorem kilku książek o tematyce piłkarskiej. Był ostatnim żyjącym mistrzem Europy z 1960 r. Zmarł po długiej i ciężkiej chorobie.

Alejandro Sabella (5 listopada 1954 – 8 grudnia 2020)

Dorastał w dość zamożnej dzielnicy Buenos Aires w rodzinie klasy średniej. Znakomicie radził sobie w szkole i bez problemu dostał się na Wydział Prawa Uniwersytetu w Buenos Aires, ale miłość do piłki okazała się mocniejsza. Zaczynał jako pomocnik w stołecznym River Plate. W ciągu czterech lat pobytu w klubie zdołał uzbierać ponad setkę występów i razem z kolegami trzykrotnie w tym czasie świętował mistrzostwo.

W lipcu 1978 r. Sabella wyjechał do Europy, gdzie podpisał kontrakt z angielskim Sheffield United. Klub występował wówczas na drugim poziomie rozgrywkowym, a z przybyciem Argentyńczyka wiązano spore nadzieje. Anglii jednak nie zawojował. Kiedy Sheffield spadło do Third Division, Sabella zaczął rozglądać się za nowym pracodawcą. W końcu w 1980 r. przeszedł do Leeds United, gdzie w ciągu kolejnego sezonu grał ze zmiennym szczęściem. Na boisko wybiegał tylko 23 razy i dwukrotnie udało mu się pokonać bramkarzy rywali.

Pod koniec 1981 r. pomocnik stwierdził, że pora wracać do Argentyny. Trafił do Estudiantes de La Plata, gdzie pod okiem przyszłego selekcjonera Carlosa Bilardo szybko wpasował się do drużyny. Wkrótce linia pomocy z Sabellą w składzie stała się jedną z najsilniejszych w lidze, czego efektem były dwa tytuły mistrzowskie w latach 1982 i 1983.

Tylko osiem razy zagrał w drużynie narodowej. Przyczyną takie stanu jest fakt, że na jego pozycji rywalizacja w kadrze była ogromna. Dość powiedzieć, że wśród rywali o miejsce w składzie miał choćby takich graczy jak Ricardo Bochini, Carlos Tapia, Jorge Burruchaga czy Diego Maradona. W 1983 r. wziął co prawda udział w Copa América, gdzie zagrał w czterech grupowych meczach, ale Argentyna nie przeszła dalej.

Pod koniec kariery zakładał jeszcze koszulki brazylijskiego Grêmio Porto Alegre, a także argentyńskiego Ferro Carril Oeste. Przygodę z piłką kończył w Meksyku występami w barwach Club Deportivo Irapuato. Po zakończeniu czynnej kariery poświęcił się pracy szkoleniowej. Przez lata był asystentem Daniela Passarelli i towarzyszył mu podczas pracy z argentyńską i urugwajską reprezentacją, a także w klubach. W marcu 2009 r. objął stery Estudiantes, a już w lipcu cieszył się z wygranej w Copa Libertadores. Do tego dołożył mistrzostwo kraju w 2010 r. W sierpniu 2011 r. w jego ręce powierzono losy narodowej reprezentacji. Jedną z pierwszych decyzji nowego selekcjonera było mianowanie Messiego kapitanem. Pod jego wodzą Argentyna w 2014 r. po raz pierwszy od wielu lat dotarła do finału mistrzostw świata, gdzie jednak uległa Niemcom.

Zmarł w wieku 66 lat w wyniku problemów kardiologicznych.

Paolo Rossi (23 września 1956 – 9 grudnia 2020)

Człowiek, który swoimi dwiema bramkami w półfinałowym starciu hiszpańskiego mundialu pozbawił rzesze polskich kibiców nadziei na występ Polaków w wielkim finale. Dużo jednak nie brakowało, a urodzony w toskańskim Prato napastnik w ogóle do Hiszpanii by nie pojechał. Został bowiem skazany na trzy lata dyskwalifikacji za udział a korupcyjnej aferze Totonero. Ostatecznie karę skrócono mu do dwóch lat, dzięki czemu w ostatniej chwili mógł zostać dołączony do zespołu.

Król strzelców i najlepszy zawodnik hiszpańskich mistrzostw jako junior odwiedził kilka klubów, zanim w 1972 r. trafił do Juventusu. W klubie z Turynu trudno mu było się przebić i w 1976 r. trafił do Vicenzy. To tutaj wypłynął na szerokie wody. Szybko przekonał do siebie członków sztabu i stał się podstawowym zawodnikiem drużyny. Vicenza, która rok wcześniej spadła z Serie A, nie miała zamiaru spędzać zbyt wiele czasu w Serie B i potrzebowała tylko roku, żeby wrócić do elity. Paolo Rossi swoimi 21 bramkami znacząco w tym powrocie pomógł i zapewnił sobie koronę króla strzelców.

Wyczyn ten powtórzył rok później. Wydawać by się mogło, że na najwyższym poziomie trudniej będzie o to osiągnięcie, ale Rossi nic sobie z klasy rywali nie robił. Strzelał jak na zawołanie i w całym sezonie 24 razy zmuszał bramkarzy rywali do wyciągania piłki z siatki. Vicenza z kolei finiszowała w rozgrywkach na zaskakująco dobrej drugiej lokacie.

Jego forma nie umknęła uwadze Enzo Bearzota, który znalazł dla niego miejsce w kadrze na mundial w 1978 r. Włosi tamten turniej zakończyli na czwartym miejscu. Rossi trzykrotnie posłał piłkę do siatki, a swoimi podaniami aż cztery razy otwierał kolegom drogę do bramki. Po turnieju wielkim kosztem zdołała go u siebie zatrzymać Vicenza. Sezon 1978/79 był jednak dla Rossiego naznaczony kontuzjami i mimo zdobycia 15 goli w Serie A, nie zdołał z kolegami uniknąć spadku. Później zaliczył jeszcze sezon na wypożyczeniu w Perugii i w końcu w 1981 r. trafił do Juventusu.

Do składu turyńskiej ekipy wskoczył pod koniec sezonu 1981/82, czyli w samą porę, żeby załapać się na mundial. Dołożył w ten sposób swoją małą cegiełkę do sukcesu, jakim było zdobycie przez klub scudetto w tamtym sezonie. Do mistrzostwa Włoch i mistrzostwa świata dołożył na koniec roku Złotą Piłkę przyznaną przez magazyn France Football. W Juventusie razem z Michelem Platinim i Zbigniewem Bońkiem stworzył atak, który budził respekt wśród większości rywali. Prymat na krajowym podwórku gracze Juve potwierdzili w sezonie 1983/84, a rok wcześniej podnieśli w górę Puchar Włoch. Do scudetto z 1984 r. Rossi z kolegami dorzucił w tym samym roku jeszcze Puchar Zdobywców Pucharów i Superpuchar Europy. 29 maja 1985 r. zagrał w pamiętnym finale Pucharu Europy na Heysel z Liverpoolem wygranym przez Juve 1:0.

Na koniec kariery przeniósł się jeszcze do Mediolanu. W barwach miejscowego Milanu spędził jednak tylko sezon, ale zdobył uznanie wśród kibiców dwoma golami w derbowym pojedynku z Interem. Kolejną ligową kampanię, która później okazała się ostatnią w jego karierze, rozpoczął w Weronie. Do miejscowego Hellasu trafił po mundialu w Meksyku, gdzie jednak nie zagrał ani minuty, w czym przeszkodziły mu problemy zdrowotne. Z Serie A pożegnał się czterema bramkami w 20 występach, a Hellas na finiszu rozgrywek zajął czwarte miejsce w tabeli.

Powszechnie uważa się go za jednego z najlepszych włoskich piłkarzy w historii. Po zakończeniu kariery nie widział się w roli trenera, ale spełniał się jako ekspert telewizyjny. Odszedł w wieku 64 lat, przegrywając walkę z rakiem płuc. W jego ostatniej drodze w Vicenzie towarzyszyły mu tysiące kibiców.

Gérard Houllier (3 września 1947 – 14 grudnia 2020)

Francuz najbardziej znany jest ze swojej pracy w Liverpoolu, który pod jego batutą na początku XXI w. odnosił największe od lat 80. sukcesy. Urodzony w położonym na północy Francji miasteczku Thérouanne szkoleniowiec ma też jednak za sobą krótką karierę zawodniczą. Na przełomie lat 60. i 70. Houllier był zapalonym piłkarzem i występował jako pomocnik, ale umiejętności starczyło mu tylko na poziom amatorski. Szybko zdał sobie sprawę, że wielkiej kariery nie zrobi i zaczął myśleć o pracy trenerskiej. Na uniwersytecie w Lille ukończył anglistykę, a w trakcie studiów zaliczył też roczny wyjazd do Liverpoolu, gdzie oprócz pracy, chętnie oddawał się też futbolowi.

Swoją zawodniczą karierę kończył w Le Touquet AC i przez jakiś czas pełnił w klubie funkcję grającego trenera. Po paru latach znalazł zatrudnienie w US Nœux-les-Mines. W starym klubie pamiętają o nim jednak do dziś, czego dowodem jest stadion noszący jego imię. Z US Nœux-les-Mines związany był przez sześć lat i w tym czasie mimo ograniczonych środków zdołał awansować z zespołem do Division 2.

Zwrócił tym uwagę lokalnego potentata, czyli RC Lens. To stery tego zespołu objął w 1982 r. i z drużyny z dolnej połowy tabeli szybko stworzył ekipę liczącą się w kraju. W 1984 r. jego podopieczni ukończyli zmagania na czwartym miejscu, co oznaczało awans do Pucharu UEFA. Jego pozycja we francuskim futbolu stale się umacniała, a kolejnym przystankiem na jego trenerskiej drodze była praca w Paris Saint-Germain. Na efekty nie trzeba było długo czekać i prowadzona przez Houlliera drużyna sezon 1985/86 zakończyła na szczycie ligowej tabeli, zdobywając tym samym pierwsze, historyczne mistrzostwo Francji.

W paryskim klubie pracował tylko trzy lata i w 1988 r. został mianowany dyrektorem technicznym reprezentacji Francji i asystentem Michela Platiniego, który kierował wówczas drużyną narodową. Po słabym Euro 1992 w wykonaniu Francuzów Platini pożegnał się z posadą, a obowiązki selekcjonera powierzono Houllierowi. Miał uzyskać kwalifikacje na mundial w USA, ale mimo że na dwie kolejki Francuzi liderowali grupie i do awansu potrzebowali ledwie punktu, to ostatecznie musieli obejść się smakiem. Lepsi okazali się Szwedzi i Bułgarzy, a szerzej o tamtych eliminacjach pisaliśmy w tym tekście.

W listopadzie 1993 r. Houllier podał się do dymisji. Przez kolejne kilka lat nadal był związany z krajową federacją, pracując z kadrami młodzieżowymi i juniorskimi. Na mistrzostwach Europy U-18 w 1996 r. jego podopieczni, wśród których byli m.in. William Gallas, Nicolas Anelka, Thierry Henry czy David Trezeguet, pewnie sięgnęli po końcowe zwycięstwo. Rok później ta sama drużyna pojechała do Malezji na młodzieżowe mistrzostwa świata. Houllier ze swoimi chłopakami zakończył rywalizację na ćwierćfinale, gdzie po rzutach karnych lepsi okazali się Urugwajczycy.

Wreszcie w lipcu 1998 r. zgłosił się po niego Liverpool, który zaproponował mu dzielenie funkcji trenera z Royem Evansem. Takie rozwiązanie nie przyniosło jednak oczekiwanych korzyści i po paru miesiącach Evans zrezygnował. Houllier miał dzięki temu wolną rękę i mógł spokojnie rozpocząć proces przebudowy zespołu. W ciągu kolejnych lat w drużynie pojawiło się sporo nowych twarzy, jak choćby Sami Hyypiä czy Vladimír Šmicer. Houllier nie bał się też stawiać na klubową młodzież. To pod jego okiem do seniorskiej piłki wchodzili Jamie Carragher, Michael Owen i Steven Gerrard.

Liverpool był domem francuskiego szkoleniowca przez sześć lat. W tym czasie najbardziej owocny okazał się sezon 2000/01. Prowadzeni przez Houlliera graczy okazali się najlepsi w rozgrywkach Pucharu Anglii i Pucharu Ligi. W Pucharze UEFA dotarli do finału, gdzie dopiero po dogrywce pokonali hiszpańskie Deportivo Alavés 5:4. U progu nowego sezonu dołożyli jeszcze do tego wygrane w meczach o Tarczę Dobroczynności i Superpuchar Europy. Te triumfy nie przełożyły się jednak na wyniki w lidze. Tu Houllier musiał się zadowolić tylko wicemistrzostwem, które jego zawodnicy zdobyli w 2002 r. Wygrana w Pucharze Ligi w 2003 r. była ostatnim triumfem, jaki w barwach Liverpoolu odniósł Francuz. W maju kolejnego roku rozstał się z zespołem The Reds.

Pod koniec maja 2005 r. przejął Olympique Lyon. Klub kolejny rok z rzędu dominował na krajowym podwórku, a Houllier miał sprawić, że gracze OL z dobrej strony pokażą się też w Europie. W 2006 r. dotarli co prawda do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, ale w kolejnym sezonie polegli już na pierwszej przeszkodzie w fazie pucharowej, jaką była Roma. Dla Jean-Michel Aulasa to było za mało i po dwóch latach pracy w klubie i zdobyciu dwóch krajowych mistrzostw, Houllier pożegnał się z posadą.

We wrześniu 2010 r. na kilka miesięcy związał się z Aston Villą. Zespół nie prezentował się jednak najlepiej, co spotykało się z coraz większym sprzeciwem kibiców. W kwietniu 2011 r. francuski szkoleniowiec trafił do szpitala. Jego stan określano jako stabilny, ale do końca sezonu nie wrócił już na trenerską ławkę. 1 czerwca rozstał się z klubem za porozumieniem stron.

Zmarł w Paryżu, gdzie przechodził operację serca. Miał 73 lata. Steven Gerrard powiedział o nim, że był kimś więcej, niż menedżerem. Legendarny pomocnik Liverpooli podkreślił też, że to właśnie Houllier pomógł mu się stać lepszym piłkarzem, lepszym człowiekiem i w końcu lepszym liderem.

Maksim Cyhałka (27 maja 1983 – 25 grudnia 2020)

Tak zapisane nazwisko białoruskiego piłkarza dla wielu jest pewnie anonimowe, ale kiedy napisałbym Maxim Tsigalko, to z pewnością duża część wiedziałaby o kogo chodzi. Dotyczy to zwłaszcza tych, którzy, podobnie jak ja, świata futbolowych menedżerów uczyli się na przykładzie Championship Managera 01/02. Cyhałka, który w grze występował pod nazwiskiem Tsigalko, dla wielu graczy był jednym z pierwszych wyborów przy kompletowaniu kadry w nowym klubie. Dysponował ogromnym potencjałem, więc potrafił sobie poradzić praktycznie w każdym zespole w każdej lidze. Tak było w grze, a jak Maksim poradził sobie w realnym świecie?

Swoją przygodę z piłką zaczynał jako nastolatek w stołecznym Dynamie Mińsk. Początkowo występował w grającej na zapleczu białoruskiej ekstraklasy młodzieżowej drużynie Dynama-Juni. Następnie zaliczył kilka meczów w zespole rezerw, ale nie rozwijał się tak, jak niektórzy liczyli. W końcu zadebiutował w pierwszym zespole Dynama, ale nie był podstawowym zawodnikiem. W latach 2001-2006 zdołał uzbierać raptem 53 występy w klubowych barwach i strzelić 24 bramki. Miał też swój niewielki udział w zdobycie przez Dynamo Pucharu Białorusi w 2003 r. i mistrzostwa kraju rok później.

W kwietniu 2003 r. w wieku niespełna 20 lat zadebiutował w białoruskiej reprezentacji. Białoruś dwukrotnie mierzyła się wówczas z Uzbekistanem. Cyhałka zagrał w obu meczach. W pierwszym z nich, które ostatecznie zakończyło się remisem, otworzył nawet wynik spotkania. To było jego jedyne trafienie w dorosłej reprezentacji i jedyne dwa spotkania, w których dostąpił zaszczytu reprezentowania barw narodowych.

Widząc, że w Mińsku ma niewielkie szanse na regularną grę, postanowił zmienić otoczenie. Znalazł zatrudnienie w Naftanie Nowopołock, ale w 24 spotkaniach tylko trzy razy trafiał do siatki rywali. Znowu więc musiał się rozglądać za nowym pracodawcą. Tym razem postanowił spróbować szczęścia poza granicami kraju i podpisał kontrakt z kazachskim klubem Kajsar Kyzyłorda. Wielkiej furory na azjatyckich stepach nie zrobił, ale sześć trafień w lidze w sezonie 2007 wystarczyło, żeby być najskuteczniejszym zawodnikiem w klubie.

Latem 2008 r. opuścił Kazachstan i przeniósł się do Armenii. Dołączył do zespołu Bananc Erywań, ale długo miejsca na Kaukazie nie zagrzał. Po ledwie czterech występach i dwóch golach jeszcze w tym samym roku wrócił do ojczyzny. Sawit Mohylew był ostatnim przystankiem w piłkarskiej podróży Maksima. Zespół był beniaminkiem białoruskiej ekstraklasy i swój premierowy sezon w elicie zakończył na przedostatnim miejscu w tabeli, które oznaczało spadek. Przed rozpoczęciem nowej ligowej kampanii klub ostatecznie został rozwiązany. Osiem rozegranych meczów i dwa gole to dość kiepski bilans ostatniego sezonu Cyhałki.

Harmonijny rozwój utrudniały mu kontuzje. Buty na kołek odwiesił bardzo wcześnie, bo już jako 26-latek, ale na tę decyzję wpływ miały też ciągłe problemy z kolanem. Kto wie jak potoczyłby się jego losy, gdyby nie urazy. W jednym z wywiadów po karierze przyznał, że był o krok od przejścia do portugalskiego CS Marítimo, ale na ostatnim treningu zerwał więzadła i transfer upadł. Po rozstaniu z piłką pracował jako monter okien, a potem przez pewien czas prowadził firmę budowlaną. Zmarł w wieku 37 lat, a przyczyną śmierci według pogłosek białoruskich mediów miała być choroba nowotworowa.

Zbigniew Pocialik (1 czerwca 1945 – 27 grudnia 2020)

Urodził się tuż po wojnie i dorastał na gruzach odbudowywanej wysiłkiem całego narodu stolicy. To w Warszawie właśnie spędził lwią część swojej kariery. Był wychowankiem Varsovii, skąd w 1960 r. przeniósł się do grającej wówczas w III lidze Warszawianki. Nastoletni bramkarz nie potrzebował zbyt wiele czasu, żeby zwrócić na siebie uwagę działaczy jednego z dwóch największych wówczas klubów w stolicy, jakim obok Legii była milicyjna Gwardia.

Na Racławicką przeniósł się wiosną 1963 r. Gwardia tamten sezon zakończyła na 10. pozycji w tabeli, a nastoletni Pocialik zagrał w trzech ostatnich meczach sezonu. Debiutował kilka dni po swoich 18. urodzinach w wyjazdowym meczu z Odrą Opole. W kolejnych latach cierpliwie budował swoją pozycję w zespole, a Tomasz Stefaniszyn, który do tej pory nie miał konkurencji, coraz częściej musiał godzić się z rolą rezerwowego.

W Gwardii Pocialik regularnie występował do końca sezonu 1973/74, dzieląc z kolegami radość z ligowych awansów i smutek po spadkach z ekstraklasy. Był pewnym punktem ekipy, która w 1973 r. zakończyła ligowy sezon na podium. W 1974 r. wyjechał do Belgii. Został zawodnikiem klubu SK Beveren-Waas, ale zaliczył tu tylko siedem występów i wrócił do ojczyzny. W Beveren poznał młodego Jean-Marie Pfaffa, z którym później przez lata się przyjaźnił.

Po powrocie do Polski przez rok był graczem bydgoskiej Polonii, a potem wrócił do warszawskiej Gwardii. Pozostał w klubie przez kolejne trzy sezony. W drugim mógł cieszyć się z awansu do ekstraklasy, więc w swoim ostatnim sezonie w karierze Pocialik zdołał się pożegnać z pierwszoligowymi boiskami, zaliczając osiem występów. Do pełni szczęścia z pewnością zabrakło mu występów w narodowej reprezentacji, o którą parę razy się ocierał. Konkurencja o miejsca w składzie była wówczas ogromna, a miejsce między słupkami tylko jedno.

Jako szkoleniowiec swoich sił próbował m.in. w Polonezie Warszawa i Pogoni Siedlce. W Gwardii też jakiś czas przepracował. Początkowo był asystentem, a od października 1991 r. do końca 1992 r. pierwszym trenerem. Starał się wówczas uratować klub przed spadkiem z drugiej ligi, ale bezskutecznie. Jesienią 1997 r. znalazł się w sztabie reprezentacji, którą opiekował się wówczas Janusz Wójcik.

Tommy Docherty (24 kwietnia 1928 – 31 grudnia 2020)

Ten szkocki piłkarz i szkoleniowiec dwukrotnie z narodową reprezentacją brał udział w mistrzostwach świata. Dorastał w Glasgow, gdzie w znanym ze szkolenia młodzieży klubie Shettleston uczył się piłkarskiego abecadła. Wkrótce zwrócił na siebie uwagę krajowych potentatów i w 1947 r. został zawodnikiem Celtiku. W drużynie The Bhoys ciężko było mu się przebić i po dwóch latach spędzonych w zespole, w trakcie których rozegrał raptem kilka spotkań, postanowił przenieść się do Anglii.

Jego wybór padł na klub Preston North End, w którym spędzi swoje najlepsze lata kariery. Zespół ten przed przyjściem Docherty’ego spadł do Second Division, ale klubowi włodarze liczyli, że drużyna szybko wróci w szeregi elity. Cel ten udało się osiągnąć już w drugim sezonie spędzonym na zapleczu ekstraklasy. Preston pewnie zajęło pierwsze miejsce w ligowej kampanii i gracze mogli szykować się na występy wśród najlepszych.

Pierwszy sezon po powrocie ukończyli na solidnym siódmym miejscu, ale prawdziwą klasę pokazali rok później. Na finiszu sezonu 1952/53 zespół zgromadził tyle samo punktów, co Arsenal i o tym, że tytuł trafił w ręce Kanonierów zdecydował dopiero stosunek bramek. W kolejnym sezonie dotarli do finału Pucharu Anglii, gdzie jednak musieli uznać wyższość West Hamu, przegrywając 2:3.

Docherty był ważną częścią drużyny, a jego umiejętności i wysoka forma zwróciła uwagę sztabu reprezentacji. Z kadrą narodową pojechał na dwa turnieje o mistrzostwo świata – w 1954 r. do Szwajcariicztery lata później do Szwecji. Szkoci nie odnosili tam jednak większych sukcesów. W sumie w trakcie swojej kariery 25 razy przywdziewał narodowe barwy i raz wpisał się na listę strzelców. Było to w przegranym 2:7 meczu z Anglią w 1955 r.

Zawodnikiem Preston pozostawał do 1958 r, a w trakcie swojego pobytu w klubie rozegrał grubo ponad 300 ligowych pojedynków. Jego nowym pracodawcą został Arsenal, gdzie spędził kolejne trzy lata. Pierwszy rok pobytu w nowym otoczeniu uświetnił zdobyciem z partnerami trzeciego miejsca w lidze. Potem jednak drużyna wpadła w kryzys i kończyła ligowe rozgrywki poza pierwszą dziesiątką.

Ostatnim jego klubem była londyńska Chelsea, dla której w sezonie 1961/62 rozegrał cztery spotkania jako grający trener. Nie zdołał jednak uratować drużyny przed spadkiem. Mimo to nadal cieszył się zaufaniem klubu i mógł spokojnie pracować. Na efekty nie trzeba było długo czekać, gdyż już po roku Chelsea wróciła do First Division. Wysoką klasę jego podopieczni potwierdzili w 1965 r. zdobyciem Pucharu Ligi i trzeciego miejsca w lidze.

Później prowadził ze zmiennym szczęściem m.in. Queens Park Rangers i Aston Villę. Na jeden sezon trafił nawet do Portugalii, gdzie z FC Porto zajął trzecie miejsce w lidze. W 1971 r. objął stanowisko selekcjonera reprezentacji Szkocji. Funkcję tę sprawował krótko, bo już po niewiele ponad roku pożegnał się z posadą.

W grudniu 1972 r. przejął stery w Manchesterze United. Sezon 1973/74 prowadzona przez niego drużyna zakończyła na miejscu spadkowym, ale podobnie, jak wcześniej w Chelsea, Docherty utrzymał stanowisko. Podobnie też jak poprzednio na powrót do ekstraklasy potrzebował zaledwie roku. Pierwszy sezon po powrocie Czerwone Diabły zakończyły na trzeciej lokacie. Zespół dotarł też do finału Pucharu Anglii, w którym przegrał 0:1 z drugoligowym Southampton. Rok później raz jeszcze wywalczyli miejsce w finale i tym razem to Docherty i jego piłkarze mogli cieszyć się z wygranej, pokonując 2:1 mistrza Anglii Liverpool.

Mimo dość dobrych wyników Docherty musiał ustąpić ze stanowiska. Przyznał się bowiem, że miał romans z żoną klubowego fizjoterapeuty. Włodarze klubu nie mogli zaakceptować tak nagannej moralnie postawy i podziękowali mu za współpracę. Potem pracował jeszcze w Derby County, na chwilę wrócił też do Preston, zaliczył też parę klubów w Australii. Ostatnim przystankiem w jego trenerskiej przygodzie była drużyna Altrincham, gdzie 1988 r. przeszedł na emeryturę. Zmarł w wieku 92 lat po długiej chorobie.

Colin Bell (26 lutego 1946 – 5 stycznia 2021)

Jeden z najlepszych angielskich pomocników lat 60. i 70. Był częścią reprezentacji, która w 1968 r. na mistrzostwach Europy doszła do półfinału, a dwa lata później w Meksyku dotarła do ćwierćfinału mundialu. W drużynie narodowej występował przez siedem lat i zdołał w tym czasie uzbierać 48 meczów i dziewięć razy trafić do siatki rywali. Wielu kolegów z boiska wyrażało się o jego umiejętnościach z wielkim uznaniem.

Najbardziej jest znany ze swoich występów w Manchesterze City, ale jego pierwszym poważnym klubem było Bury. W tym drugoligowym klubie, w którym szybko powierzono mu opaskę kapitańską, spędził niecałe trzy sezony. Na początku 1966 r. przeszedł do City, które w Second Division walczyło o awans do ekstraklasy. Wiosną zagrał w 11 spotkaniach i swoimi czterema bramkami dołożył małą cegiełkę do osiągniętego sukcesu, jakim było zajęcie pierwszego miejsca w tabeli.

Przez szereg kolejnych sezonów Bell był pewnym punktem drużyny i jednym z najskuteczniejszych strzelców w klubie. Obok niego ważnymi ogniwami zespołu byli Francis Lee i Mike Summerbee. Cała trójka dobrze się rozumiała i współpracowała ze sobą na boisku, co przekładało się na strzelone gole. Wkrótce trio Bell-Lee-Summerbee stało się jednym z najgroźniejszych ataków w lidze i na stałe zapisało się w pamięci kibiców.

W 1968 r. Colin Bell był jednym z motorów napędowych drużyny, która zdobyła drugie w historii klubu mistrzostwo kraju. Rok później do tego tytułu zawodnicy dołożyli Puchar Anglii, a w 1970 i 1976 r. dwa Puchary Ligi. Wygrana w Pucharze Anglii uprawniała Manchester City do startu w Pucharze Zdobywców Pucharów. Angielska ekipa w sezonie 1969/70 radziła sobie w tych rozgrywkach znakomicie. Odprawiali każdego rywala po drodze i dotarli aż do wielkiego finału. Tu ich rywalem była drużyna Górnika Zabrze i jak wielu polskich kibiców doskonale pamięta, to City okazało się w tym pojedynku lepsze.

Jego kariera została zastopowana w listopadzie 1975 r., kiedy doznał poważnej kontuzji prawego kolana. Uraz okazał się na tyle skomplikowany, że pomocnik stracił nie tylko resztę sezonu, ale też cały kolejny. Wrócił dopiero 26 grudnia 1977 r. w meczu z Newcastle. Na boisku pojawił się po przerwie, czym wywołał wielki aplauz wśród publiczności. Kontuzja pozostawiła jednak swój ślad i po absencji Bell nie był już tym samym zawodnikiem.

Sam pomocnik zdawał sobie sprawę, że jego czas powoli przemija. Sezon 1978/79 był jego ostatnim w barwach City. Przez kilkanaście lat pobytu w klubie stał się jego ikoną, a dziś bez zastanowienia wymieniany jest w gronie największych legend Manchesteru City. W lidze zaliczył bez mała 400 meczów, a jeśli doliczymy do tego spotkania pucharowe, to licznik jego klubowych występów zatrzyma się na imponującej liczbie 492.

W 1980 r. postanowił wycisnąć ze swojej kariery jeszcze trochę i spróbować swoich sił w amerykańskiej NASL. Został zawodnikiem San Jose Earthquakes, ale przygoda ta skończyła się po rozegraniu ledwie pięciu meczów. Po zakończeniu kariery Bell pracował jako szkoleniowiec w zespołach rezerw i drużynach juniorskich City. Pełnił też funkcję klubowego ambasadora. W 2005 r. zdiagnozowano u niego raka jelita grubego. Na szczęścia wykryto go w dość wczesnym stadium i możliwa była operacja, którą przeprowadzono trzy tygodnie po diagnozie. Zmarł w wieku 74 lat.

Leopoldo Luque (3 maja 1949 – 15 lutego 2021)

Urodzony w Santa Fe napastnik na początku swojej kariery wędrował od klubu do klubu i nigdzie nie potrafił na dłużej się zadomowić. Sytuacja ta zmieniła się dopiero w 1975 r., kiedy został zawodnikiem wielkiego River Plate. Już w swoim debiucie w prestiżowym pojedynku z Boca Juniors zdołał przekonać do siebie kibiców, zdobywając gola na wagę zwycięstwa. 22 lutego 1976 r. River Plate rozbiło 5:1 zespół San Lorenzo, a Luque zapisał się tego dnia w kronikach, strzelając dla swojej ekipy wszystkie pięć bramek.

W drużynie Los Millonarios spędził w sumie pięć lat i w tym czasie pięć razy cieszył się ze zdobytego mistrzostwa. Rozegrał dla klubu 176 spotkań i strzelił 75 bramek. Jego strzeleckie umiejętności nie umknęły uwadze selekcjonera narodowej reprezentacji. César Luis Menotti dał Luque szansę pokazania się w Copa América w 1975 r., a napastnik jej nie zaprzepaścił.

Podczas mundialu w 1978 r. był podstawowym zawodnikiem. W pierwszym meczu z Węgrami Luque strzelił wyrównującego gola, a w drugim grupowym starciu przeciwko Francji jego trafienie dało Argentynie wygraną. W czasie gry doznał urazu łokcia i powinien opuścić plac gry, ale limit zmian Argentyńczycy zdążyli już wykorzystać. Luque został więc opatrzony poza boiskiem i z zabandażowanym ramieniem wrócił na ostatnie kilka minut gry. W tym samym dniu w wypadku samochodowym zginął brat. Luque kiedy się o tym dowiedział, opuścił zgrupowanie reprezentacji, żeby wspomóc rodzinę w tym tragicznym czasie i pożegnać brata.

Zabrakło go więc w kończącym grupowe zmagania pojedynku z Włochami, ale wrócił na najważniejsze starcie drugiej rundy, jakim dla Argentyńczyków był mecz z Brazylijczykami. Wynik 0:0 bardziej pasował drużynie Albiceleste, która na koniec mierzyła się z Peru, podczas gdy Brazylię czekał jeszcze mecz z Polską. Peruwiańczycy zgodnie z oczekiwaniami gładko przegrali 0:6, co oznaczało, że to Argentyna zagra w finale. Luque zaaplikował drużynie Peru dwie bramki i w czterech meczach turnieju miał już na koncie cztery trafienia.

Liczył, że poprawi ten dorobek w wielkim finale, ale Holandia postawiła bardzo twarde warunki. Po 90 minutach gry był remis 1:1 i gospodarze dopiero w dogrywce zdołali przechylić szalę wygranej na swoją korzyść. Dwie bramki w finale strzelił Mario Kempes, który z sześcioma golami został królem strzelców turnieju. Luque, który zaliczył przecież bardzo dobre występy, pozostawał przez to nieco w cieniu reprezentacyjnego kolegi.

Po odejściu z River Plate grywał w zespołach Racingu i Unión de Santa Fe. Zaliczył też krótki epizod w brazylijskim Santosie. Znowu jednak nigdzie nie zadomowił się na dłużej. Nigdy też nie próbował szczęścia w którejś z europejskich lig. Karierę zawodniczą zakończył w 1985 r., a jego strzelecki dorobek w argentyńskiej Primera División zamyka się okrągłą liczbą 100 trafień.

W 2007 r. przeszedł zawał serca, po którym jednak zdołał wrócić do zdrowia. Pod koniec 2020 r. z objawami COVID-19 trafił do szpitala. Początkowo obyło się bez komplikacji, ale po paru dniach jego stan się pogorszył i trzeba go było podłączyć do respiratora. Swój ostatni mecz jednak przegrał i zmarł 15 lutego w wieku 71 lat.

Konrad Kornek (12 lutego 1937 – 6 marca 2021)

Czołowy polski bramkarz lat 60., który w reprezentacji miał wielkiego rywala w osobie Edwarda Szymkowiaka. Mimo to Kornek zdołał przez pięć lat gry w kadrze zaliczyć 15 występów w narodowych barwach. Wyróżniał się bardzo dobrym refleksem, czym po części nadrabiał trochę słabsze warunki fizyczne. Mierzył zaledwie 175 centymetrów, co nawet jak na czasy, w których grał, nie powalało.

Był wychowankiem LZS-u Krzanowice, skąd trafił do opolskiej Odry, z którą związany był przez wiele lat. W 1959 r. na dwa sezony przeniósł się do Warszawy, gdzie reprezentował barwy Legii. Ze stołecznym klubem zdobył w 1960 r. wicemistrzostwo Polski, po czym zdecydował się na powrót do Opola. Sezon 1963/64 Odra ukończyła na trzecim miejscu w lidze, co jest najlepszym osiągnięciem w dziejach klubu. Kornek był wówczas jedną z czołowych postaci w zespole.

W Opolu występował do listopada 1969 r., kiedy to rozegrał ostatni mecz w barwach Odry, w którym rywalem było wałbrzyskie Zagłębie. Łącznie na pierwszoligowych boiskach reprezentował opolski klub 185 razy. Natomiast w całej karierze między słupkami stawał ponad 550 razy. Po odejściu z Odry wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie grywał w polonijnych klubach w Nowym Jorku. Zaliczył też pobyt w słynnym New York Cosmos, ale było to jeszcze przed przybyciem Pelégo. Po zakończeniu kariery osiadł na stałe w Niemczech w Dormagen, gdzie dożył 87 lat.

Peter Lorimer (14 grudnia 1946 – 20 marca 2021)

Urodzony w szkockim Dundee zawodnik już od najmłodszych lat przejawiał talent do futbolu. Początkowo grywał w drużynach szkolnych, ale szybko poznano się na nim w reprezentacji, gdzie konsekwentnie zaliczał występy w kolejnych juniorskich kategoriach wiekowych. W 1962 r. strzelił jedną z bramek w wygranym 4:2 meczu szkolnej reprezentacji Szkocji z rówieśnikami z Anglii. Wkrótce po tym podpisał swój pierwszy kontrakt i ze łzami w oczach opuścił rodzinne Dundee i przeniósł się do Leeds.

Debiut w nowym zespole zaliczył 29 września 1962 r. w meczu przeciwko Southampton. Lorimer miał wówczas zaledwie 15 lat i 289 dni, stając się w ten sposób najmłodszym graczem pierwszego zespołu. Regularnie zaczął grać od sezonu 1965/66 i przez kolejne kilkanaście lat był jednym z czołowych piłkarzy w klubie. Leeds United zaliczało się wówczas do ścisłej krajowej czołówki i raz po raz kończyło ligowe zmagania na podium.

Lorimer w czasie swojej gry przy Elland Road dwukrotnie zdobywał mistrzostwo kraju (1968/69 i 1973/74). Kilka razy docierał też z kolegami do finałowego starcia Pucharu Anglii, ale tylko w 1972 r. wyszli z tego pojedynku zwycięsko. Na arenie europejskiej zespół również prezentował się przyzwoicie i dwa razy sięgnął po Puchar Miast Targowych (1967/68 i 1970/71).

W 1975 r. Leeds United dotarło do finału Pucharu Europy, gdzie mierzyło się z Bayernem. Lorimer zdołał się nawet wpisać wtedy na listę strzelców i dał swojej drużynie upragnione prowadzenie. Niestety sędzia dopatrzył się złamania przepisów i jego trafienie nie zostało ostatecznie uznane. Kilka minut później to Bayern wyszedł na prowadzenie, czym wyraźnie podciął skrzydła rywalom. Dziesięć minut niezawodny Gerd Müller podwyższył na 2:0 i rozwiał resztki nadziei angielskich kibiców na dobry wynik.

Szkoci napastnik odszedł z Leeds w 1979 r. Wyjechał do Ameryki Północnej i przez parę lat występował w Kanadzie, gdzie grał dla Toronto Blizzard i Vancouver Whitecaps. Zaliczył też krótki pobyt w grającym na poziomie Fourth Division angielskim York City. W 1983 r. wrócił na stare śmieci i po rozegraniu kolejnych trzech sezonów w barwach drugoligowego wówczas Leeds, ostatecznie zawiesił buty na kołku. Jego bilans zamknął się w 238 golach w 705 występach.

W reprezentacji zagrał 21 razy i strzelił cztery gole. Wystąpił we wszystkich trzech spotkaniach Szkocji na mundialu w 1974 r. Po zakończeniu czynnej kariery pozostał blisko futbolu. Pracował jako ekspert w rozgłośniach radiowych, a także spełniał się jako felietonista. Zawsze chętnie rozmawiał o swoim ukochanym klubie, z którym do końca łączyły go bliskie relacje. W ostatnich latach zmagał się z ciężką, długotrwałą chorobą. Zmarł w wieku 74 lat.

Gerd Müller (3 listopada 1945 – 15 sierpnia 2021)

Jeden z najlepszych napastników w historii nie tylko niemieckiego, ale i światowego futbolu. Jeszcze do niedawna mogło się wydawać, że ustanawiane przez niego w latach 70. kolejne rekordy Bundesligi, są niemal nie do pobicia. O jego wielkości i niesamowitym instynkcie pod bramką rywali najlepiej świadczą liczby. W 437 ligowych meczach 365 razy wpisywał się na listę strzelców. Jeszcze lepszą skutecznością mógł pochwalić się w reprezentacji. W ciągu ośmiu lat zagrał w narodowych barwach 62 razy i strzelił 68 bramek. Z tych 68 goli aż 14 uzyskał na mundialach, co było rekordem aż do 2006 r.

Z klubem i drużyną narodową wygrał wszystko, co było do wygrania. Triumfował w mistrzostwach świata, mistrzostwach Europy, Pucharze Europy (trzykrotnie), Pucharze Zdobywców Pucharów i Pucharze Interkontynentalnym. Cztery razy zdobywał mistrzostwo RFN i również cztery razy zwyciężał w krajowym pucharze. Wielokrotnie zdobywał koronę króla strzelców i był wybierany do najlepszych drużyn sezonu, roku czy turnieju.

Po rozstaniu z Bayernem wyjechał do USA, gdzie próbował swoich sił w NASL. Z zespołem Fort Lauderdale Strikers dotarł nawet do finałów ligi i oczywiście ciągle imponował nieprzeciętną skutecznością. Po zakończeniu kariery w 1982 r. trudno mu było odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Coraz częściej zaglądał do kieliszka, aż w końcu popadł w alkoholizm. Pomocną dłoń wyciągnęli wówczas do niego włodarze Bayernu na czele z Franzem Beckenbauerem. Müller został zatrudniony jako trener młodzieży i pod okiem starych przyjaciół udało mu się wyjść z nałogu. W 2015 r. poinformowano, że były napastnik cierpi na chorobę Alzheimera. To właśnie walka z tym przeciwnikiem zdominowała ostatnie lata jego życia. Zmarł w domu opieki w Wolfratshausen, mając 75 lat.

***

To oczywiście tylko niektóre nazwiska z długiej listy osób, które odeszły od nas w ostatnim roku. Zdaję sobie sprawę, że w podobnych zestawieniach zawsze kogoś będzie brakować, albo któraś z przedstawionych postaci nie zostanie dostatecznie szeroko opisana. Niemniej zwłaszcza dzisiaj zasługują oni na choćby takie niepełne przypomnienie.

Rodzimy się nadzy i nadzy też umieramy. Niczego ze sobą z tego świata nie zabierzemy, ale mamy wielki wpływ na to, co po sobie zostawimy. Ci, których postaci przybliżyłem powyżej, zostawili po sobie wiele wspomnień pięknych goli i cudownych akcji. W pamięci kibiców też zazwyczaj zajmują oni szczególne miejsce. Swoimi występami na zielonej murawie budzili w nas szereg przeróżnych emocji, których tak bardzo poszukujemy w sporcie. Wylewaliśmy przez nich łzy smutku, ale też i łzy szczęścia. Choćby z tego względu zasługują na szacunek i miejsce w naszej pamięci.

Bo przecież ponoć człowiek żyje tak długo, jak długo trwa pamięć o nim.

BARTOSZ DWERNICKI